To już trzecia gra opisywana na tym blogu, która opiera się na tym samym filmie – kultowym „Jurassic Park” Spielberga. Film wywrócił popkulturę do góry nogami, a Sega chciała ten sukces przenieść do salonów gier. No i wyszło… coś. Automat z 1994 roku faktycznie robił wrażenie – wielka kabina stylizowana na jeep, w środku dwa wielkie pistolety zamocowane na stałe, gigantyczny ekran i głośniki, które darły się tak, że człowiek miał ciarki na plecach. Jak siadałeś do tej maszyny, to czułeś się trochę jak na kinowym seansie, tylko że tym razem to ty byłeś Alanem Grantem i waliłeś seriami w raptory. Sama kabina była widowiskowa i to ona przyciągała dzieciaki z całego osiedla – człowiek wchodził, czuł zapach plastiku wymieszanego z potem poprzednich graczy, a kiedy ekran rozświetlała paszcza tyranozaura, to przez moment naprawdę wierzyłeś, że oto walczysz o życie.
Problem polegał na tym, że sama gra… no cóż, była raczej typowym średniakiem. Pierwsze wrażenie – bomba. Grafika 3D jak na tamte czasy wyglądała rewelacyjnie. Dinozaury były ogromne, ich ruchy całkiem nieźle zaanimowane, a scenariusz akcji – ucieczka jeepem przez wyspę Isla Nublar – dawał ten filmowy klimat. Ale potem przychodziła refleksja: w gruncie rzeczy robisz w kółko to samo. Ciągle tylko naciskasz spust i modlisz się, żeby nie zginąć za szybko. Po trzech podejściach zaczynało się robić monotonne, bo dynamika gry opierała się wyłącznie na tym, żeby wrzucać kolejne monety. A monety znikały szybciej niż pieniądze w szkolnym sklepiku, kiedy przywozili ciepłe zapiekanki.
Jurassic Park Arcade zasłynął jako pożeracz żetonów. W praktyce nie było absolutnie żadnych szans, żeby przejść go na jednym tokenie, jednej złotówce czy choćby pięćdziesięciogroszówce (tak, wszyscy próbowali oszukać automat wciskając do środka to, co akurat brzęczało w kieszeni). Gra była zaprojektowana tak, żeby cię zabijać. I to nie subtelnie – nie miałeś wrażenia, że przegrałeś przez brak skilla. Nie, automat chciał cię po prostu zbankrutować i wyssać wszystkie oszczędności. A że wtedy człowiek dostawał od rodziców dwie złotówki kieszonkowego, to Jurassic Park był bardziej krótką przygodą niż faktyczną grą.
Ale najlepsze w tym wszystkim było to, jakie towarzystwo zbierało się wokół tego automatu. Zawsze siedzieli tam nerdy – takie dzieciaki, które poza graniem wolały też wykładać ci całą encyklopedię dinozaurów. Ty tylko chciałeś postrzelać do jaszczura, a tu z boku słyszysz: „To nie jest brontozaur, tylko apatozaur, a raptor tak naprawdę był mniejszy i miał pióra”. Tego typu komentarze leciały non stop, jakbyś zamiast w salonie gier siedział na wykładzie paleontologicznym. Było w tym coś zabawnego i irytującego jednocześnie – gra średnia, ale klimat wokół niej robił swoje.
Tymczasem dwa metry dalej stał inny gigant – Terminator 2 Arcade. Automat prostszy, żadnej kabiny, tylko zwykły stojak z ekranem i dwoma pistoletami. Ale gra – o niebo lepsza. Grywalna, satysfakcjonująca, mniej monotonna i zwyczajnie bardziej „cool”. Tam zbierali się cwaniaki z osiedla – goście w dresach, którzy mieli wywalone na dinozaurową modę. „Co mnie obchodzi jakiś tyranozaur? Ja chcę rozwalać roboty z przyszłości, bo Arnie to mój ziomek” – tak to mniej więcej wyglądało. I faktycznie, kiedy miałeś wybór, gdzie wsadzić tę cenną złotówkę, to większość dzieciaków wybierała właśnie Terminatora. Jurassic Park był jak kolorowa zabawka, którą fajnie zobaczyć, ale prawdziwe emocje i radocha były przy automacie z Arnoldem.
Galeria:
Pamiętam ten kontrast do dziś – po jednej stronie kabina Jurassic Park okupowana przez nerdów, którzy opowiadali o długości zębów tyranozaura i spierali się, czy spinozaur był większy; po drugiej stronie – osiedlowi cwaniacy, którzy mieli swoje teorie, że „mój wujek zna Arnolda osobiście, bo był w Stanach” i przechwalali się, kto zaszedł dalej w grze. Do tego wszystkiego dochodziła jeszcze atmosfera samego salonu gier: dym papierosowy tak gęsty, że człowiek czuł się jak w londyńskiej mgle, zapach kebaba z pobliskiego budynku, a w tle dźwięki fliperów, Mortal Kombata i wrzucanych co chwilę monet. To było prawdziwe królestwo hałasu, światła i adrenaliny.
I właśnie w tym tkwi cała nostalgia. Jurassic Park Arcade nie był arcydziełem. Był widowiskowy, klimatyczny i efektowny, ale jednocześnie przeciętny, powtarzalny i bez szansy na ukończenie bez pustoszenia portfela. Ale dla dzieciaka z osiedla i tak był symbolem epoki – bo choć wszyscy wiedzieliśmy, że lepiej postrzelać do robotów w T2, to jednak zawsze kusiło, żeby raz jeszcze wsiąść do tej kabiny, wrzucić monetę i przez chwilę poczuć się jak bohater Spielberga. I choć dziś patrzę na tę grę z dystansem, to wspomnienie zostaje: nerdy okupujące jeep, cwaniaki okupujące Arniego, a my wszyscy, dzieci lat 90., stojący w tym głośnym, zadymionym salonie, rzucający ostatnie grosze w paszczę automatów.
Wersję Arcade bez problemów uruchomicie na MAME.
Safari, gdzie to ty jesteś przekąską

- Dynamiczna strzelanka na szynach z dinozaurami
- Klimat filmu i widowiskowe starcia (T-Rex robi robotę)
- Prosta, wciągająca rozgrywka idealna na automaty
- Bardzo krótka rozgrywka
- Powtarzalność i brak większej różnorodności
- „Pożeracz monet” – wysoki poziom trudności
Efektowna strzelanka z dinozaurami, szybka i klimatyczna, ale krótka i nastawiona na wrzucanie monet.









