Dobra, siadaj, bo to będzie jazda bez trzymanki, bez kasku, z bananem na gębie i grzybem w dupie.
Super Mario Bros. — gra, co w 1985 jebnęła jak wódka o ósmej rano na czczo. Masz tu hydraulika z wąsem grubszym niż ego Elona Muska, który napierdala po krainie grzybów, żeby ratować jakąś księżniczkę, co notorycznie wpierdala się do niewłaściwego zamku. SERIO? BABO, WEŹ GPS-A I OGARNIJ SIĘ, ILE MOŻNA SIĘ GUBIĆ, TO NIE JEST ZEBRANIE ANONIMOWYCH MAPETÓW!
Gra się zaczyna — jeb, świat 1-1. Masz 8-bitowe niebo, rury, cegły i goomba z ryjem jak zjarany ziemniak. Skaczesz, zbierasz monety, napierdalasz głową w klocki jakbyś miał betonowy łeb — i co? GRZYBEK! Bierzesz go i nagle Mario rośnie jak dług na chwilówce.
A potem? KWIATEK. Prawdziwa męska siła — plujesz ogniem jakbyś wczoraj zjadł kebsa z napalmem. Wszystko płonie, goomby krzyczą, żółwie robią backflipy prosto do piekła, a ty się czujesz jak Chuck Norris na grzybowym tripie.
No ale nie myśl, że to spacer po parku. Tu się ginie jak muchy przy otwartym oknie — dziura, żółw, jakiś jebany kamień i już leżysz, i się zastanawiasz, czy to jeszcze gra, czy już terapia grupowa. Kontynuacja? AHA, SPIERDALAJ — TRZY ŻYCIA I NARA. To nie Fortnite dla dzieciaków z TikToka. Tu trzeba SKILLA, determinacji i palców szybszych niż gdy wpierdalasz kebaba po pijaku.
Muzyka? Ikoniczna. Taki bit, że jak go słyszysz, to ci się automatycznie wąs wyhoduje, nawet jeśli jesteś dziewczyną. Dźwięki jak z radia ze szkolnego sklepu ze słodyczami, nostalgia z buta w mordę, aż ci łezka poleci. Ale nie przyznasz się, bo jesteś twardy.
A grafika? Piksele jak cegły, ale KURWA JAKIE PIĘKNE. Jakby ktoś z Lego zrobił Mona Lisę, a potem dał jej grzyba i kazał biegać. Masz wodę, masz lawę, masz niebo, masz pieprzone zamki, gdzie Bowser siedzi i sapie jak ja po trzech schodach. Bossy? Jeden, ale klonowany, jakby miał braci w chuj. I ciągle cię trolluje. Księżniczka? NIE TUTAJ, FRAJERZE. Następny zamek. Jeszcze pięć. Jeszcze raz się wkurw.
Galeria: Super Mario Bros. (1985)
Ale jak już dojdziesz — jak naprawdę dojdziesz, nie tylko w grze, ale duchowo — i ją uratujesz… TO CO? JEBUT, KONIEC. Jeden ekran, pocałunek w czoło i wracaj do roboty, Mario, bo rury się same nie ogarną.
Super Mario Bros. to gra, która wychowała całe pokolenie ADHD-owców z kontrolerem w ręku i totalnym wkurwem na etapie 8-4. To nie jest gra. TO JEST RYTUAŁ. Jak pierwsze piwo. Jak pierwsza miłość. Jak pierwszy raz, gdy matka cię opierdoliła, że grasz za długo, a ty i tak dokończyłeś Mario.
Chcesz klasyki? TO MASZ KLASYK. ŚWIĘTOŚĆ PIKSELOWA. Gra, która kopie w ryj lepiej niż Mortal Kombat i uczy więcej niż szkoła. Bo dzięki niej wiesz, że grzyby to siła, że rury prowadzą do dziwnych miejsc i że prawdziwy mężczyzna skacze na żółwie jak na emocje — z góry, z impetem i bez myślenia.
KURTYNA. WĄS. KAPELUSZ. WYPIERDALAMY.
PS. Tekst został celowo napisany w takim stylu. Miał być śmieszny i chamski i chaotyczny.
Jak się nie spodoba to proszę:
Grę bez problemów uruchomicie na jednym z tych emulatorów konsoli NES/Pegasus, zaś sama grę bez problemów znajdziecie na jednej z tych stron.
Tak jak wciąż wspominam w moich wpisach, granie na emulatorach za pomocą klawiatury mija się z celem. Dlatego też polecam Wam te dwa modele padów:- 8Bitdo SN30 w cenie ok. 116 złotych (dostępny na Allegro, X-kom)
- 8Bitdo Ultimate C w cenie ok. 134 złotych. (dostępny na Allegro, X-kom)
Spodobał się wam taki styl? Jaką kolejną grę retro mam zrecenzować w ten sposób ? Dajcie odzew w komentarzach.

- Rewolucyjna platformówka i fundament gatunku
- Precyzyjna, satysfakcjonująca mechanika skakania
- Kultowe poziomy i muzyka
- Wysoki poziom trudności dla nowych graczy
- Brak zapisu gry
- Powtarzalność przy wielu podejściach
Ponadczasowy klasyk – prosta, genialna platformówka, która zdefiniowała gatunek.








3 komentarze
Taki z Ciebie chojrak ? Dawaj teraz Arkanoid.
Tekst świetny, dawno się tak nie uśmiałem.
Czelendź akcepted. 😉
Dawaj teraz Urban Champion, albo Popeye. Podoba mi się ten styl