Kurwa, pamiętam jak odpaliłem tego pierdolonego Dooma na emulatorze SNES z czystej, jebanej ciekawości. Myślałem, że to będzie taki mały, nostalgiczy powrót do lat 90., pełen pikselowych wspomnień i lekkiego dreszczyku. A tu chuj! Skończyło się na tym, że prawie wyjebałem sobie oczy z orbit, bo to była totalna kara dla dzieciaków, które myślały, że znają piekło. Doom na Super Nintendo to jakby ktoś wziął tego oryginalnego, PC-towego Dooma – tego króla shooterów, co definiował gatunek – wrzucił go do pralki przemysłowej, włączył wirowanie na maksymalny, pierdolony bieg, dodał garść gwoździ dla efektu i powiedział: „No spoko, będzie działać, chuju”. To nie jest gra, to jest eksperyment naukowy z piekła rodem, który śmieje ci się prosto w ryj i mówi: „Chcesz poczuć prawdziwe piekło? To patrz, jak ci mózg wyparowuje”.
Uruchamiasz ten emulator i nagle wszystko wali ci po oczach w tempie 10 FPS-ów, jakbyś oglądał slideshow z tortur. Animacje przeciwników wyglądają jak jakaś zjebana prezentacja PowerPointa w samym środku piekielnej konferencji demonów. Każdy Imp czy ten pierdolony Cyberdemon strzela ci wzrokiem prosto w mózgownicę, a ty czujesz, jak ci neurony eksplodują. I co najgorsze – nie ma tylnych sprite’ów! Wszyscy ci skurwiele patrzą tylko na ciebie, jak w jakimś koszmarnym reality show, gdzie jesteś jedynym uczestnikiem. Nie da się podkraść z tyłu, bo tył po prostu nie istnieje, kurwa! Po prostu stoisz w środku tego chujowego korytarza, a przeciwnicy drepczą w twoją stronę jakby tańczyli choreografię dla samego Szatana – sztywne kroki, zero płynności, jakby mieli atak maniakalnego śmiechu pomieszanego z epilepsją. Cyberdemon wygląda jakby miał swoje pięć minut sławy w demonicznym pokazie mody haute couture z piekła, a reszta potworów chodzi jak zombie na kwasie, kiwając się w rytm niewidzialnego techno z piekieł.
To jest pastisz totalny, jakby ktoś wziął oryginalnego Dooma i przerobił go na wersję dla ubogich – ale nie dla zwykłych ubogich, tylko dla tych, co zasługują na karę. Na Jaguarze, tej konsoli Atari, co przynajmniej próbowała udawać, że ma jaja, Doom był jak elegancki morderca: uproszczony, ale skuteczny. Poziomy skrócone, AI przeciwników sensowne, wszystko płynęło jak po maśle. A na SNES-ie? To jest jak wrzucić Ferrari do błota i kazać mu jechać po wertepach – pełna wersja PC-towa, ale zjebana do granic możliwości. Nintendo myślało, że ich konsola, co zazwyczaj hostuje Mario skaczącego po grzybach i Yoshi połykającego owoce, poradzi sobie z apokalipsą. Chuj tam! To jest furia w czystej formie, gdzie nostalgia spotyka się z masakrą.
Grafika: 10 klatek piekła, pierdolona masakra wizualna
SNES po prostu nie był gotowy na takiego skurwiela jak Doom. Super Nintendo to konsola stworzona do kolorowych przygód, gdzie Mario zbiera monety, a Link ratuje księżniczkę. A tu nagle chcesz, żeby machała shotgunem i renderowała tekstury z PC-towego piekła? I wiesz co, kurwa? Gra się uruchamia, ale wygląda jakby ktoś namalował piekło wałkiem do malowania ścian, zapomniał o cieniach, światłach i jakiejkolwiek głębi. Podłogi i sufity są jednolite jak jakaś płynna fosa z błota wymieszanego z krwią – zero detali, zero immersji. Tekstury w niektórych miejscach po prostu wycięto, jakby konsola powiedziała: „Kurwa, nie dam rady, mdleję”. Teleporty przeciwników? Zapomnij, nie ma ich, bo sprzęt by eksplodował. Infightingu między potworami? Nie ma, wszyscy są tu tylko po to, żeby napierdalać ciebie osobiście, jak w jakimś spersonalizowanym piekle.
Porównując do wersji na Jaguarze – tam przynajmniej poziomy były uproszczone, żeby to działało płynniej, a większość przeciwników miała AI, które nie wyglądało jak z przedszkola demonów. Jaguar dawał ci wersję Dooma, która przypominała oryginalną, ale z cięciami chirurgicznymi – mniej detali, ale więcej płynności. Na SNES-ie dostajesz pełne poziomy z PC, które zjadają ten biedny sprzęt na śniadanie, obiad i kolację. Pięć poziomów w ogóle nie przeszło konwersji, bo konsola by się zesrała, więc zamiast pełnej, epickiej rozrywki dostajesz fragmenty piekła, jak teaser trailer do horroru. Ale mimo to, SNES rzuca ci na ekran pełną armię cyberdemonów, spider mastermindów i hordę Impów, które chodzą jak zombie w rytmie techno z lat 90. – szarpane, zacinające się, ale cholernie wściekłe. To jest jak porównać eleganckiego Jaguara, co sunie po autostradzie, do SNES-a, który jest jak stary trabant w błocie – pełen ambicji, ale totalnie zjebany.
Grafika na SNES-ie to pastisz oryginalnego Dooma: wszystko jest spłaszczone, kolory wyblakłe, a perspektywa wygląda jakby ktoś narysował to kredkami na papierze toaletowym. Na Jaguarze miałeś chociaż iluzję głębi, tu masz płaskie piekło, gdzie każdy korytarz czai się, by cię wkurwić. Furia wizualna na maksa – oczy bolą, mózg protestuje, ale nie możesz przestać, bo to jest jak narkotyk z piekła.
Bronie po lobotomii: Strzelaj albo giń
Bronie w tym porcie to totalny rozpierdol. Shotgun strzela jak jakaś snajperka z piekieł – jeden pocisk, jeden trup, bez litości. Rakiety lecą wolniej niż ja rano do pracy po trzech kawach i kacu gigancie, ale jak trafią, to zabijają wszystko jednym uderzeniem, jakbyś rzucał atomówkami. Plasma rifle? Wypluwa pociski jakby przeziębiony demon pluł kulami ognia wymieszanymi z flegmą, ale robi absurdalne obrażenia, więc walki z bossami stają się groteskowo proste – jeden strzał i po sprawie. BFG? Nadal robi spustoszenie jak w oryginale, czyli zamienia przeciwników w pulpety. Serio, ktoś tu myślał: „A chuj tam, niech gra wygląda brutalnie i absurdalnie, dolejmy benzyny do ognia”.
Na Jaguarze broń była bardziej wyważona, jak w prawdziwym Doomie – AI przeciwników reagowało sensownie, balans pozwalał na taktykę, a nie na chaotyczną masakrę. Tam czułeś się jak myśliwy, tu na SNES-ie jesteś jak wściekły berserker z lobotomią – wszystko jest popierdolone, kontrola szwankuje, ale niszczysz wszystko wokół. To jest jak porównać precyzyjny skalpel Jaguara do maczety SNES-a: obie tną, ale jedna elegancko, druga z furią i krwią wszędzie. Pastisz broni to czysty chaos – strzelasz, a gra się zacina, ale satysfakcja z rozwalania demonów jest pierdolona ogromna, mimo że wszystko wygląda jak po pijaku.
Dźwięk i muzyka
Muzyka w SNES Doom jest obecna, ale brzmi jakby ktoś nagrał oryginalne MIDI przez stary, zjebany telefon stacjonarny z lat 80., dodając szumy i trzaski dla efektu. Dźwięki broni i krzyki przeciwników? Nie ma ich, kurwa! Po prostu nie istnieją, jakby ktoś wyciął audio nożyczkami. Wyobraź sobie: grasz w Dooma, patrzysz jak Imp umiera w agonii, a ty nie słyszysz nic – tylko rytmiczne trzaski tła i ten kosmiczny spokój piekła, który wkurwia bardziej niż hałas.
Jaguar miał przynajmniej lepszą ścieżkę audio i efekty dźwiękowe, które budowały atmosferę – krzyki, wybuchy, wszystko na miejscu. SNES zaś daje ci pustkę i poczucie, że twój mózg jest karmiony tylko przez obraz, bez dźwiękowego kopa. To jakby ktoś dał ci najostrzejszą pizzę świata, pełną chilli z piekła, i kazał ją jeść na ciemno, bez smaku – tylko wizualna tortura. Furia tu rośnie, bo brak dźwięku sprawia, że gra staje się jeszcze bardziej surrealistyczna, jak pastisz horroru bez soundtracku.
Multiplayer przez modem
Tak, SNES Doom miał opcję online przez XBand. Teoretycznie, kurwa. W praktyce? Spróbuj połączyć się przez stary telefon, wciśnij „connect” i zobacz jak twoja dusza jest wciągana przez kabel do cyfrowego piekła. Animacje są zamrożone jak w lodówce Szatana, dźwięków nie ma w ogóle, a poziomy działają jak slideshow z tortur – 5 FPS-ów max. Serio, multiplayer na SNES-ie to eksperyment tortur w piwnicy, gdzie lag zabija cię szybciej niż przeciwnik.
Na Jaguarze multiplayer był przynajmniej grywalny, z sensowną płynnością. Tu? To jest jak dzwonić do piekła i prosić o litość – dostajesz tylko ból i frustrację.
Wybierasz łatwiejszy poziom trudności w USA lub EU? Nie grasz dalej, chuju. Gra po prostu blokuje część poziomów, jakby sama mówiła: „Nie zasługujesz na pełne piekło, spierdalaj do Mario i jego grzybków”. W Japonii tego nie ma, ale w USA i EU? To karma za bycie mięczakiem. Jeśli nie jesteś mistrzem Dooma, twoja przygoda kończy się w połowie, z furią w oczach.
Jaguar pozwalał na pełną eksplorację bez takich pierdolonych blokad. SNES? Tutaj dostajesz karę za bycie słabym – sadystyczny dodatek do i tak zjebanego portu. Pastisz trudności to czysta furia: gra karze cię za wybór, co wkurwia na maksa.
Silnik: Reality, czyli piekielny eksperyment
SNES Doom działa na własnym silniku Reality – Randy Linden wziął IWAD z wersji PC, pokroił go na kawałki i dopchał do SNES-a siłą. Efekt? Gra działa, ale wygląda jakby ktoś próbował zrobić symulację piekła w klockach Lego z lat 80. Każdy krok to potencjalna śmierć przez złe sterowanie, każdy pocisk wystrzelony – ryzyko, że wszystko się zacina. To jest jak budować zamek z piasku podczas huraganu.
Na Jaguarze silnik był bardziej dopracowany, płynny. Tu? Totalny chaos, ale działa – cud inżynierii z piekła.
Podsumowanie: SNES Doom vs Jaguar – kto wygrywa ten rozpierdol?
Jaguar dostał dość płynną wersję Dooma, uproszczone poziomy, sensowną AI przeciwników i muzykę, którą dało się znieść bez wymiotów. To był Doom dla ludzi, co chcą grać, nie cierpieć. SNES Doom? To jest jakbyś wziął Jaguara, rzucił go przez okno z dziesiątego piętra, dołożył poziomy z PC, wyciął połowę dźwięków, animacje poprzestawiał jak w kalejdoskopie i powiedział: „Patrz i cierp, chuju”.
Grałem z ciekawości na emulatorze i serio, prawie wyjebałem oczy z orbit – oczy bolały, mózg parował. To jest kara dla dzieci i dla ludzi, którzy myśleli, że wiedzą co to Doom. Wszystko się tnie, wszystko się myli, wszystko patrzy ci w twarz i mówi: „Nie dasz rady, próbuj dalej, skurwielu”.
Czy warto? Dla kolekcjonerów i masochistów – tak, bo to doświadczenie. Dla normalnych ludzi? To jak wchodzić do piekła przez drzwi awaryjne z napisem „Przeklęty Doom SNES”. Jest brutalnie, groteskowo, absurdalnie i nostalgicznie w tej samej, pierdolonej mierze. To nie jest gra – to doświadczenie psychofizyczne, które zostawia blizny.
Porównując do Jaguara: Jaguar to elegancki zabójca w garniturze, SNES to wściekły psychopata z maczetą – oba zabijają, ale jeden z klasą, drugi z furią. Paździerz na SNES-a to czysty chaos, gdzie nostalgia miesza się z masakrą, a ty wychodzisz z tego wkurwiony, ale zadowolony, że przetrwałeś.
Grę bez problemu uruchomicie na emulatorze bSNES – ale czy warto ?
Tak jak wciąż wspominam w moich wpisach, granie na emulatorach za pomocą klawiatury mija się z celem. Dlatego też polecam Wam te dwa modele padów:
- 8Bitdo SN30 w cenie ok. 116 złotych (dostępny na Allegro, X-kom)
- 8Bitdo Ultimate C w cenie ok. 134 złotych. (dostępny na Allegro, X-kom)
Piekło działa… ale na bardzo cierpliwym kalkulatorze

- Kultowa strzelanka w wersji na domową konsolę Super Nintendo Entertainment System
- Zachowany klimat i podstawowy design poziomów
- Możliwość ogrania klasyka na sprzęcie Nintendo
- Bardzo niska płynność
- Uproszczona grafika i brak wielu efektów z PC
- Problemy z celowaniem i kontrolą
Ambitny, ale mocno ograniczony port – bardziej ciekawostka techniczna niż komfortowa wersja DOOM-a.





