Lata 90. to złota era salonów gier w Polsce. Pamiętam te wyprawy do galerii handlowych – Arkadia w Warszawie, podziemne salony na Pradze – gdzie automaty Konami były prawdziwymi gwiazdami. Zapach ozonu z monitorów CRT, szelest żetonów w kieszeni, kolejki do najlepszych automatów. W 1992 roku, rok po światowej premierze, Teenage Mutant Ninja Turtles: Turtles in Time pojawił się w polskich salonach i natychmiast stał się hitem.
Jako sequel arcadowego TMNT z 1989 roku, Turtles in Time nie rewolucjonizował gatunku – udoskonalił go. Czterech graczy jednocześnie, kooperacja dopracowana do perfekcji, podróże w czasie jako pretekst do różnorodnych poziomów, i bossowie wymagający prawdziwej zręczności. To była gra stworzona dla arcade’ów: kolorowa, dynamiczna, zaprojektowana tak, by każda sesja była intensywnym przeżyciem.

Gra obsługiwała do czterech graczy jednocześnie na jednym automacie – rzadkość i wielkie osiągnięcie techniczne w 1991 roku. Sterowanie typowe dla gatunku: 8-kierunkowy joystick, przycisk ataku, skoku i specjalnego. Zero tutoriali – wskakujesz do gry i od pierwszej sekundy wiesz, co robić. To znakomite przykład arcade’owego design philosophy: natychmiastowa satysfakcja, stopniujące się wyzwanie.
Gra bazowała na popularnym serialu animowanym z lat 80., zachowując jego lekki, humorystyczny ton. Fabuła jest pretekstem: Shredder kradnie Statuę Wolności, teleportuje żółwie w różne epoki historyczne. Proste, ale wystarczające – w końcu graliśmy w beat-’em-upy dla samej rozgrywki, nie narracji.
Serce gry stanowi wybór jednego z czterech braci, każdy z unikalnym arsenałem:
- Leonardo (niebieski, dwie katany) – zrównoważony lider, uniwersalny styl walki
- Michelangelo (pomarańczowy, nunchaku) – najszybszy, idealny do agresywnej gry
- Donatello (fioletowy, kijek bo) – największy zasięg, świetny w kontrolowaniu tłumu
- Raphael (czerwony, sai) – najbardziej agresywny, wysoki damage
Konami osiągnęło idealny balans – żaden żółw nie dominuje, każdy ma swoje zalety. W 4-osobowym co-opie to tworzyło naturalną dynamikę zespołową. Pamiętam podziały ról: ktoś tankował z Donatellem, inni atakowali szybkimi combo.

Mechanika rozgrywki
Turtles in Time to klasyczny side-scrolling beat-’em-up dopracowany do perfekcji. Podstawowe mechaniki: combo ataki (5-6 uderzeń), jump attack, dash attack. Kluczowa nowość to rozbudowany system chwytów: możesz wykonać slam lub rzucić przeciwnikiem – w tym słynny rzut prosto w ekran, z satysfakcjonującą animacją wroga odlatującego „w kierunku gracza”.
Power-upy to głównie pizza: zielona leczy zdrowie, czerwona daje specjalny spin attack. System życia z trzema barami zmuszał do ostrożności, ale nie frustrował – w arcade’ach można było dokupić continue.
Trudność zaprojektowano klasycznie arcade’owo: wystarczająco łatwo by gracz czuł progres, wystarczająco trudno by potrzebował kolejnych monet. Fale różnych typów Foot Soldiers (z bronią, bombami, skaczący), pułapki środowiskowe, bossowie z czytelnymi wzorcami ataków, ale wymagający precyzji. W 4-osobowym co-opie trudność spada, ale zabawa rośnie wykładniczo.
Gra oferuje 6 głównych etapów, każdy w innej epoce. Każdy poziom oferuje inną scenografię i mechaniki, zapobiegając monotonii. Niektóre segmenty to statyczne walki, inne auto-scrolling wymagające refleksu. W arcade’ach każdy poziom zajmował 5-10 minut, cała sesja 30-50 minut – idealna długość dla arcade’owej gry.
Warstwa audiowizualna
Graficznie Turtles in Time to majstersztyk pixel artu. Parallax scrolling tła, duże i płynnie animowane sprite’y, zero spowolnień nawet przy czterech graczach i tłumie wrogów na ekranie – techniczne osiągnięcie jak na 1991 rok. Kolorowa, cartoonowa paleta idealnie oddaje klimat serialu.
Szczegóły animacji zasługują na uznanie: po trafieniu ogniem postać czernieje, po spadnięciu na kolce pojawia się humorystyczny efekt. Żółwie mają płynne animacje ataków, a wirujące nunchaku Michelangelo to wizualna gratka.
Warstwa dźwiękowa dopełnia całość: energiczny rock/metal w tle, charakterystyczne voice samples („Cowabunga!”, „My toes!”, „Big Apple, 3 A.M.!”), satysfakcjonujące efekty dźwiękowe uderzeń.
Porty na inne sprzęty

Wersja na Super Nintendo (1992, wydana jako TMNT IV) zyskała dodatkowy poziom (Technodrome), tryb versus, ale straciła voice samples i wsparcie dla czterech graczy. Miała też innych bossów – na przykład Slash zamiast Cement Mana. Obie wersje mają swoich fanów.
W 2022 roku The Cowabunga Collection na współczesnych platformach zawiera obie wersje – arcade i SNES – z online co-op, save states i rewind. To definitywna edycja dla kolekcjonerów i nowych graczy.
Podsumowanie

Teenage Mutant Ninja Turtles: Turtles in Time to wzorcowy przykład arcade’owego beat-’em-upa. Doskonała mechanika, różnorodne poziomy, idealny balans trudności, techniczna perfekcja i czteroosobowy co-op sprawiają, że gra zachwyca do dziś.
Dla tych, którzy pamiętają salony gier lat 90., to czysta nostalgia. Dla nowych graczy – lekcja tego, jak projektować arcade’owe doświadczenie. Konami stworzyło grę ponadczasową.
Ocena: 9.5/10 – Jeden z najlepszych beat-’em-upów ever made.
Jeśli macie dostęp do The Cowabunga Collection – nie wahajcie się. A jeśli traficie na oryginalny automat? Wrzućcie monetę.
Ewentualnie, możecie odpalić grę na emulatorze i cieszyć się żółwiami jak ja te trzydzieści lat temu…
Cowabunga!
Żółwie biją czas… i wszystko po drodze

- Dynamiczna, bardzo grywalna bijatyka typu beat ’em up
- Kultowy klimat TMNT i świetna oprawa sprite’owa
- Tryb kooperacji – idealny do grania ze znajomymi
- Krótka rozgrywka
- Powtarzalność przeciwników i schematów walki
- Brak większej głębi mechanicznej
Kultowy beat ’em up z żółwiami – szybki, efektowny i świetny w co-opie, ale dość krótki.
