RETRO

Gameboy vs. Reszta handeldów lat 90.

Wyobraźcie sobie rok 1990. Właśnie wchodzicie do sklepu z elektroniką, a tam – magia. Na półce obok telewizorów kineskopowych i odtwarzaczy VHS leżą one: przenośne konsole do gier. Można je chwycić w dłoń, wrzucić do plecaka i grać gdziekolwiek przyjdzie ochota – w autobusie, na przerwie w szkole, pod kołdrą z latarką. To była rewolucja na miarę późniejszych smartfonów, tylko bardziej toporna, głośniejsza i zdecydowanie bardziej plastikowa. I choć dziś każdy pamięta Game Boya, to mało kto wie, że Nintendo wcale nie było na tym rynku pierwsze – ani tym bardziej jedyne.

Zanim przejdziemy do historii, warto spojrzeć na liczby, które mówią same za siebie. Do końca lat 90. Nintendo sprzedało blisko 120 milionów egzemplarzy Game Boya (wliczając wersję Color). Sega Game Gear, jego najpoważniejszy rywal, zamknął się w okolicach 10-11 milionów sztuk. Atari Lynx sprzedało się w nakładzie zaledwie 1-3 milionów egzemplarzy, a Neo Geo Pocket – cóż, ten praktycznie zniknął z półek, zanim ktokolwiek zdążył się o nim dowiedzieć. Jak to możliwe, że urządzenie z zielonkawym, monochromatycznym ekranikiem rozgromiło całą kolorową, głośniejszą i teoretycznie nowocześniejszą konkurencję? Odpowiedź tkwi w bateriach, cenie i genialnej grze o cegłach. Ale po kolei.

Gameboy

Game Boy FL 1

Game Boy od Nintendo zadebiutował w Japonii w kwietniu 1989 roku, by kilka miesięcy później trafić do Ameryki Północnej i Europy. Na pierwszy rzut oka nie zachwycał. Zielonkawy ekran o rozdzielczości 160 na 144 piksele i czterech odcieniach szarości wyglądał przy konkurencji jak relikt minionej epoki. W czasach gdy telewizory przechodziły na kolor, a gry komputerowe eksplodowały feerią barw, Nintendo postawiło na rozwiązanie na wskroś konserwatywne.

Ale to właśnie ten pozorny konserwatyzm okazał się kluczem do sukcesu. Game Boy działał na czterech bateriach AA, które wystarczały na zawrotne 10-30 godzin zabawy – w zależności od modelu i intensywności użytkowania. Dla porównania, konkurencyjny Sega Game Gear pożerał sześć baterii AA w zaledwie trzy do pięciu godzin. Atari Lynx na tym samym zestawie wytrzymywał od dwóch do pięciu godzin. Rodzice na całym świecie szybko docenili tę różnicę: cztery baterie na tydzień to jedno, sześć baterii na jedno popołudnie to zupełnie inny wydatek.

Równie istotna była cena. Game Boy startował z poziomu 89,99 dolara w USA, podczas gdy Atari Lynx kosztował aż 189,99 dolara. Sega Game Gear była nieco tańsza od Lynxa, ale wciąż wyraźnie droższa od propozycji Nintendo. Gdy do równania dodamy koszt baterii, różnica stawała się jeszcze bardziej odczuwalna – Game Boy po prostu bardziej opłacało się mieć. Był też lżejszy i poręczniejszy, ważąc około 300 gramów z bateriami, podczas gdy konkurenci cierpieli na syndrom „cegiełki w kieszeni”.

Atari Lynx

Atari Lynx

Pozostali gracze na rynku handheldów lat 90. mieli ambitniejsze plany. Atari Lynx, który pojawił się niemal równocześnie z Game Boyem, był prawdziwym technologicznym cackiem: pierwszy na świecie kolorowy wyświetlacz LCD w konsoli przenośnej, rozdzielczość 160 na 102 piksele, paleta 4096 kolorów i czterokanałowy dźwięk stereo. Do tego wsparcie dla trybu wieloosobowego przez kabel ComLynx – osiem osób mogło grać razem, co w 1989 roku brzmiało jak science fiction. Lynx był też pierwszą konsolą z podświetlanym ekranem, co pozwalało grać po ciemku bez latarki.

Problem? Był ogromny, drogi i miał katastrofalny czas pracy na bateriach. Sześć ogniw AA starczało na zaledwie 2-5 godzin, co przy dłuższych podróżach wymagało noszenia zapasowego kompletu albo siedzenia przy gniazdku. Na dodatek biblioteka gier Lynxa była więcej niż skromna – raptem 73 oficjalne tytuły, z czego większość to porty lub średniej jakości produkcje. A że Atari w tamtym czasie nie cieszyło się już najlepszą reputacją wśród sprzedawców detalicznych, niektórzy sklepy po prostu odmawiały przyjęcia konsoli na półki. Lynx po cichu zniknął, zapamiętany głównie jako ciekawostka technologiczna, a nie realna konkurencja.

Sega Game Gear

Sega Game Gear WB 1
Sega Game Gear

Sega Game Gear, debiutujący w 1990 roku, miał szansę pójść inną drogą. Był ładniejszy, bardziej kompaktowy i opierał się na architekturze Master System, co dawało mu dostęp do ogromnej biblioteki gotowych gier w mgnieniu oka. Do tego kolorowy ekran, podświetlenie, stereofoniczny dźwięk – brzmiał jak przepis na sukces. I rzeczywiście, Game Gear radził sobie całkiem nieźle, zdobywając nawet w pewnym momencie 51% rynku handheldów w USA.

Ale diabeł tkwił w szczegółach. Po pierwsze – znowu te baterie. Sześć sztuk na trzy godziny to był dramat dla rodziców, którzy finansowali to hobby. Po drugie – brak oryginalnych tytułów. Choć Sega obiecywała gry znane z Mega Drive’a, w praktyce otrzymywaliśmy głównie uproszczone wersje, które często odstawały od pierwowzorów. Po trzecie – Sega popełniła strategiczny błąd, porzucając Game Gear na rzecz walki z PlayStation na rynku konsol stacjonarnych. Pozbawiona wsparcia konsola po prostu umarła, a ostatnie gry wydano na nią w 1997 roku.

Neo Geo Pocket

Neo Geo Pocket Anthra Left 1
Neo Geo Pocket

Neo Geo Pocket to już historia osobna – konsola, która miała pecha pojawić się w najgorszym możliwym momencie. Zadebiutowała w Japonii w październiku 1998 roku, dosłownie tydzień po premierze Game Boya Color, który skradł całe światło reflektorów. Na dodatek SNK, producent Neo Geo, był znany głównie z automatów arcade i drogich domowych konsol, a nie z handheldów. Neo Geo Pocket, mimo 40-godzinnej żywotności baterii i ciekawej biblioteki gier (w tym znakomitych bijatyk SNK), sprzedawał się dramatycznie słabo – poniżej oczekiwań SNK, które szybko wycofało się z rynku. Na osłodę pozostała garść kultowych tytułów, które do dziś wspominają zagorzali fani.

Tetris. I to właściwie wystarczyło…

Gdyby wskazać jeden moment, który przesądził o dominacji Game Boya, byłby to prawdopodobnie dzień, w którym Nintendo dołączyło do konsoli grę Tetris. Nie żadną tam strzelankę czy platformówkę, tylko logiczną układankę o spadających klockach. Tetris był prosty, wciągający i uniwersalny – mogli w niego grać zarówno zapaleni gracze, jak i osoby, które nigdy wcześniej nie trzymały pada w dłoni. I grali. Na przerwach w pracy, w kolejce do lekarza, w trakcie nudnych rodzinnych obiadów.

Sama gra sprzedała się w ponad 35 milionach egzemplarzy, stając się jednym z najlepiej sprzedających się tytułów wszech czasów. A to był dopiero początek. W ślad za Tetris poszły kolejne przeboje: Super Mario Land, który udowodnił, że platformówki na małym ekranie mają sens, sprzedając się w nakładzie ponad 18 milionów kopii. Seria Pokémon, startująca w 1996 roku z Red i Green (na zachodzie Red i Blue), dodała Game Boyowi drugie życie i sprzedała się łącznie w ponad 84 milionach egzemplarzy. Do tego Kirby, Donkey Kong, The Legend of Zelda: Link’s Awakening – Nintendo systematycznie budowało bibliotekę, której żaden konkurent nie był w stanie przeskoczyć.

Konkurencja nie miała takiej siły przyciągania. Sega Game Gear mogła pochwalić się serią Sonic the Hedgehog, ale porty z Mega Drive’a nie zachwycały, a ekskluzywnych hitów brakowało. Atari Lynx? Garść solidnych tytułów jak Blue Lightning czy California Games, ale nic, co przykułoby uwagę masowego odbiorcy. Neo Geo Pocket? Kilka fantastycznych bijatyk pokroju SNK vs. Capcom: Match of the Millennium czy Metal Slug: 1st Mission, ale za mało, za późno. Game Boy natomiast rósł w siłę z każdym rokiem, doczekując się nie tylko setek gier, ale także ulepszonych wersji sprzętu – Game Boy Pocket w 1996 i Game Boy Color w 1998 – które tylko umocniły jego pozycję.

Inni też chcieli…

Mówiąc o handheldach lat 90., nie sposób pominąć kilku urządzeń, które dziś są jedynie przypisem w historii – ciekawostkami, które z powodu miażdżącej konkurencji Game Boya nie miały najmniejszych szans. Jednym z nich był Watara Supervision z 1992 roku – tania alternatywa dla konsoli Nintendo, sprzedawana w supermarketach za ułamek ceny rywala. Miał odchylany ekran, co wyglądało futurystycznie, ale jakość wykonania i gry – delikatnie mówiąc – nie porywały. Ot, budżetowa zabawka na kilka popołudni.

Zupełnie inną drogę obrało Tiger Electronics ze swoim game.com  z 1997 roku. To była przedziwna hybryda konsoli i organizera – z ekranem dotykowym, rysikiem i… modemem do łączenia się z internetem! Niestety, kiepski ekran, toporna obsługa i gry (w tym oficjalne, ale fatalne porty Resident Evil 2 czy Sonic Jam) sprawiły, że urządzenie stało się raczej obiektem żartów niż realnym graczem na rynku.

Z kolei koreański GP32 od Game Park, choć pojawił się już na początku nowego milenium, duchem wciąż tkwił w latach 90. Stworzony z myślą o entuzjastach i otwartym oprogramowaniu, miał piękny, podświetlany ekran i niezwykłą moc. Ale bez wsparcia wielkich wydawców i w obliczu nadciągającego Game Boy Advance, pozostał niszowym skarbem dla garstki zapaleńców. Wszystkie te konsole udowadniają jedno: w starciu z Game Boyem nie wystarczyła dobra cena, nowatorski pomysł czy nawet dotykowy ekran. Rynek był już kupiony – dosłownie i w przenośni.

Podusmowanko

Patrząc z perspektywy czasu, triumf Game Boya nie był dziełem przypadku. Nintendo od początku rozumiało coś, czego nie pojęli rywale: handheld to nie jest pomniejszona konsola stacjonarna, tylko zupełnie inne urządzenie, które ma inne priorytety. Liczy się czas pracy na baterii, cena, poręczność i gry – dokładnie w tej kolejności. Grafika jest ważna, ale nie aż tak, jak wygoda i koszt użytkowania.

Sega, Atari i SNK projektowały swoje handheldy z myślą o technologicznej demonstracji siły. Imponujące specyfikacje, kolorowe ekrany, podświetlenia – wszystko to brzmiało wspaniale w folderach reklamowych, ale w codziennym użytkowaniu okazywało się kulą u nogi. Baterie padały po dwóch godzinach, urządzenia były ciężkie i nieporęczne, a ceny wysokie. Rodzice – czyli ci, którzy ostatecznie podejmowali decyzje zakupowe – woleli tańszy i mniej wymagający sprzęt, który nie zrujnuje domowego budżetu na baterie.

Game Boy był jak Volkswagen Golf wśród sportowych coupé – może nie najszybszy i nie najpiękniejszy, ale niezawodny, oszczędny i dostępny. I to wystarczyło, by na zawsze zapisać się w historii gier wideo. Konkurencja tymczasem przepadła w mrokach dziejów, pozostawiając po sobie jedynie nostalgiczne wspomnienia i kilka naprawdę udanych gier, które – gdyby okoliczności były inne – mogły zawładnąć wyobraźnią milionów.

Dziś, gdy patrzymy na ultra-szczegółowe rendery klasycznego Game Boya, trudno nie poczuć nostalgii za czasami, gdy szczytem technologii był zielonkawy ekran bez podświetlenia. Sukces Nintendo udowodnił, że w świecie technologii „więcej” nie zawsze znaczy „lepiej”. Wybierając oszczędność i grywalność zamiast surowej mocy, japoński gigant stworzył ikonę popkultury, która przetrwała próbę czasu znacznie lepiej niż jej teoretycznie potężniejsi rywale.

A jak to wyglądało u Was?

Czy w latach 90. byliście dumnymi posiadaczami Game Boya, czy może należeliście do nielicznej grupy „kolorowych” buntowników z Game Gear lub Lynxem w plecaku? A może Wasze pierwsze kroki w świecie przenośnego grania to legendarne Brick Game z setkami wersji Tetrisa?

Dajcie znać w komentarzach !

Może cię zainteresować:

Emulujemy Super Nintendo na PC (Bsnes)

Kabson

Konfiguracja DeSmuME (emulator Nintendo DS)

Kabson

3DNes – inne spojrzenie na emulację Nintendo NES

Kabson

Monster Party (1989)

Emumaniak

The Battle of Olympus (1988)

Kabson

Nosferatu (1994)

Kabson

Zostaw komentarz