Witajcie, pierdolone świry gier retro! Siadajcie na dupach, bo zaraz wam głowę urwie taka petarda, że będziecie zbierać zęby z podłogi. Seek And Destroy to nie jest jakaś tam lamerska strzelanka dla gówniarzy w pieluchach, co płaczą, jak im bateria w padzie siądzie. To gra, która wjeżdża z buta, wrzuca cię w kokpit Apache’a, chwyta za jaja i każe rozkurwić wszystko, co się rusza, a potem jeszcze polać napalmem i patrzeć, jak płonie. Zadebiutowała na Amidze, gdzie smakowała jak czysta wóda spijana z dyskietki włożonej w trzeszczącą stację. Później DOS też załapał, że to sztos, ale, kurwa mać, nic nie przebije Amigi – tego ryku napędu, joysticka, co skrzypi jak łóżko w spelunie, i klimatu, jakbyś grał w bunkrze podczas trzeciej wojny światowej.
Od pierwszych sekund ta gra traktuje cię jak szmatę na poligonie GRU – zero litości, zero podpowiedzi, zero herbatki z cytrynką. Dostajesz tylko wrzask w ryj: „SIADAJ W HELIKOPTER I ROZPIERDOL TEN CHUJOWY ŚWIAT!”. I, kurwa, robisz to, bo nie masz wyboru. To jak Legia Cudzoziemska w pikselach – albo przetrwasz, albo zdychasz, a gra jeszcze napluje ci na grób.
Wsiadasz w swojego pikselowego Apache’a i zaczyna się, kurwa, apokalipsa. Ekran scrolluje się jak wściekły we wszystkie strony, wrogowie wyskakują jak kutas z bokserki po viagrze, a ziemia płonie, jakby ktoś urządził grilla z cysterny benzyny. Wszystko się rusza, strzela, wybucha, a ty siedzisz z rozdziawioną japą i próbujesz ogarnąć, co się, kurwa, odpierdala. I wiecie co? To jest piękne. To jest jak balet, tylko zamiast tutu masz napalm, a zamiast point – rakiety FFAR. Grafika może nie wygląda jak demoscena na sterydach, ale rozgrywka? To jak wpakowanie granatu w dupę i odpalenie lontu – eksplozja czystej adrenaliny.
Nie ma tu miejsca dla cieniasów, co marudzą, że „za trudno”. Misje są tak wkurwiająco wymagające, że przejście pierwszej bez draśnięcia to jak zdobycie medalu z kartofla za odwagę w pieprzonym Wietnamie. A jak zrobisz to tylko z działkiem ? To, kurwa, możesz sobie wydziarać „JEBANY KOZAK” na czole i chodzić z podniesioną głową. Emocje są takie, że twój joystick będzie błagał o litość, klawiatura pójdzie na złom, a sąsiedzi zaczną pisać petycję, że hałasujesz jak w fabryce czołgów.
Twój helikopter to nie maszyna – to jebana rzeźnia z rotorem. Masz działko Vulcan, co brzmi jak wkurwiona kosiarka na sterydach, rakiety FFAR, które rozjebują wszystko w promieniu piksela, napalm, co smaży jak diabeł na speedzie O, Jezu Chryste, to jak odpalić armageddon z głośników 5.1 – po tym nie zostaje nic, nawet jebane wspomnienia.
A napalm? Kurwa, to nie broń, to religia. Rozlewasz to gówno, a wszystko płonie – czołgi, piechota, drzewa, jebane muchy w powietrzu. „Lubię zapach napalmu o poranku”? Pierdol to, ja go kocham jak własną matkę, tylko bardziej. W Seek And Destroy napalm to nie dodatek – to sposób na życie, filozofia, jebany hymn. Rozlewasz, patrzysz, jak się klei i smaży, i czujesz, że żyjesz.
Gra nie byłaby sobą, gdyby nie wpierdoliła ci miny pod dupę w najmniej oczekiwanym momencie. Ikony z paliwem? Łapiesz je w locie, spoko, jak prawdziwy kozak. Ale tarcze? Musisz, kurwa, wylądować, a to jak skok na pole minowe z zawiązanymi oczami. Wrogowie walą w ciebie jak w bęben na weselu, a ty musisz trafić w jebany piksel ikony, jakbyś był snajperem z OCD. Nie trafisz? To papa, frajerze, idź płakać do mamy. Bo po co, kurwa, miałoby być łatwo? To Seek And Destroy, nie pierdolona szkółka latania dla Hello Kitty.
I jeszcze jedno – paliwo się kończy szybciej niż wódka na domówce, a wrogowie nie czekają, aż zatankujesz. To jak gra w szachy, tylko zamiast szachownicy masz pole bitwy, a zamiast pionków – rakiety w dupę. Precyzja, timing, nerwy ze stali – albo to masz, albo zdychasz w płomieniach.
Grafika? No, kurwa, nie oszukujmy się – wygląda jakby ktoś ją narysował w Paincie na kacu po trzydniowej balandze. Nie powiesisz tego na ścianie obok plakatu z Cyberpunka, ale robi robotę. Wrogowie są czytelni, wybuchy cieszą ryj, a pikselowy napalm wygląda tak, że aż czujesz ciepło w gaciach. To nie jest sztuka dla snobów – to sztuka wojny, funkcjonalna jak maczeta.
Dźwięk? O, tu jest już zajebiście. wszystko brzmi jak koniec świata miksowany z wybuchem wulkanu, minigun warczy jak wściekły rottweiler, a napalm skwierczy tak, że masz ochotę wyjąć kiełbaskę i robić grilla. To nie jest filharmonia, to jebany soundtrack do rzezi, który wpompowuje ci adrenalinę prosto w żyły. Każdy wybuch, każdy strzał, każdy pierdolony ryk silnika sprawia, że czujesz się jak w środku filmu Michaela Baya, tylko bez debilnej fabuły.
Dlaczego to jest kultowe, kurwa?
Seek And Destroy to nie klon Desert Strike’a – to jego wkurwiony, napakowany testosteronem brat, który zamiast na salony wpada z granatem w zębach, kopniakiem rozwala drzwi i wrzeszczy: „TO JA TERAZ RZĄDZĘ, PIZDY!”. Może nie ma fabuły jak w RPG, może grafika wygląda jak z gównianego shareware’u, ale nadrabia klimatem, trudnością i frajdą z rozjebywania wszystkiego, co się nawinie. To gra dla tych, co lubią, jak im żyły pękają z wkurwu, a serce wali jak młot pneumatyczny.
Porównanie do Desert Strike’a? Jasne, ale Seek And Destroy to wersja dla psycholi – mniej polotu, więcej pierdolnięcia. Tam, gdzie Desert Strike bawi się w taktykę, Seek And Destroy mówi: „Chuj z taktyką, dawaj napalm i rozjebmy to w pizdu!”. I to jest piękne. To gra, która nie próbuje być ładna ani poprawna – ona chce, żebyś się spocił, wkurwił i wrzasnął z radości, jak rozwalisz bazę wroga podczas jednego przelotu.
Plusy i minusy, bo czas na konkrety
- Zajebistość: Arsenał jak z mokrego snu terrorysty. Klimat jak w pieprzonym Wietnamie na sterydach. Trudność, która robi z ciebie maszynę do zabijania albo łamie ci psychę. Napalm, kurwa, napalm – broń, co kradnie serce i duszę.
- Wkurwy: Grafika jak z dupy po trzech piwach – funkcjonalna, ale bez szału. Lądowanie na ikony to jebana zbrodnia wojenna, która powinna być sądzona w Hadze. Trudność może sprawić, że rzucisz monitorem w ścianę i pójdziesz płakać w kącie.
- Werdykt: 8/10. Bo, kurwa, prawdziwe wyzwanie to nie moda – to pierdolony sposób na życie.
Chcesz gierki dla mięczaków, co lubią głaskać jednorożce i budować domki w Minecraftcie? Spierdalaj gdzie indziej. Chcesz testu, który sprawi, że będziesz ryczał jak wilk na księżyc, a twoje nerwy pójdą na urlop? Odpal Seek And Destroy. Ale nie marudź, jak ci joystick pęknie, klawiatura się rozjebie, a sąsiedzi wezwą policję myśląc, że u ciebie trwa inwazja. To tylko znak, że nie byli gotowi na tę jebaną wojnę.
Na koniec. Wiem także, że w niektórych misjach sterujemy czołgiem. Ale chuj mu w dupę. Nie to, by te etapy były gorzej wykonane, czy też łatwiejsze – każdy z nas wolał atakować z powietrza, a nie siedzieć na ziemi w metalowej puszce jak jakiś pojeb.
Zagraj. Rozjeb. Kochaj napalm. I pamiętaj – w Seek And Destroy nie ma miejsca na słabych. Albo jesteś kozak, albo jesteś trup. Wybór należy do ciebie, kurwa.
Demolka w wersji light

- Swobodna eksploracja i misje w otwartym terenie
- Różne pojazdy i uzbrojenie
- Prosta, arcade’owa rozgrywka
- Przestarzała grafika
- Toporne sterowanie
- Powtarzalne misje
Arcade’owa akcja z pojazdami – prosta i momentami zabawna, ale szybko męczy przez powtarzalność i toporność.






