Dziś swoje (teoretyczne) 114. urodziny obchodzi człowiek, który nauczył nas, że największym wrogiem Niemców z lat 40. nie jest brak paliwa, lecz amerykański sierżant z polskimi korzeniami i karabinem, który nigdy się nie zacina. Tak, mowa o B.J. Blazkowiczu – postrachu wilczych zamków, pogromcy nadprzyrodzonych eksperymentów SS i jedynym człowieku, który wchodzi do zamku uzbrojony tylko w nóż, a wychodzi z arsenałem godnym małej armii.
Drogi B.J., życzymy Ci zdrowia tak żelaznego, jak drzwi w Wolfensteinie (które i tak rozwalisz), celnego oka, które trafi nawet w zombie-nazistę chowającego się za beczką, oraz niekończącej się amunicji – bo przecież wiadomo, że najlepszy prezent to skrzynka z symbolem naboju i dźwięk klik, oznaczający pełny magazynek.
Sto lat, sierżancie… chociaż patrząc na Twoją historię, Ty pewnie i tak przeżyjesz nas wszystkich. I pamiętaj – jeśli zobaczysz Mecha-Hitlera, nie gadaj – strzelaj.
