Pac-Man, kurwa, święty graal gier wideo. Ojciec, matka, dziadek i kurwa wujek od flaszki w jednej żółtej mordzie, która wpierdala kropki szybciej niż ćpun amfetaminę w kiblu na weselu. Rok 1980, Japonia, Namco – i nagle Toru Iwatani, koleś, który patrzył na jebany kawałek pizzy, wymyśla grę, która rozpieprzy świat. Żółty ryj z paszczą jak cipa, co otwiera się i zamyka, zapierdala po labiryncie i wpierdala wszystko na swojej drodze. I, kurwa, stało się – cały świat dostał sraczki na punkcie tej pierdolonej kulki.
Na NES-ie to wyglądało trochę jak sraczka w kratkę, bo grafika prosta jak instrukcja obsługi młotka, ale wciągało jak odkurzacz na turbo. Masz żółtego fiuta, masz kropki i masz cztery zjeby-duchy, które są największymi kurwami w historii gier. Blinky – czerwony skurwysyn, co goni cię jak komornik, Pinky – różowa pizda, co zawsze wyskakuje tam, gdzie się jej nie spodziewasz, Inky – niebieski chuj, co niby losowy, a zawsze zjawi się w złym momencie jak jebana teściowa, Clyde – pomarańczowy idiota, co czasem cię goni, a czasem spierdala, bo sam nie wie, co robi. I wiesz co? Każdy z nich potrafił cię rozjebać w trzy sekundy, zostawiając cię z bólem dupy większym niż po analu na sucho.
Ale największe kurestwo polegało na tym, że gra była tak prosta, a jednocześnie tak wkurwiająco trudna. Masz jeden cel: wpierdalać kulki i nie dać się wydymać przez duchy. To nie Skyrim, gdzie możesz pierdolić side questy, to nie GTA, gdzie możesz wsiąść w samochód i potrącić babcię na pasach. Nie, tu masz labirynt i cztery zjeby, które chcą cię wydymać bez mydła. To jest, kurwa, kwintesencja gier.
Power pellet – najlepszy wynalazek w historii. Wpierdalasz dużą kulkę i nagle role się odwracają. Duchy, które jeszcze sekundę temu cię gwałciły psychicznie, zaczynają spierdalać jak szczury z tonącego statku. Ty za nimi jak popierdolony Rambo i wpierdalasz te zjeby na obiad. To uczucie, kiedy z ofiary zmieniasz się w drapieżnika, to jest, kurwa, czyste złoto. Orgazm w pikselach.
A teraz najlepsza anegdotka – Pac-Man pierwotnie miał się nazywać Puck Man. Od krążka hokejowego. Ale ktoś w Stanach pomyślał: „Ej, ale przecież jakiś debil zamaluje literę P i zrobi się Fuck Man”. I mieli rację! Wyobrażasz sobie dzieciaki w salonach gier grające w „Fuck Mana”? Żółty ryj, co napierdala się z duchami i nazywa się Fuck Man – świat by się posrał ze śmiechu. Więc zmienili na Pac-Man i chwała im za to, bo inaczej zamiast ikony gier mielibyśmy ikonę porno.
Potem zaczęła się fala klonów. Ms. Pac-Man – taka sama gra, tylko z kokardką i szminką, żeby, kurwa, baby też miały swoją wersję. Pac-Man Jr. – dzieciak Pac-Mana, bo czemu nie zrobić z tego serialu brazylijskiego? Było tego tyle, że pół Chin produkowało własne podróby. Widziałeś kiedyś Pegasusowe hacki, gdzie Pac-Man wygląda jak rozjebana marchewka? To było wszędzie. Pac-Man był tak popularny, że ludzie kopiowali go szybciej niż pliki mp3 w czasach Napstera.
A żeby pokazać, jak bardzo Pac-Man to potęga – w 2010 roku Google zrobiło doodle na 30-lecie gry. Wchodzisz w wyszukiwarkę, a tam zamiast loga Google masz planszę Pac-Mana, w którą możesz grać. Ludzie zamiast zapierdalać w robocie, siedzieli i klepali rekordy w Google. Szacuje się, że przez to światowa gospodarka straciła miliony dolarów, bo każdy kurwa grał w żółtego skurwysyna zamiast robić swoje. To jest siła. Żadna inna gra nie miała takiego doodla, który by rozwalił system na globalną skalę.
A teraz rekordy i anegdotki o kill screenie. Pac-Man ma 256 poziomów. Na ostatnim ekran się wypierdala – pół ekranu to normalna plansza, a druga połowa to pikselowa sraczka, której nie da się przejść. To tzw. „kill screen”. Dojście tam to jak, kurwa, zdobycie Mount Everestu w slipach i z butelką taniego wina. Legendą jest Billy Mitchell – koleś w koszuli i krawacie, co w latach 90. zrobił perfect score: 3 333 360 punktów. Musiał przejść 255 poziomów, wpierdolić wszystkie kulki, zjeść wszystkie duchy pod wpływem power pelletów i zebrać wszystkie owoce. Zero pomyłek. Absolutne mistrzostwo. Ludzie sikali z podniecenia, że to osiągnął. Potem wyszły kontrowersje, że w Donkey Kongu oszukiwał, ale w Pac-Manie i tak uchodzi za boga. Inny psychol, David Race, zrobił perfect score w mniej niż 4 godziny. Cztery godziny grania bez jednej pomyłki. To nie skill, to kurwa choroba.
I wiesz co? Pac-Man na NES dalej się broni. Odpalasz to dzisiaj i mimo że wygląda jak rysunek z Painta, to czujesz ten klimat. Gra wciąga bardziej niż TikTok, a wkurwia bardziej niż Windows Update przy 5% baterii. Bo Pac-Man to esencja – żadnych cutscenek, żadnych DLC, żadnych mikrotransakcji. Żadnych „zapłać 5 dolców, żeby kupić skórkę dla Pac-Mana w czapce Mikołaja”. Nie. Po prostu wpierdalasz kulki i spierdalasz przed duchami. Koniec, kropka, gra idealna.
Pac-Man to nie gra, to jebany narkotyk w postaci pikseli. Możesz mieć RTX 5090, ray tracing, VR i inne pierdoły, ale jak odpalisz Pac-Mana, to siedzisz jak dzieciak i napierdalasz w kropki, a potem wyzywasz duchy od kurew. I właśnie o to chodzi. Proste, ale zajebiste. Pac-Man to klasyk, którego nic nie przebije. A NES-owa wersja, mimo ograniczeń, dalej jest kurewsko grywalna.
Moja ocena? 10/10. Wytrzepałbym na ten kartridż, spuściłbym się na doodla Google, a potem jeszcze bym oblał plakat Billy’ego Mitchella. Pac-Man to król, a duchy to zawsze będą cztery pierdolone kurwy, które nie dają ci żyć.
Grę bez problemów uruchomicie na jednym z tych emulatorów konsoli NES/Pegasus, zaś sama grę bez problemów znajdziecie na jednej z tych stron.
Tak jak wciąż wspominam w moich wpisach, granie na emulatorach za pomocą klawiatury mija się z celem. Dlatego też polecam Wam te dwa modele padów:- 8Bitdo SN30 w cenie ok. 116 złotych (dostępny na Allegro, X-kom)
- 8Bitdo Ultimate C w cenie ok. 134 złotych. (dostępny na Allegro, X-kom)
Żółta kulka kontra cztery wkurzone duszki

- Prosta, uzależniająca rozgrywka
- Kultowy status i ponadczasowy design
- Łatwe do zrozumienia zasady
- Uproszczona względem oryginału arcade
- Monotonia przy dłuższych sesjach
- Ograniczona oprawa graficzna
Solidny Pac-Man na NES – prosty, grywalny.





