No to słuchaj, kurwa. Jest rok 2002, na rynku królują takie szroty jak Medal of Honor, gdzie biegasz po Normandii i myślisz, że jesteś bohater, a tak naprawdę tylko powtarzasz to samo jak papuga w zoo. A wtedy wpada Iron Storm i mówi: „Cześć, kurwa, jestem twoim nowym ojcem”. I rzeczywiście – odpalasz i czujesz, że wychowanie, które dała ci matka natura i polska szkoła, to gówno, a prawdziwe wartości to gaz bojowy, drut kolczasty i satelita obserwujący okopy z orbity.
To nie jest gra. To jest symulator koszmaru, manifest o tym, że ludzkość jest tak głupia, że mogłaby napierdalać się w błocie jeszcze pięćdziesiąt lat po tym, jak rozsądni ludzie dawno poszli w dzwony hippisów i LSD. A tutaj, w 1964, dalej masz front, dalej masz okopy, dalej masz chłopów, którzy nie wiedzą, jak wygląda spokojne życie. Jedni wciąż siedzą po uszy w gównie i błocie, a drudzy robią karierę polityczną na trupach. I wszystko, kurwa, działa.
Fabuła – czyli jak historia robi ci dobrze, a potem gryzie cię w jajko
Grasz jako James Anderson, najemnik, weteran, koleś, który wciąga kulki jak tic-taki i sra granatami. Gość, który patrzy na wojnę i mówi: „Dobra, jebane dzieci, odsuńcie się, bo tatuś idzie zrobić porządek”. Anderson to nie bohater w stylu patetycznego Amerykańca – on jest bardziej jak twój stary po czterech piwach, który jednak potrafi rozpierdolić całe osiedle, jeśli ktoś mu krzywo spojrzy na Opla Astrę.
Twoim celem jest wbić się w samo serce tej wiecznej wojny i spróbować ją zakończyć. No niby banał, ale kurwa – ten świat jest tak popierdolony, że nie wiesz, czy naprawdę chcesz to kończyć, czy raczej zaciągnąć się jeszcze raz gazem bojowym i stwierdzić: „no dobra, jebane, lecimy dalej”.
Klimat – błoto, krew i teleturniej wojenny
Nie ma drugiej takiej gry, która by tak dobrze pokazała absurd wojny. Tu nie masz patosu, tu nie ma heroizmu. Masz szambo, w którym brodzisz po kolana. Masz telewizję, która nadaje relacje z frontu jakby to był, kurwa, „Idol”. Masz polityków, którzy robią z ludzkiej rzezi show, jakby to było „Mam talent”, tylko zamiast tańców masz eksplodujące wnętrzności.
I to działa – siedzisz przy monitorze i czujesz, że ten świat żyje własnym chorym życiem. Że to nie tylko strzelanka, ale też, kurwa, komentarz społeczny w stylu: „Hej, ludzie, wojna to debilizm, ale patrzcie, jak zajebiście można ją odwzorować w grze”.
Gameplay – czyli jak cię wciąga błoto, a ty mówisz: „jeszcze!”
Iron Storm to FPS, ale taki, który ma jaja ze stali. Tu nie ma prowadzenia za rączkę. Masz wybór: albo idziesz na pałę jak debil po piątkowej wypłacie, albo kombinujesz, chowasz się w okopach, grasz jak skurwysyn na partyzanta. Broń jest ciężka, brudna, realistyczna – jakbyś naprawdę miał czuć, że to nie Call of Duty z cyferkami, tylko prawdziwa giwera ważąca tyle, że twój kręgosłup zaczyna płakać.
Każdy strzał ma ciężar, każdy granat to mały Armageddon. A jak wybucha mina, to nie ma pierdolenia – ekran ci się czerwieni, a ty myślisz: „no dobra, to byłem ja, koniec, idę się zesrać w realu”.
Dlaczego to jest arcydzieło, kurwa?
Bo Iron Storm to nie tylko gra – to przestroga i masturbacja w jednym. To pokazanie, że człowiek jest tak głupi, że może prowadzić wojnę przez pół wieku, ale też, że gracz potrzebuje właśnie tego rodzaju brutalnej szczerości. Tu nie ma, kurwa, happy endów. Tu nie ma radosnego „koniec misji, czas na piwko”. Tu jest błoto, śmierć, propaganda i ty, malutki trybik, który próbuje coś zmienić.
I wiesz co? To jest zajebiste. Bo czujesz ciężar tej odpowiedzialności. A przy okazji czujesz, że gierki w 2002 roku potrafiły być bardziej ambitne niż połowa dzisiejszych „superprodukcji” robionych dla gimbazy z TikToka.
Podsumowanie – gra, która robi z twojej duszy okop
Jeśli nie grałeś w Iron Storm, to jesteś jak ten debil, co nie wie, że bigos trzeba doprawić liściem laurowym. Masz dziurę w edukacji, kurwa. To nie jest gra dla każdego, bo nie każdy ma jaja, żeby ją udźwignąć. Ale jeśli czujesz, że chcesz przeżyć coś więcej niż zwykłą strzelankę – odpalaj, kurwa, i nie pytaj.
Bo Iron Storm to jest jak religia. To nie jest FPS – to jest kurwa katechizm gracza. I każdy, kto twierdzi inaczej, powinien być zesłany z powrotem do okopów, żeby jeszcze raz wciągnął trochę gazu i przypomniał sobie, że prawdziwe gry to nie pierdolenie o mikrotransakcjach, tylko krew, pot i łzy, gdy kolejny raz padniemy jak mucha. A takich śmierci w tym tytule zaliczymy naprawdę wiele…
I wojna światowa… ale ktoś tu pomylił historię z fantazją

- Ciekawa alternatywna wizja I wojny światowej
- Spokojniejsze, taktyczne tempo walk
- Różnorodne bronie i podejścia do misji
- Przestarzała grafika nawet jak na swoje czasy
- Sztuczna inteligencja przeciwników zawodzi
- Sztywne sterowanie
Nietypowy FPS z alternatywną historią – ciekawy pomysł, ale technicznie i gameplayowo przeciętny.





