Nintendo NES

Monster Party (1989)

Dziś zabieram was w podróż do świata, który wygląda jakby powstał po wspólnym melanżu Pikachu, Freddy’ego Kruegera i jakiegoś grafika po trzech Red Bullach. Panie i panowie, oto Monster Party na NES-a – gra tak pokręcona, że gdyby miała polskie korzenie, to na bank powstałaby w jakimś PRL-owskim laboratorium, gdzie obok programisty siedział pan Wiesiek z flaszką i mówił: „Ej, a weź tam wrzuć kota, co strzela oczami, będzie śmiesznie”.

Gra zaczyna się całkiem niewinnie. Mamy Marka — zwykłego amerykańskiego dzieciaka z kijem baseballowym (w polskich realiach to byłby Marek z Pragi, wracający z boiska z aluminiowym kijem, którym przed chwilą przepędzał gołębie spod trzepaka). Nasz bohater patrzy w niebo, widzi spadającą gwiazdę i myśli: „O, może pomyślę życzenie”. Ale nie — zamiast spełnionych marzeń dostaje ptaka z kosmosu imieniem Bert, który mówi, że jego planeta została opanowana przez potwory i potrzebuje pomocy. Bo oczywiście najlepszym wyborem do walki z galaktycznym złem jest dzieciak z kijem baseballowym w krótkich spodenkach.

monster party

Bert nawet nie daje Markowi dojść do słowa – po prostu łapie go, łączy się z nim w jedno ciało (brzmi jak scena z taniego anime) i razem lecą na obcą planetę, gdzie zaczyna się nasza przygoda. W tym momencie normalny gracz pyta: co ja właśnie obejrzałem? — ale to dopiero początek jazdy bez trzymanki.

„Monster Party” wygląda na klasyczną platformówkę z NES-a – idziesz w prawo, skaczesz, napierdzielasz przeciwników. Ale zaraz po kilku minutach zaczynasz się zastanawiać, czy przypadkiem nie zjadłeś czegoś dziwnego, bo ekran zaczyna wyglądać jak sen psychodelicznego dentysty.

Mark macha kijem, odbija pociski (jak baseballowy Jedi), a co jakiś czas może podnieść pigułkę i przemienić się w Berta – czyli latającego potwora z laserem. To w sumie trochę jak polska transformacja: z dziecka z kijem zmieniasz się w gościa, który ma broń z bazaru i leci do boju, póki bateria się nie skończy.

Gra jest zaskakująco łatwa – masz pasek życia tak długi, że mógłbyś nim owinąć kineskopowy telewizor. Przeciwnicy poruszają się z inteligencją tostera, a poziomy są tak proste, że przypominają labirynt w „Domowym Przedszkolu”. Ale to nie gameplay jest tutaj kluczem – to czysty absurd, którego nie da się zapomnieć.

monster party

Monster Party to festiwal potworów tak dziwnych, że sam Lovecraft by się popłakał ze śmiechu. Spotykasz chodzące spodnie, które atakują cię jakby spóźniły się na maturę. Dalej masz psy z ludzkimi głowami, śmierdzącego kota z laserowymi oczami, odciętą głowę faraona, z której tryska krew jak z fontanny w Radomiu, i latające bebechy, które robią więcej zamieszania niż politycy w kampanii wyborczej.

Wszystko to dzieje się w świecie, gdzie tło czasem przypomina las, czasem jaskinię, a czasem coś, co powstało przez przypadek, gdy ktoś rozlał kawę na dyskietkę z grafiką. Ale za to – o dziwo – bossowie wyglądają naprawdę dobrze. Głównie dlatego, że są tak przerażająco absurdalni, że nie da się ich zapomnieć.

Każdy poziom to trzy pokoje z bossami. Ale nie oczekuj finezji – większość z nich po prostu stoi w miejscu i strzela w ciebie czymś, co wygląda jak kulki z nosa. Inni chodzą w tę i z powrotem jak ochroniarz w Biedronce. Ale mimo tej prostoty, każdy boss ma coś w sobie: jednego pokonujesz, a on krzyczy „Welcome to die!”, inny po prostu… jest kotem z gigantyczną głową.

Są też „puste pokoje” – otwierasz drzwi i nic tam nie ma. Zero. Pustka. Jak w moim koncie bankowym po zakupach na Allegro.

Graficznie – raz dobrze, raz źle. Czasem masz ładne tła z migającymi kolorami, a czasem wygląda to jak rysunek dziecka po trzech lizakach i zbyt długim siedzeniu przy telewizorze. Muzyka? Momentami klimatyczna, a momentami tak irytująca, że w szóstej planszy masz ochotę wbić sobie kij w ucho. Tam zamiast muzyki gra… wiatr. Tak, dosłownie. Szum, który brzmi jak suszarka do włosów puszczona przez pół godziny.

monster party 3

Co ciekawe, „Monster Party” to jedna z niewielu gier stworzonych w Japonii, ale nigdy tam nie wydanych. I wiecie co? Patrząc na jej zawartość, wcale się nie dziwię. Wersja japońska miała mieć jeszcze więcej odniesień do znanych filmów – „Gremliny”, „Obcy”, „Planeta Małp”, „Mały Sklepik z Horrorami” – ale wszystko zostało wycięte, bo Bandai najwyraźniej uznało, że procesy sądowe to słaby pomysł.

Z perspektywy czasu dobrze, że tak zrobili, bo zamiast kolejnej paczki licencjonowanych stworów dostaliśmy czyste, nieokiełznane szaleństwo, które można określić jednym słowem: „WTF?!”.

Galeria

Gdyby ta gra powstała w Polsce, to na pewno zaczynałaby się na blokowisku. Marek wracałby z Orlika, po drodze spotykałby bociana-cyborga, który prosi go o pomoc w walce z hordą potworów z Radomia. Potwory wyglądałyby jak postacie z „Akademii Pana Kleksa” po 30 latach picia, a muzyka byłaby z Commodore’a nagranego przez magnetofon Kasprzak. I wiecie co? Nadal miałoby to więcej sensu niż oryginał.

„Monster Party” to nie jest dobra gra. Nie ma tu dopracowanego sterowania, wyzwania, fabuły z sensem ani logiki. Ale to cudowny, szalony koszmar, który bawi tym, jak bardzo jest dziwny. To trochę jak oglądanie kiepskiego horroru klasy B o potworach z gumy – wiesz, że to tandeta, ale nie możesz oderwać wzroku.

W świecie, gdzie każda gra próbuje być poważnym arcydziełem, „Monster Party” jest jak mem z lat 80. – głupi, przerysowany, ale cholernie zabawny. I jeśli masz wolny wieczór, NES-a (albo emulator, nie oszukujmy się), to odpal to cholerstwo. Po pół godziny będziesz zastanawiał się, czy to gra, czy sen po kebabie z nocnego.

Grę bez problemów uruchomicie na jednym z tych emulatorów konsoli NES/Pegasus, zaś sama grę bez problemów znajdziecie na jednej z tych stron.

Tak jak wciąż wspominam w moich wpisach, granie na emulatorach za pomocą klawiatury mija się z celem. Dlatego też polecam Wam te dwa modele padów:
  • 8Bitdo SN30 w cenie ok. 116 złotych (dostępny na Allegro, X-kom)
  • 8Bitdo Ultimate C w cenie ok. 134 złotych. (dostępny na Allegro, X-kom)
Sam używam 8Bitdo Ultimate C niemal od roku i nie mam z nim żadnych problemów. 

Na koniec, podrzucam wam kody do poszczególnych poziomów:

2 – 7vC .8M T?e
3 – F0a Q?K 8TQ
4 – KJ1 .Ra 0Ia
5 – UbC P4D dOq
6 – hmC E8p f6j
7 – „uU „5Q EDR
8 – JCC KgU pDn

Ale powiedz mi, czy Ty znasz jeszcze jakieś inne dziwadła na NES-a albo Pegasusa, o których świat zapomniał?
A może kiedyś trafiłeś na jakąś perełkę z bazaru, sprzedawaną przez lokalnego „Ruska”, który zapewniał, że to „oryginał, panie, z Ameryki”? 
Daj znać w komentarzach — chętnie odkryję razem z Tobą więcej takich cudów z epoki, gdy wszystko było prostsze, a potwory z 8-bitów miały więcej charakteru niż dzisiejsze tytuły.

5.3
Niezła
Monster Party

Gdzie horror spotyka się z absurdem, a boss może być… pływającym okiem w kapeluszu

🕹 Human Entertainment📅 19892h
Ocena czytelników
Bądź pierwszy!
Monster Party
Grafika6
Muzyka5
Gameplay5
Plusy
  • Dziwaczny, unikalny klimat grozy z humorem
  • Kreatywne i często surrealistyczne projekty bossów
  • Niezła różnorodność poziomów jak na Nintendo Entertainment System
Minusy
  • Nierówna trudność i frustrujące momenty
  • Dość toporne sterowanie
  • Krótka i mało dopracowana mechanicznie
Podsumowanie

Jedna z najbardziej „dziwnych” gier NES – bardziej psychodeliczna ciekawostka niż klasyczna platformówka.

Może cię zainteresować:

Portal Mario 64

Kabson

Gdzie się podział kanapowy co-op? Historia lokalnego multiplayera w grach wideo

Emumaniak

Robin Hood: Prince of Thieves (1991)

Kabson

Czym są ROM-y i dlaczego nie każde pliki gier nimi są ?

Emumaniak

Splatterworld odnalezione po ponad 30 latach – niewydana gra z serii Splatterhouse wreszcie dostępna, i to po angielsku

Kabson

Emulujemy Nintendo 64 na PC (M64Py)

Kabson

Zostaw komentarz