Nintendo NES

Sky Destroyer (1985)

Dziś na tapecie: Sky Destroyer na NES-a. Czyli gra, w której nie zapinasz pasów – ty je rozrywasz zębami, wciągasz powietrze nosem jakbyś zaraz miał napierdalać Chucka Norrisa i odpalasz japońską latającą śmierć z 1985 roku prosto w ryj świata. To nie jest żadna symulacyjna popierdółka dla nerdów w swetrach ani edukacyjne sraki z epoki gier dla humanistów. To jest wojna. 8-bitowa, brutalna, z pikselami wielkości jajec twojego starego po dwóch zawałach i jednym rozwodzie. Tu nie ma miejsca na pytania – tylko na wybuchy, wrzaski i torpedy lecące z góry jak sraczka z pelikana po energetyku.

Sky Destroyer 1985

Co to za gra ?

Sky Destroyer to taki japoński pierdolnik, że jak go odpalisz, to od razu czujesz, że coś tu nie gra – bo nikt normalny nie daje dzieciom do zabawy gry, w której jesteś samotnym samurajem w samolocie i masz jedno jebane zadanie: zrobić z Pacyfiku pierdoloną strefę śmierci. Latasz tym swoim rozpędzonym złomem jakby ci życie płonęło na dupie i tłuczesz wszystko, co się rusza – samoloty wroga, kutry patrolowe, statki większe niż kompleksy twojego starego, helikoptery, które srają ołowiem na prawo i lewo, a jakby się dało, to byś i mewę zapierdolił bombą, bo czemu kurwa nie.

Przeciwnicy? To nie są żadne elitarne jednostki. To banda głąbów z chorą koordynacją i śmiertelnym pociągiem do kulki w czoło. Lecą w twoją stronę jakby w nosie mieli GPS z kierunkiem „prostą w mordę”. Jakby im w przedszkolu powiedziano: „Pamiętaj, syneczku, że najkrótsza droga do grobu to linia prosta do japońskiego pilota z PTSD”.

A ty? Ty nie jesteś pilotem. Ty jesteś latającym rzeźnikiem z misją boską, zakrwawionym świętym od rozpierdolki, który jak tylko zobaczy coś większego niż piksel, to od razu wciska bombę, żeby sprawdzić, czy z tego też się da zrobić krater. Masz jedno życie – jedno jedyne – i nie marnujesz go na jakieś pierdolenie o uczuciach czy strategii. Nie. Ty lecisz jak szalony japoński terminator, co dostał wypłatę w napalmie i nie zna słowa „cofnij”.

Reszta świata? To tylko tło. Mięso. Pikselowe twarze do zrobienia pasztetu. Zupa z aliantów serwowana codziennie, tylko dziś z bombą gratis.

Wykonanie

Sky Destroyer 1985Na oko wygląda to tak, jakby ktoś rzygnął grafiką z Top Guna po trzech kreskach prosto z dywanika u Miyamoto i dorzucił kolory wyjęte z tęczy, którą widzi się tylko wtedy, gdy cię porazi prąd i walisz łbem o kineskop. Niebieski ocean, niebieskie niebo, niebieskie wszystko – jakby cały świat był pokryty zaschniętym niebieskim żelem do włosów z lat 80., ale nie daj się nabrać, że to jakaś letnia przygoda, bo to nie „Wakacje z duchami”, tylko „Śmierć z góry 8-bit edition”. Przeciwnicy wyglądają jak glitchowane szczury, jakby ktoś rysował je stopą w Paintcie na kacu – skrzydła krzywe, kolory jak z rzygowin klauna, a animacje? Lepiej wyglądają dziecięce rysunki „mama w samolocie”. Ale pierdol to, ważne że WYBUCHAJĄ – i to z taką gracją, że Michael Bay, Tarantino i Wojna w Zatoce dostają wspólnego bonera. A teraz muzyka – kurwa, to nie jest żadna melodyjka, to jest napierdalanie bipów, szurania i cyfrowego bełkotu, jakby ktoś wsadził Game Boya do miksera i odpalił go młotkiem w rytm bombardowania. Silnik twojego samolotu brzmi, jakby pierdział R2-D2 po przegrzaniu, a każdy strzał to jebnięcie tak bolesne, że uszy same robią rage quit. To jest nie dźwięk wojny – to jest symfonia destrukcji w rytmie „wypierdalaj albo zgiń”, i wiesz co? To jest, kurwa, piękne.

Nie ma końca. Jest tylko ciągłe niszczenie, bez chwili wytchnienia, jakbyś był na wiecznym kwasie, a świat to jedno wielkie pole minowe pokryte wrzaskiem, ogniem i wrakami. To nie jest gra, która ci powie „dobra robota, teraz level 2 z nowym kafelkiem w tle” – tu każdy etap to ta sama rzeźnia, zapętlona jak piosenka techno w melinie po melanżu. Nie ma ucieczki. Nie ma rozwoju postaci. Nie ma ekwipunku. Jest tylko ty i kurwa niebo pełne wrogów, które trzeba oczyścić jak toaletę po weselu.

sky destroyer 3Każdy level wygląda tak samo, bo to nie ma być ładne. To ma być agresywne, pierdolnięte i mordercze. Jakby ci ktoś wszczepił ADHD i dał joystick z misją: ZRÓB HOLOKAUST NA CHMURACH.
Jesteś jak Chuck Norris NES-ów, tylko z większym wkurwem, bo nie masz brody ani dialogów. Masz tylko karabin, bombę i nakaz od samego Szatana:
Zrób wojnę. Sam. Bez powodu. Zrób tak, żeby płonęło i jebło głośno.

I jakby tego było mało – co jakiś czas, z nieba wyskakuje większy wróg. Nie taki zwykły, frajerski samolocik do rozjebania jednym bzykiem, tylko grubas, bossik, matka wszystkich kutrów powietrznych. I ten skurwiel napierdala jak pojebany, jakby miał PMS i dostęp do nieograniczonej amunicji. On wali w ciebie, ty w niego, wszystko pulsuje, ekran trzęsie się jak epileptyk na dyskotece i cały czas tylko jedno pytanie:
Kto spadnie pierwszy?
Bo tu nie ma miejsca na remis. Albo ty go jebniesz i oglądasz jego płonący wrak srający się w dół z chmur, albo on robi z ciebie konfetti i puszcza w wiatr.

Nie ma checkpointów, nie ma sejwów.
Jest tylko wojna bez końca, pulsująca jak hemoroid po spinaczu, i ty – ostatni samuraj na niebie, co się nigdy nie poddaje.
Bo w Sky Destroyer nie ma happy endu.
Jest tylko hardkor, pot, piksele i płonące wraki.

Sterowanie

Wchodzisz w samolot i lecisz, ale to nie jest żaden kurwa rejs rekreacyjny. Tu nie ma stewardessy, co ci poda soczek, tylko wróg z bombą w majtach, który chce cię zdmuchnąć z nieba szybciej, niż zdążysz pierdnąć. To turbojebnięcie po horyzoncie, bez pasów, bez ABS-u i bez litości. Każda sekunda to nowy wróg, każdy wróg to nowy grób, a ty jesteś tym jebanym grabarzem, który rozdaje bilety na tamten świat z dokładnością laserowej sraczki.

Strzelasz, bombisz jakbyś miał ADHD i manię prześladowczą – nie dlatego, że to trzeba, tylko dlatego, że możesz, a życie jest wojną, w której ty jesteś generałem od rozpierdalania wszystkiego, co odważy się ruszyć. Tu nie ma żadnych tutoriali, żadnych cut-scenek, żadnego „kliknij by kontynuować” – jest tylko ty, wróg i jebany mord w pikselach.

Sky Destroyer 1985

Sterowanie? To nie jest FIFA ani inne pedalskie gierki z 18 przyciskami i kombosami do zapamiętania jak tabliczka mnożenia w piekle. Tu masz dwa guziki i krzyżak – i to wszystko, czego potrzebujesz do siania zniszczenia.
A – rozpierdol z przodu.
B – rozpierdol z dołu.
Lewo/Prawo/Dół/Góra  – wybierz, z której strony chcesz zostać zestrzelony, ty psychopato.

Nie ma kół ratunkowych. Nie ma pauzy. Nie ma „czy jesteś pewien?”. To sterowanie to jakby instrukcję napisał ci stary po czterech browarach, dwóch kreskach i jednym zawałku – z marszu, z serca, bez przecinków. Wchodzisz, wciskasz, WSZYSTKO WYBUCHA. I to jest właśnie piękne. Bo w Sky Destroyer nie chodzi o finezję. Chodzi o dziką, nieokrzesaną furię, w której każdy przycisk to deklaracja wojny, a każdy twój ruch to pokaz siły, przy którym nawet Putin by spocił dupę.

Podsumowanie

Podsumowując to wszystko, można śmiało powiedzieć jedno: Sky Destroyer to jebany klasyk, który zna chyba każdy, kto miał Pegasusa. Nawet jak nie pamiętasz tytułu, to pamiętasz to niebo, ten rozpierdol, ten dźwięk karabinu, co brzmi jakby ktoś odpalał wiertarkę w dupie jeża. To był ten moment, gdy jako dzieciak odpalałeś kartridż 168 in 1, widziałeś nazwę i mówiłeś: „O, to to z samolotem co się napierdala na morzu!”. I grałeś, aż ci oczy wypływały, a pad parzył w łapy. Bo Sky Destroyer nie trzeba było reklamować – on sam sobie robił promocję, waląc cię po ryju grywalnością. To był test – jak sobie poradzisz z wojną, jak przetrwasz na niebie, jak długo wytrzymasz bez rage quit’a. A jak nie znałeś tej gry? To sorry, ale chyba miałeś Pegasusa tylko do podpierania stołu.

Grę bez problemów uruchomicie na jednym z tych emulatorów konsoli NES/Pegasus, zaś sama grę  znajdziecie na jednej z tych stron.

Tak jak wciąż wspominam w moich wpisach, granie na emulatorach za pomocą klawiatury mija się z celem. Dlatego też polecam Wam te dwa modele padów:
  • 8Bitdo SN30 w cenie ok. 116 złotych (dostępny na Allegro, X-kom)
  • 8Bitdo Ultimate C w cenie ok. 134 złotych. (dostępny na Allegro, X-kom)
Sam używam 8Bitdo Ultimate C niemal od roku i nie mam z nim żadnych problemów. 

 

5.7
Niezła
Sky Destroyer

Pilot kontra wszystko

🕹 Taito📅 198520-40 min
Ocena czytelników
Bądź pierwszy!
Sky Destroyer
Grafika5
Muzyka5
Gameplay7
Plusy
  • Prosta, szybka rozgrywka arcade
  • Różne cele misji (bombardowanie, walka powietrzna)
  • Dobre tempo akcji jak na swoje czasy
Minusy
  • Mało precyzyjne sterowanie
  • Powtarzalność rozgrywki
  • Prosta oprawa graficzna
Podsumowanie

Prosty shooter – szybki i klasyczny, ale szybko robi się monotonny.

Może cię zainteresować:

Battletoads Arcade (1994)

Kabson

Bio F.R.E.A.K.S. (1998)

Kabson

Colin McRae Rally 2.0 (2000)

Kabson

Nosferatu (1994)

Kabson

Ultimate Mortal Kombat 3… na Pegasusa?!

Kabson

Teenage Mutant Hero Turtles: Tournament Fighters (1993)

Emumaniak

Zostaw komentarz