Dzisiaj bierzemy na ruszt Ice Climber na NES-a, z 1985 roku, która sprawia, że czuję się jak w erze, kiedy Mario skakał po tych żółwich skurwysynach, a Link zbierał rupie zamiast lajków na tym pierdolonym Insta. Kurwa, Ice Climber to nie jest jakaś tam lajtowa gówniana gra – to retro hardcore, który jebie po mordzie prostotą i uzależnia jak strzelanie z pistoletu w Duck Hunt, tylko że zamiast kaczek, tłuczesz ptaki i misie!
Wyobraźcie sobie: jesteście w tych zjebanych latach 80., Reagan pierdoli o zimnej wojnie, Michael Jackson tańczy moonwalka jak pedał, a Nintendo wypuszcza grę, gdzie eskimosy wdrapują się po górach, waląc po głowach te pierdolone ptaszyska i niedźwiedzie. Entuzjazm w chuj! To nie jest jakaś tam nudna wspinaczka – to retro szaleństwo, które przypomina mi, jak kiedyś dmuchałem w ten pierdolony kartridż, żeby gra odpaliła, a nie klikałem „restart” na tym gównianym pececie. No to ruszamy w górę, bo ta recenzja będzie dłuższa niż kolejka po NES-a w dniu premiery, i pierdolona wulgarnie jak nigdy!

Zacznijmy od tych podstawowych gówien, bo bez tego to jak grać w Zelda bez miecza – kompletny chuj. Ice Climber wyszło w 1985 roku, konkretnie 30 stycznia w tej zjebanej Japonii na Famicomie (to ten japoński NES, kurwa), a potem w październiku w Stanach i Europie, gdzie wszyscy jarali się jak pojebani. Kto za tym stoi? No jasne, że Nintendo, ci sami skurwiele, co dali nam Mario, Zelda i Metroid – te gry, które do dziś jebią po głowie. Wyobraźcie sobie: Shigeru Miyamoto i jego banda siedzieli w biurze, żarli ramen jak świnie i myśleli „hej, zróbmy grę o wspinaczce, bo czemu nie, kurwa?”. To była jedna z tych wczesnych produkcji Nintendo, zanim stali się imperium, które dziś produkuje Switcha i Mario Kart z tą antygrawitacyjną pierdołą.
Ice Climber to taki ich eksperyment, jak Balloon Fight – prosta mechanika, ale z twistem, który wciąga jak wir w Kirby’s Adventure, tylko że lodowy i śliski jak chuj. Nintendo nie tylko wydało, ale i разработało tę grę, więc pełna odpowiedzialność na tych skurwysynach. A wiecie, że pierwotnie to było na arcade, w tym zjebanym VS. System? Ale NES-owa wersja to ta, która weszła do kanonu retro, jak Excitebike czy Wrecking Crew – te gry, gdzie giniesz co chwilę i przeklinasz jak szewc.

No dobra, o co w ogóle chodzi w tej pierdolonej grze? Fabuła? Ha, fabuła w Ice Climber to jak fabuła w Tetris – istnieje, ale jest tak minimalistyczna, że aż śmieszna jak chuj. Główni bohaterowie to Popo (ten niebieski eskimos w kurtce, kurwa) i Nana (różowa, bo czemu nie, Nintendo lubi kolory jak w tej zjebanej Rainbow Islands). Są rodzeństwem albo parą – kto wie, w latach 80. nie przejmowali się lore jak w Final Fantasy, gdzie pierdolą o kryształach i ratowaniu świata. Historia? Jakiś pierdolony ptak, wielki kondor, ukradł ich warzywa z wioski (tak, warzywa, kurwa! Marchewki, bakłażany, dynie – serio, to nie żart, Nintendo było na kwasie). Więc oni ruszają na te lodowe góry, żeby je odzyskać, tłukąc po drodze wszystko, co się rusza.
Każda góra to poziom, a na szczycie czeka bonus, gdzie skaczesz po chmurach jak pojebany, łapiesz tego skurwiela kondora i zgarniasz punkty. Fabuła brzmi jak z kreskówki dla debili, ale hej – w porównaniu do Metroid, gdzie Samus jest kosmicznym łowcą nagród i jebie kosmitów, to tu jest prosto: wspinaj się, bij wrogów, jedz warzywa, kurwa. Żadnych twistów jak w The Legend of Zelda, gdzie okazuje się, że księżniczka to nie ta, co myślisz, tylko jakaś pierdolona intryga. Tu po prostu 32 góry do zdobycia, złożone z lodu, bloków i pułapek, które jebią cię w dupę. Entuzjazm w chuj!

Przejdźmy do mięsa, czyli gameplayu, kurwa mać. Ice Climber to platformówka vertical-scrolling, gdzie ekran idzie w górę jak chuj, a ty musisz nadążać, bo jak zostaniesz na dole – game over, jak w Bubble Bobble, kiedy woda podnosi się i topi cię w pierdolonej kałuży. Kontrolujesz Popo (lub Nana w trybie dwuosobowym – co-op na NES-ie to była rewolucja, jak w Double Dragon, gdzie tłuczesz wrogów z kumplem!). Masz młotek, którym walczysz tych skurwysynów: yeti (te białe misie, co łatają dziury w lodzie jak pedały), ptaki (topi, co latają i kradną ci życie, pierdolone złodzieje), niedźwiedzie polarne (te co tupią i przesuwają ekran w dół – złośliwe skurczybyki, które jebią ci grę!). Skaczesz po platformach z lodu, niszczysz bloki młotkiem, żeby zrobić dziury i przejścia, ale uwaga – lód jest śliski jak w Slippery Climb z Crash Bandicoot, tylko że retro i zjebany! Jak skoczysz źle, to spadasz i tracisz życie, kurwa. Zbierasz warzywa po drodze – marchew daje punkty, a na bonusowym poziomie skaczesz po chmurach, łapiesz ptaka i dostajesz extra życie, jakbyś był w niebie dla pojebów. Poziomy rosną w trudności: więcej wrogów, szybsze tempo, chmury co się ruszają jak pijane.
Tryb co-op to mistrzostwo świata: możesz grać z kumplem, ale uwaga, możecie się nawzajem sabotować, jak w Battle City, gdzie strzelasz do swojego czołgu przez przypadek i kłócicie się jak psy. Humorystycznie? Wyobraźcie sobie: siedzisz z bratem, on ci rozwala platformę młotkiem, a ty spadasz w przepaść – kłótnia gotowa, jak przy grze w Contra bez tych pierdolonych kodów na nieskończone życia!

Wykonanie? No, to NES z 1985, więc nie oczekujecie grafiki jak w The Legend of Zelda: A Link to the Past na SNES-ie, bo to by było pierdolone science fiction. Piksele duże jak klocki Lego, ale urocze jak chuj! Popo i Nana wyglądają jak eskimosy z kreskówki dla debili, góry lodowe w niebieskich tonach, wrogowie prości, ale animowani fajnie – yeti macha łapami jak pojebany, ptak lata zygzakiem jak na kwasie. Kolory? NES-owe, czyli paleta 52 barw, ale tu dominuje błękit i biel, jak w Antarctic Adventure na MSX, tylko że bardziej zjebana. Dźwięk? Muzyka to chiptune mistrzostwo – ta melodyjka wspinaczki, co wpada w ucho jak theme z Super Mario, tylko bardziej zimowa i irytująca po godzinie. Efekty: bum młotka, pik ptaka, tup niedźwiedzia – proste, ale skuteczne jak chuj. Sterowanie? Na NES-ie joypad, skok A, atak B, ale uwaga – skoki są sztywne jak w Castlevanii, gdzie jeden zły ruch i lecisz w przepaść, przeklinając wszystko.
Pozostałe atrakcje ? Brak save’ów – grasz od zera, jak w Ghosts 'n Goblins, co dodaje hardcore’u i sprawia, że rzucasz padem o ścianę. Nintendo zrobiło to solidnie, bez bugów jak w niektórych pirackich kartridżach z bazaru. Porównując do innych NES-ów: to jak Balloon Fight spotyka Clu Clu Land – prosta mechanika, ale replayability wysoki jak chuj.
A odbiór przez graczy? O ho ho, tu jest ciekawie jak w burdelu! W 1985 Ice Climber było hitem w Japonii, sprzedało się ponad milion kopii tych pierdolonych kartridży, ale w USA i Europie – średnio, bo pokochaliśmy Mario, tego skurwiela, co skacze wszędzie. Gracze kochali prostotę: „hej, to jak Joust, ale na lodzie, kurwa!”, ale narzekali na powtarzalność – po 10 poziomach wiesz, co robić, i nudzi się jak chuj. Recenzje z epoki? Magazyny jak Nintendo Power dały wysokie noty za fun, ale dziś na Metacritic (dla reedycji) to okolice 6/10, bo ludzie są zjebani.
W erze Smash Bros. Ice Climbers stali się ikonami: Popo i Nana w Melee, Brawl, Ultimate – to uratowało grę przed zapomnieniem, bo inaczej by zgniła w śmietniku historii. Gracze dziś grają na Virtual Console, Switch Online – entuzjazm rośnie, bo nostalgia jebie po głowie. Humorystycznie: niektórzy mówią „gra o warzywach? Lepsza niż Harvest Moon, kurwa!”, inni „trudniejsza niż Battletoads level z turbo tunelem, gdzie giniesz co sekundę”. Odbiór mieszany, ale pozytywny wśród hardkorowców – jak Metroid, co na początku nie zachwycał, ale dziś kult, pierdolony kult.

No i co ja na to, kurwa? Ice Climber to retro bomba w chuj! Entuzjastycznie polecam: weź NES-a, dmuchnij w ten pierdolony kartridż, włącz i wspinaj się, aż ci palce odpadną. To nie jest epicka przygoda jak Final Fantasy, ale quick fun jak Dr. Mario, tylko z lodem i wulgaryzmami. Nawiązując do innych: wyobraźcie sobie Mario z młotkiem zamiast fire flower, Zelda bez lochów, tylko góry, Metroid bez morph ball, ale z lodem śliskim jak chuj.
No, rozpisałem się jak pojebany, bo ta gra zasługuje na wulgarny hołd. Ocena? 8/10 pikseli – klasyk, wy skurwiele! Grajcie, zanim Nintendo zrobi remake z mikrotransakcjami na warzywa, kurwa mać.
Grę bez problemów uruchomicie na jednym z tych emulatorów Pegasusa (NES’a).
Tak jak wciąż wspominam w moich wpisach, granie na emulatorach za pomocą klawiatury mija się z celem. Dlatego też polecam Wam te dwa modele padów:- 8Bitdo SN30 w cenie ok. 116 złotych (dostępny na Allegro, X-kom)
- 8Bitdo Ultimate C w cenie ok. 134 złotych. (dostępny na Allegro, X-kom)
Dziękuję za uwagę i życzę miłego grania !
Ice Climber
Świetny tytuł, klasyk - szczególnie w rozgrywce na dwóch graczy

Plusy
- Prosta, wciągająca mechanika wspinaczki
- Tryb kooperacji dla dwóch graczy
- Kultowy klimat klasycznego Nintendo
Minusy
- Powtarzalne poziomy
- Mało zawartości i brak głębi
- Frustrująca fizyka skoków
Podsumowanie
Retro klasyk z urokiem, ale dziś bardziej ciekawostka niż pełnoprawna rozrywka.
