Drodzy Czytelnicy, zasiadam przed ekranem mojego sprawdzonego komputera, by podjąć się zadania budzącego ogromne emocje w świecie retro. Ocenianie Tiny Toon Adventures na konsolę NES przypomina chłodną analizę ukochanego pluszaka z dzieciństwa w obecności rozemocjonowanego malucha. Tym razem jednak nie muszę obawiać się gniewu zapalczywych miłośników Królika Bustera.
Dlaczego? Ponieważ to dzieło japońskich mistrzów z Konami to absolutny, perfekcyjny majstersztyk. To pięknie oszlifowany diament, na którym na próżno szukać jakichkolwiek rys czy niedociągnięć. Zapomnijcie o przysłowiu mówiącym, że nie ma róży bez kolców – ta gra zaprzecza wszelkim regułom, będąc tytułem całkowicie i bezapelacyjnie pozbawionym wad! Idealny od pierwszej do ostatniej sekundy rozgrywki.
Rok 1991. Konami, gigant branży odpowiedzialny za takie cudeńka jak Castlevania czy Contra, postanowiło przenieść na szarą konsolkę szaleństwo kreskówki Tiny Toon Adventures. Producentem wykonawczym był nieoceniony Hideo Ueda, a za programowanie odpowiadał zespół, który wcześniej czarował przy Teenage Mutant Ninja Turtles II: The Arcade Game. Muzykę skomponował Jun Funahashi, ten sam gość, który później dał nam dźwięki w Mystical Ninja Starring Goemon. Już samo to zestawienie nazwisk powinno przyprawić każdego maniaka o szybsze bicie serca. Gra trafiła na kartridże, sprzedała się w milionach egzemplarzy i do dziś jest uznawana za jedną z najlepszych adaptacji animacji w historii konsol. I wiecie co? W pełni na to zasługuje. Ale po kolei.
Kolory eksplodują z ekranu z intensywnością, jakiej NES nie widział od czasów Kirby’s Adventure. Buster Bunny, Plucky Duck czy Dizzy Devil wyglądają, jakby żywcem wycięto ich z telewizyjnej taśmy – animacja jest płynna, pełna charakterystycznych grymasów i przerysowanych póz. Tła to istne dzieła sztuki: od pastelowych łąk pierwszego poziomu, przez mroczny las, aż po kosmiczną stację kosmitów (masło maślane). Konami wycisnęło z ośmiobitowego procesora siódme poty – nie ma tu miejsca na tanie migotanie sprite czy toporność – wszystko śmiga jak złoto.
A muzyka? Funahashi stworzył ścieżkę dźwiękową tak chwytliwą, że nawet po trzydziestu latach główne tematy nuci się przy porannej kawie. Melodie są żywiołowe, jazzujące, z pazurem godnym big-bandu, a jednocześnie idealnie dopasowane do kreskówkowego szaleństwa. Efekty dźwiękowe to majstersztyk: od charakterystycznego „boing!” Bustera po absurdalne odgłosy wrogów. Jeśli macie w swoim domowym zaciszu choćby najmarniejszy głośnik, podkręćcie go na maksa – sąsiedzi niech wiedzą, że właśnie przeżywacie złotą erę gamingu.
Tiny Toon Adventures to platformówka z krwi i kości. Sterujemy Busterem, który wyrusza na ratunek przyjaciołom porwanym przez podłego Montanę Maxa. Nasz królik potrafi skakać (i to jak – z możliwością zmiany trajektorii w powietrzu, co na NES-ie w 1991 roku było niczym technologia rodem z NASA) oraz pędzić sprintem, który może zawstydzić nawet słynnego niebieskiego jeża.
Poziomy są zróżnicowane jak w najlepszych produkcjach Nintendo. Projekt leveli to mistrzostwo: platformy ułożone są tak, że gdy raz złapiesz rytm sprintu, suniesz przez nie jak burza, unikając przeszkód w ostatniej chwili. To daje poczucie absolutnej kontroli i niesamowitej frajdy.
Są też elementy eksploracji: poukrywane wejścia do bonusowych pokoi, gdzie możemy zebrać dodatkowe życia i energię w postaci marchewek (bo czymże byłby królik bez marchewki?). System „zdrowia” reprezentowany przez serduszka jest prosty, ale skuteczny, a rosnąca trudność kolejnych światów przyprawia o szybsze bicie serca nawet dzisiejszych wyjadaczy. Krótko mówiąc, Konami dostarczyło produkt pierwsza klasa, który do dziś stanowi wzór dla niezależnych twórców platformówek.
Podsumowanko
Tiny Toon Adventures na NES-a to prawdziwy rarytas – platformówka, która w 1991 roku wyznaczyła standardy oprawy audiowizualnej i grywalności. Jest tak dobra, że aż trudno uwierzyć, iż powstała na ograniczonym sprzęcie.
Zatem, drogi czytelniku, jeśli jeszcze nie miałeś przyjemności poprowadzić Bustera przez krainę Acme – biegnij do lamusa, odkop NES-a (albo uruchom emulatorek) i przekonaj się sam, co znaczy absolutna maestria z domieszką charakternego pazura. A gdy już ograsz całość i poczujesz, że wiesz o grze wszystko, przyjdź do mnie z dyskusją. Tylko błagam – odstaw wiadro z pomyjami! Lepiej zmierzmy się w pojedynku na argumenty przy dźwiękach genialnego soundtracku Funahashiego 😉
Gra działa bez zarzutu na każdym szanującym się emulatorze NES/Famicom.




