Pamiętam to jak dziś. Ta obskurna nora, pachnąca potem, popcornem i tanim dymem papierosowym, którą szumnie nazywali „salonem gier”. W rzeczywistości był to pokój po zapleczu sklepu mięsnego, w którym ktoś ustawił trzy automaty i taboret. I to właśnie tam, wśród stukotu monet i jęków przegranych dzieciaków, pierwszy raz zobaczyłem logo z wirującym smokiem i czerwonym napisem: MORTAL KOMBAT. Ekran tytułowy migał niczym zaproszenie do piekła, a ja nie wiedziałem jeszcze, że za chwilę zobaczę coś, co na zawsze odmieni moje postrzeganie gier.
Nie, to nie był Mario, nie był to Sonic – to była krwawa symfonia ciosów, gdzie głowy odlatywały szybciej niż monety z kieszeni. I choć automat skrzypiał przy każdym kopniaku, a joystick miał luzy jak zawieszenie w Fiacie 126p, to właśnie tam narodziła się legenda. Dziś, po dekadach, Mortal Kombat jest ikoną – serią, która nie tylko zdefiniowała gatunek bijatyk, ale też wywołała niezłe zamieszanie w świecie polityki, muzyki i… cenzury.
Więc weź coś do picia, wciśnij „Start” i przygotuj się – oto 15 krwistych, szalonych i kompletnie niesamowitych faktów o Mortal Kombat, które pokazują, że ta gra była czymś więcej niż tylko pretekstem do wrzeszczenia „FINISH HIM!” w szkolnym korytarzu.
1. Czterech ludzi, dziesięć miesięcy i kupa geniuszu

Nie setki pracowników, nie armia programistów – czterech ludzi stworzyło pierwszego Mortal Kombata w zaledwie 10 miesięcy! Ed Boon (programista), John Tobias (rysownik), John Vogel (grafik) i Dan Forden (dźwiękowiec) – ta czwórka wyczarowała grę, która wyglądała jak hollywoodzki film na sterydach. Boon miał wtedy 27 lat, Tobias 22. W czasach, gdy inni walczyli z DOS-em, oni tworzyli legendę.
2. Mortal Kombat miał być… grą z Jean-Claude’em Van Dammem
Tak! Zanim Liu Kang kopnął pierwszy raz w powietrze, Midway chciało zrobić grę na podstawie filmu „Universal Soldier”. Pomysł się rozszedł, ale studio stwierdziło: „A może po prostu zróbmy grę z samym Van Dammem?” Niestety, rozmowy nie wypaliły, a świat stracił okazję, by zobaczyć „Bloodsport: The Game”. Ale spokojnie, Van Damme wciąż zostawił po sobie ślad…
3. Johnny Cage = Jean-Claude Van Damme
Kiedy życie daje ci Van Damme’a, zrób z niego… Johnny’ego Cage’a! Hollywoodzki narcyz z okularami, kopiący z półobrotu, to jawna parodia belgijskiego mistrza kopnięć. Nawet inicjały „J.C.” nie są przypadkiem. Cage był odpowiedzią Boona i Tobiása na nieudany kontrakt – a wyszło im to lepiej, niż ktokolwiek mógł przypuszczać. Bo umówmy się: bez Cage’a Mortal Kombat byłby jak kebab bez sosu.
4. Inspiracja? „Wielka draka w chińskiej dzielnicy”!

Tak, John Carpenter znowu maczał palce w popkulturze. Raiden został zainspirowany jednym z „Trzech Burz” z tego kultowego filmu, a Shang Tsung to praktycznie kopia czarownika Lo Pana. Twórcy nie ukrywali tego – dla nich to był hołd. Zresztą, film i gra łączy podobna aura: miks mitologii Wschodu z absurdalną akcją rodem z Zachodu. Czyli dokładnie to, co kochamy.
5. Nazwa powstawała dłużej niż sama gra
Serio – sześć miesięcy trwało wymyślanie tytułu! Pomysły? „Kumite”, „Dragon Attack”, „Fatality” (czyli przyszła ikona serii!)… ale nic nie pasowało. Boon i Tobias kłócili się o każde słowo. Aż pewnego dnia los się uśmiechnął.
6. „Kombat” przez K – przypadek z przypadku
Do pokoju Boona wpadł jego kumpel, projektant pinballi Steve Ritchie. Zobaczył na tablicy napisany markerem wyraz „combat”, tyle że z błędem – przez „K”. Rzucił: „Heh, Mortal Kombat, brzmi nieźle”. Reszta to historia. Tak oto narodził się najbrutalniejszy błąd ortograficzny świata.
7. Aktorzy Mortal Kombat mieli niezłe CV
Wszystkie postacie w oryginale to nagrania prawdziwych ludzi. Nie było modeli 3D, tylko aktorzy w obcisłych strojach skaczący przed kamerą. Ho-Sung Pak grał Liu Kanga i Shang Tsunga, Elizabeth Malecki wcieliła się w Sonyę Blade, a Dan Pesina zagrał… prawie wszystkich pozostałych (Johnny Cage, Scorpion, Sub-Zero, Reptile). Co ciekawe, martwe ciała w tle sceny „The Pit” to sami twórcy gry!
A Ho-Sung Pak później grał w filmach u samego Jackie Chana. Tak, Liu Kang walczył z Chanem. Szacun.
8. Goro – bohater z gliny i koszmar grafików

Ten czteroręki potwór nie był człowiekiem, tylko figurką z gliny animowaną klatka po klatce. Rzeźbiarz Curt Chiarelli stworzył model, a potem dzięki technice stop-motion tchnął w niego życie. Wyszło tak dobrze, że nawet dziś Goro wygląda jak coś, co wyszło z piekła.
9. Liu Kang miał być Japończykiem o imieniu… Minamoto Yoshitsune
Tak, naprawdę! W pierwszym szkicu Liu był samurajem z długim nazwiskiem, którego nie dało się wymówić po trzech puszkach piwa. Tobias stwierdził, że „to się nie sprzeda” – i tak powstał Liu Kang, prostszy, bardziej przystępny, a jednocześnie duchowy wojownik, jakiego seria potrzebowała.
10. Premiera była jak święto narodowe
13 września 1993 roku – „Mortal Monday”. Cztery wersje gry (SNES, Game Boy, Genesis, Game Gear) w jednym dniu, reklamy w telewizji, krzyk dzieciaków przed sklepami i hasło „Mortal Monday is here!”. To była jedna z największych premier gier w historii – ludzie rzucali się na kartridże jak na nowy iPhone.
11. Nintendo nie chciało krwi – Sega powiedziała „spoko”
SNES-owa wersja była „dla grzecznych dzieci” – zero krwi, tylko pot i cenzura. Sega Genesis miała jednak trik: kod ABACABB, który odblokowywał brutalność w pełnej krasie. Dla graczy z lat 90. to było jak znalezienie Świętego Graala.
12. ABACABB – hołd dla… Phila Collinsa?!
Nie żartuję. Kod, który włączał krew, to ukłon w stronę albumu „Abacab” zespołu Genesis. Bo gra wyszła na konsolę Sega Genesis. Geniusz? Głupota? A może jedno i drugie? W każdym razie – dzięki Phil, bez ciebie nie byłoby flaków na ekranie!
13. Muzyka od belgijskich mistrzów rave’u
Po premierze gry Maurice Engelen (Praga Khan) i Olivier Adams (znani z Lords of Acid) dostali propozycję stworzenia albumu promującego MK. Tak powstał zespół The Immortals i ich nieśmiertelny hit „Techno Syndrome” – czyli kultowe „MORTAL KOMBAT!” z 1995 roku. Gdy tylko słyszysz ten krzyk, od razu chcesz kogoś kopnąć w twarz.
14. Mortal Kombat trafił… do Senatu USA
Nie każdy był zachwycony. Senator Joseph Lieberman uznał grę za diabelskie dzieło demoralizujące młodzież. Na konferencji prasowej w 1993 roku ostrzegał, że „dzieci uczą się odrywania głów”. Na scenie obok niego stał… Kapitan Kangur, czyli idol przedszkolaków. Tak, to się naprawdę wydarzyło.
15. Dzięki tej aferze powstało ESRB

Burza wokół Mortal Kombat sprawiła, że branża gier wzięła się w garść. W 1994 roku powołano Entertainment Software Rating Board (ESRB) – system ocen wiekowych. Od tego momentu każda gra musiała mieć oznaczenie, czy jest dla dzieci, czy raczej dla tych, którzy potrafią przełknąć widok krwi. Czyli, w sumie, dla wszystkich nas z automatów.
Epilog: Krwawe dziedzictwo smoka
Trudno dziś wyobrazić sobie świat gier bez Mortal Kombat. To nie tylko bijatyka – to kulturowy fenomen, który dał nam niezapomniane postacie, ikoniczne hasła i muzykę, przy której nawet teściowa ma ochotę krzyknąć „FINISH HIM!”.
Zaczęło się od czterech gości i kilku klatek wideo, a skończyło na serii, która trwa od ponad 30 lat. I wiesz co? Każdy, kto kiedyś wcisnął kombinację przycisków, żeby zobaczyć jak Sub-Zero urywa komuś głowę, wie jedno – to była magia, której nie da się zapomnieć.
Mortal Kombat to nie tylko gra. To wspomnienie tamtej obskurnej automaciarni, klejących się przycisków i tłumu dzieciaków, którzy wierzyli, że Scorpion naprawdę istnieje. I w pewnym sensie… istniał. Bo dla nas, graczy z lat 90., był symbolem buntu, adrenaliny i czystej, brutalnej frajdy.
Flawless Victory.
