No siadaj, gówniarzu. Siadaj i nie pierdol, że nie masz czasu, bo jak nie wysłuchasz tej opowieści, to ci tak przypierdolę łychą po ryju, że sam Neptun cię nie rozpozna. Dziś ci opowiem o grze, przez którą mam metal w kolanie, rum w wątrobie i traumę, że znowu jebnę łajbą na mieliznę. Nazywa się to kurestwo Overboard!, a jak jesteś z Ameryki i masz nasrane w głowie, to mówisz na to Shipwreckers!, bo przecież wszystko musi być inaczej, jakbyś się urodził z plastikową papugą w dupie.
Wiesz, życie wilka morskiego nie jest łatwe. Szum fal, słony wiatr i smak starego rumu — to jest prawdziwa wolność. Ale czasem, jak zaszumi w głowie od tej wolności, tęsknisz za czymś, co ci przypomni młodość, gdy miałeś w oczach jeszcze nieco ognia, a serce waliło jak bęben wojenny.
Wsiadałem za ster tego okrętu i czułem, jakbym znów powracał na prawdziwe morze. Kamera patrzyła na mnie z góry, jak patrzy na kapitana sam Bóg Mórz, a ja musiałem manewrować między skałami, omijać pułapki, walić do cholery w innych piratów. Każda walka była jak starcie z własnymi demonami, a każda wygrana chwila radości smakowała jak najlepszy łyk rumu po długiej nocy.
Były tam armaty, rakiety, miny, błyskawice — broń, która pozwalała poczuć się jak bóg chaosu na oceanie. Czasem wpadnie bonus, który zamienia twój statek w latającą bestię — wtedy lecąc nad falami, czułem się jakbym unosił się nad życiem i śmiercią.
Gra podzielona była na pięć światów, każdy pełen zagadek, niebezpieczeństw i niespodzianek. Płynąc przez nie, czułem się, jakbym odwiedzał stare porty, gdzie każdy kąt krył wspomnienia — czasem gorzkie, czasem słodkie, ale zawsze prawdziwe.
Przez te poziomy przesuwałem się jak duch pośród fal, zbierając skarby, zatapiając okręty, próbując przetrwać ataki olbrzymich potworów, których pokonanie niekiedy było naprawdę sporym wyzwaniem.
Galeria: Overboard!
Ale największa frajda była, gdy przy konsoli siadało nas kilku. Multi-Tap pozwalał nam grać razem — pięciu wilków na jednym morzu, każdemu z własnym temperamentem, własną historią. Deathmatch, Capture the Flag — to były bitwy nie tylko o flagę, ale o dumę, o braterstwo, o prawo do bycia królem portu.
I choć czasem zrywaliśmy padem zasłony i lali się wzajemne przekleństwa, to śmiech i radość były większe niż jakakolwiek porażka.
Overboard! to nie był tylko tytuł na pudełku. To było uczucie, które chwytało za gardło i nie puszczało. To było wspomnienie młodości, kiedy wszystko było proste, a świat nie kończył się na brudnych ścianach tawerny.
Dziś, gdy patrzę na te rozmazane piksele, przypominam sobie smak soli na ustach, dźwięk fal rozbijających się o burtę, zapach staruszka rumu i to nieśmiertelne uczucie, że jakkolwiek by nie było, zawsze możesz wziąć ster w swoje ręce i popłynąć przed siebie.
Więc wypijmy za to, co było, i za to, co jeszcze przed nami. Za Overboard!, za piratów, za życie — bo ono jest jednym wielkim, bezlitosnym morzem, a my? My jesteśmy tylko wilkami, którzy nigdy nie przestaną szukać swojej przygody.
Grę bez problemów uruchomicie na emulatorze DuckStation.
Tak jak wciąż wspominam w moich wpisach, granie na emulatorach za pomocą klawiatury mija się z celem. Dlatego też polecam Wam te dwa modele padów:
- 8Bitdo SN30 w cenie ok. 116 złotych (dostępny na Allegro, X-kom)
- 8Bitdo Ultimate C w cenie ok. 134 złotych. (dostępny na Allegro, X-kom)
Ahoj!
Piraci, łupy i bezwstydne oszustwa na pełnym morzu

- Swobodna, humorystyczna akcja piracka
- Różnorodne strategie zdobywania łupów
- Dużo interakcji z otoczeniem i NPC
- Sterowanie statkiem bywa toporne
- Powtarzalność zadań
- Nierówna trudność
Zabawna piracka gra akcji z wolnością działania, ale miejscami toporna i powtarzalna.









