Czy jesteście gotowi na prawdziwy rollercoaster absurdu? Jeśli myśleliście, że widzieliście już wszystko, grając w takie dziwactwa jak Parodius, Toilet Kids czy Lady Killer, to… Cho Aniki pokaże wam, że wasza definicja „dziwnego” była dotąd bardzo, bardzo skromna.
Stworzona przez japońskie studio Masaya i wydana tylko w Japonii w 1992 roku, Cho Aniki to poziomo przewijana strzelanka (shmup), która wylewa z ekranu nie tylko piksele, ale i czysty kulturystyczny testosteron.. Wcielasz się w jednego z dwóch anielskich wojowników – Idatena lub Benten – wysłanych przez same niebiosa, by powstrzymać międzygwiezdnego czempiona kulturystyki, Botei Billa. Ten napakowany despota wygrał dziesięć kolejnych zawodów i teraz, cierpiąc na brak białka, postanowił napaść na sąsiednie układy planetarne, by uzupełnić zapasy.
Brzmi głupkowato? To dopiero początek.
Już od pierwszych chwil widać, że Cho Aniki nie zamierza się z nikim cackać. Latające głowy, muskulatury poruszające się jak satelity, cherubiny rzucające bomby i maszyny wyglądające jak skrzyżowanie Thomasa Pociągu z Mister Universe – to tylko wierzchołek góry lodowej. Jednym z najbardziej pamiętnych momentów jest spotkanie z robotami, które… no cóż, w sugestywny sposób „masują” swoje wielkie działa, by wystrzelić falę białych pocisków. Gra nie tyle balansuje na granicy dobrego smaku – ona po prostu wie, że jest bardzo kontrowersyjna.
Cho Aniki to bardzo prosta strzelanka. Masz podstawowy strzał, możliwość jego wzmocnienia, atak ładowany i limitowaną liczbę bomb. Poziom trudności – jak na shmupa – jest raczej łagodny. Pięć poziomów, kilka bossów na etap, żadnych większych niespodzianek… no, przynajmniej jeśli chodzi o gameplay. Wizualnie? Każdy nowy segment to lawina szaleństwa, której nie sposób przewidzieć.
Warstwa audio? Absolutna perełka. Ścieżka dźwiękowa autorstwa Koji Hayamy to miks japońskiego techno, dziwacznych sampli i niezapomnianych okrzyków w stylu „SEXY! DYNAMITE!”. To wszystko tworzy aurę, której nie sposób podrobić.
I teraz najważniejsze: ta gra to nie parodia. Mimo pełnej groteskowej prezentacji, w Cho Aniki czuć autentyczną celebrację estetyki gejowskiej i męskiego ciała. To nie żart z subkultury, to szalony, kiczowaty hołd. Przypominam raz jeszcze, że gra została wydana wyłącznie na rynek Japoński. Tam takie tytuły (raczej) nikogo nie dziwią…
Na przestrzeni lat tytuł doczekał się aż dziewięciu (!) kontynuacji, z których tylko jedna – Cho Aniki Zero z 2009 roku – trafiła na rynki poza Japonią. I chociaż Masaya oraz NCS dawno zniknęli z rynku, duch ich najbardziej pokręconego dziecka wciąż żyje gdzieś w internetach…
Cho Aniki dzisiaj.
Cho Aniki to gra, która wymyka się wszelkim schematom. Nie zachwyca złożoną mechaniką, ale nadrabia to atmosferą tak unikalną, że trudno przejść obok niej obojętnie. To jeden z tych tytułów, który każdy fan retro powinien choć raz uruchomić – najlepiej w towarzystwie znajomych i z dużym dystansem do siebie.
Gra bez problemów chodzi na emulatorze Mednafen.
Ale uwaga – zanim włączysz emulator, skonsultuj się z lekarzem lub lokalnym terapeutą. Ta gra może wywołać niekontrolowane salwy śmiechu, lekkie poczucie dezorientacji i nieodpartą potrzebę napinania swojej męskiej klaty przed lustrem.
Dziękuję za uwagę i życzę miłego grania 😉
Mięśnie w kosmosie – logika została na siłowni

- Totalnie absurdalny i unikalny klimat
- Klasyczny, solidny shoot ’em up
- Zapadająca w pamięć oprawa i design przeciwników
- Dziwaczny styl nie dla każdego
- Wysoki poziom trudności
- Krótka rozgrywka
Szalone shmup z absurdalnym humorem i mięśniami wszędzie – dziwne, trudne, ale kultowe.




