Są w życiu gracza momenty przełomowe. Pierwsza godzina w Dark Souls. Pierwsze spotkanie z Psycho Mantisem. Pierwszy raz, gdy twój rodzic wszedł do pokoju dokładnie w momencie, gdy robiłeś coś kompletnie innego niż granie w gry…. I teraz — po raz pierwszy wcielamy się w niemowlę pracujące dla korporacji.
Tak. Niemowlę. Zatrudnione w korporacji.
Jeśli właśnie przeczytałeś to zdanie, odłożyłeś kawę i wpatrujesz się w ekran z miną człowieka, który nie jest pewien, czy dobrze widzi — to znaczy, że jesteś gotowy na Wittle Mistakes: Prologue. Bo ta gra to dokładnie taki rodzaj doświadczenia: w połowie uroczego, w połowie niepokojącego, a w całości wykonanego przez dwóch ludzi, którzy prawdopodobnie zamiast spać, przez kilka miesięcy pytali się nawzajem: „Stary, ale co jeśli stworzymy grę, w której dziecko może spasć z naprawdę sporej wysokości?”
Fabuła Wittle Mistakes jest prosta jak zachód słońca i jednocześnie równie piękna w swoim absurdzie. Jesteś niemowlęciem. Korporacja o nazwie M.O.T.H.E.R. — bo oczywiście — postanowiła, że najlepszym sposobem na wychowanie idealnego dziecka jest wrzucenie go w serię śmiercionośnych testów, łamigłówek i torów przeszkód. Myślisz, że to mroczne? Oczywiście, że jest mroczne. Myślisz, że to zabawne? Absolutnie tak. To właśnie jest urok tej produkcji — gra bierze coś całkowicie absurdalnego i traktuje to ze śmiertelną powagą, co sprawia, że śmiejesz się nerwowo przez cały czas.
M.O.T.H.E.R. przemawia do ciebie ciepłym, matczynym głosem, obiecując miłość, naukę i wzrost. A potem każe ci wpaść w przepaść po raz czternasty. Bo taka jest miłość korporacyjna — bezwarunkowa, o ile spełniasz normy.
Mechanika rozgrywki w Wittle Mistakes jest zbudowana wokół prostego, ale genialnego pomysłu: zaczynasz od zera. Dosłownie. Twój protagonista na początku potrafi tylko raczkować i patrzeć na świat wielkimi oczami człowieka, który dopiero odkrywa, że istnieje grawitacja. Z czasem uczysz się stać, chodzić, skakać — i każdy nowo odblokowany ruch sprawia autentyczną radość, co jest dość niezwykłe, biorąc pod uwagę, że większość z nas opanowała chodzenie jakieś kilka dekad temu.
Gra stopniowo serwuje ci nowe wyzwania: wyścigi, tory z odbijającymi podłogami, łamigłówki wymagające myślenia, przeszkody wymagające precyzji. I to wszystko jest naprawdę nieźle zaprojektowane jak na projekt dwuosobowego studia, które nosi w nazwie słowo „WoofWoofWolffe” — co samo w sobie jest czerwoną flagą lub oznaką geniuszu, zależnie od tego, w jakim jesteś nastroju.
Sterowanie jest płynne i responsywne, choć, jak to w platformerach bywa, kilka momentów przypomni ci, że jesteś niemowlęciem i może po prostu nie powinieneś próbować tej konkretnej sekcji z rozbiegu. Prologowi można też zarzucić pewną surowość wykonania — tu i ówdzie widać szwy niezależnej produkcji — ale to właśnie te szwy są często dowodem na to, że za grą stoi ludzka pasja, a nie korporacyjna linia produkcyjna. (Ironia w kontekście fabuły gry jest absolutnie zamierzona.)
Nie owijajmy w bawełnę: w tej grze twoje dziecko będzie umierać. Często. I będzie to krwawe. Developerzy sami przyznają wprost w opisie gry, że zgony są „gore’owe, z krwią, ale w przerysowany sposób.” I rzeczywiście — kiedy twoje niemowlę po raz dziesiąty rozmazuje się po podłodze, gdzieś na styku horroru i komedii slapstickowej rodzi się uczucie, które trudno opisać słowami. Coś pomiędzy „czy powinienem się śmiać” a „właśnie znowu się zaśmiałem, jestem chyba poj***ny.”
Ale nie jesteś. To gra. To zamierzony efekt. I jest w tym pewna przewrotna uczciwość — Wittle Mistakes nie udaje, że jesteś bezpieczny. Korporacja M.O.T.H.E.R. ma swoje metody i nie zamierza się z nich tłumaczyć.
Checkpointy są ustawione rozsądnie, więc frustracja rzadko przekracza próg „rzucam kontrolerem”, a znacznie częściej zatrzymuje się na komfortowym poziomie „dobra, jeszcze raz, tym razem na pewno.”
Wizualnie gra prezentuje się… interesująco. Nie jest to tytuł, który zasypie cię grafiką AAA, ale ma w sobie coś urzekającego: kolorowe plansze pełne zabawek zestawione z ewidentnie niepokojącym klimatem korporacyjnej kontroli. To trochę jakby ktoś wziął Pixara, zmieszał z Black Mirror i zaprawił szczyptą polskiego absurdu — choć ta ostatnia składowa jest moja własna interpretacja, bo twórcy są prawdopodobnie zza oceanu.
Po planszach walają się nadmuchiwane lalki (tak, takie), a głos M.O.T.H.E.R. brzmi jak każdy asystent AI, który za chwilę poinformuje cię, że twój kwartał był suboptymaltny. Gra nie boi się ciemnych żartów i wie, kiedy puszyć oko w stronę gracza — i właśnie to sprawia, że chce się grać dalej.
Wittle Mistakes: Prologue jest — jak sama nazwa wskazuje — zapowiedzią czegoś większego. To wstęp, prolog, przygrywka. Twórcy z Rockfire Games i tajemniczego WoofWoofWolffa wyraźnie traktują tę produkcję jako wizytówkę i test: czy świat jest gotowy na grę, w której korporacyjne niemowlę umiera w rozmaity, krwawy i zabawny sposób, zadając przy tym pytania o naturę wychowania, posłuszeństwa i instytucjonalnej miłości?
Odpowiedź brzmi: 91% pozytywnych recenzji na Steamie, więc chyba tak.
I szczerze mówiąc — taka odpowiedź mnie cieszy. Bo w gąszczu milionowych budżetów i franczyz obliczonych do czwartego miejsca po przecinku, miło zobaczyć dwóch (prawdopodobnie niewyspanych) facetów, którzy powiedzieli sobie: „Zróbmy grę o niemowlęciu w złowrogiej korporacji i sprawmy, żeby była warta uwagi.” I sprawili.
Wittle Mistakes: Prologue to jedna z tych gier, które trudno zaszufladkować, a jeszcze trudniej zapomnieć. Jest za darmo, jest krótka, jest absurdalna i jest — co najważniejsze — autentyczna. Widać w niej pasję ludzi, którzy mieli pomysł i postanowili go zrealizować bez oglądania się na trendy rynkowe i dane demograficzne. Efekt końcowy to produkcja pełna charakteru, czarnego humoru i niemowlęcia, które ginie w sposób, jakiego twoje oczy jeszcze nie widziały.
Grę za darmo pobierzecie z platformy Steam.




