Kurwa mać, co za pierdolony flashback do dzieciństwa, ale w najgorszym możliwym wydaniu! Przeczytałem sobie interesujący wpis o tamagotchi na naszym blogu. I kurwa, przypomniałem sobie nagle, że za małolata nigdy nie miałem Tamagotchi. Zero, null, nic z tych pierdolonych jajek na łańcuszku, co piszczą i domagają się uwagi jak była ex. Myślę sobie: „Kurwa, czas nadrobić zaległości, w końcu dorosły chłop jestem, mogę sobie kupić zabawkę z dzieciństwa”. Więc co robię? Lecę do tego jebanego Action – sklepu, co ma wszystko i paradoksalnie samo gówno – i widzę na półce te podróbki Tamagotchi. Za całe 7 złotych! Siedem pierdolonych zeta, tańsze niż paczka fajek czy kawa w Starbucksie. Myślę: „Biorę, co mi tam, pośmieję się, powspominam”. I kurwa, to był błąd. Bardzo duży kurwa błąd. Gigantyczny, pierdolony błąd na miarę kupowania chińskiego szajsu w dyskoncie. Zamiast nostalgii, dostałem wkurwienie na poziomie atomowym, a to gówno powinno zdechnąć w piekle i nigdy nie ożyć.
Zacznijmy od podstaw, bo wkurwienie narasta we mnie jak bańka spekulacyjna na giełdzie. Tamagotchi jak Tamagotchi – małe, plastikowe jajko, które niby ma symulować opiekę nad zwierzakiem. Kupiłem swój egzemplarz w tym Action, gdzie półki uginają się od tanich gadżetów, które wyglądają spoko na opakowaniu, ale w rzeczywistości to czysta fuszerka. To gówno ma mały, nieczytelny ekranik – pewnie z 1 cal kwadratowy, czarno-biały, z pikselami wielkimi jak pięści. Kolorów? Zapomnij, to nie jest Nintendo Switch, to chińska podróbka z lat 90., ale zrobiona w 2025 roku przez jakiegoś zjeba w fabryce, gdzie oszczędzają nawet na farbie. Kilka zwierząt do wyboru – pies, kot, dinozaur czy jakieś inne gówno, nie pamiętam dokładnie, bo po pięciu minutach miałem ochotę to rozjebać. Wybierasz zwierzaka, wykluwa się z jajka, i niby zaczynasz hodować. Karmisz, bawisz się, sprzątasz kupy – klasyka. Ale kurwa, kto wymyślił przycisk reset obok funkcyjnych? Serio, kto był takim debilem w tej chińskiej fabryce, że umieścił guzik, który kasuje cały progress, tuż obok przycisków do karmienia i zabawy? To jest jak postawienie bomby atomowej obok przycisku do kawy w kuchni. Co byś nie próbował hodować, przez pomyłkę naciskasz ten jebany reset i cały progress w pizdu! Hodujesz zwierzaka przez godzinę, karmisz go, patrzysz, jak rośnie, a potem – ups, palec ześlizgnął się o milimetr i bum, wracasz do jajka. Kurwa, to nie jest zabawa, to tortura na poziomie Guantanamo.

Żeby ten przycisk reset jeszcze był takim guzikiem, co się go wykałaczką wciska albo jakimś innym chujem ukrytym z tyłu, to bym zrozumiał – bezpieczeństwo, zapobieganie wypadkom, te sprawy. Ale nie, Chińczycy wpadli na genialny pomysł, że niczym się nie wyróżnia. Jest taki sam jak reszta przycisków – mały, płaski, łatwo dostępny, jakby prosili się o wkurwienie. Naciskasz „karm” – okej, zwierzak je. Naciskasz „baw” – okej, skacze. Ale jak palec drgnie, to reset i po ptakach. Próbowałem hodować psa – karmię, bawię się, patrzę, jak ewoluuje w coś większego. Godzina minęła, myślę: „Kurwa, spoko, rośnie mi champion”. A potem, próbując zmienić opcję, bam – reset. Wszystko w pizdu, zwierzak zdycha w niebycie, a ja siedzę z wkurwieniem, które mogłoby zasilić elektrownię. Próbowałem kota – to samo gówno, reset po 20 minutach. Dinozaura? Jeszcze szybciej, bo ekran taki mały, że ledwo widzę, co naciskam. To jest projektowanie na poziomie debila po lobotomii, serio. Dziecko mogłoby to dostać i dostać kurwicy na całe życie – wyobraź sobie małego gówniaka, który hoduje zwierzaka przez cały dzień, a potem przez przypadek reset i płacz na cały dom. Dlatego cieszę się, że kupiłem to gówno za te 7 zeta – chociaż jedno dziecko uchroniłem od traumy na całe życie. Bo w Action takie szajsy leżą na półkach dla rodzin z dziećmi, a ja, dorosły frajer, wziąłem to na siebie. Lepiej ja się wkurwię, niż jakieś dziecko będzie miało koszmary o zdychających pikselowych zwierzakach.
Ale to nie koniec wkurwień, o nie, kurwa, to dopiero początek. Tamagotchi jak Tamagotchi, co chwilę piszczy, pierdzi i pierdoli, że głodne, że bawić się chce. Gorsze niż powiadomienia na Facebooku pierdolone – co 5 minut bip-bip, „karm mnie”, bip-bip, „baw się ze mną”, bip-bip, „posprzątaj kupę”. Kurwa, ja mam życie, pracę, piwo do wypicia, a to gówno domaga się uwagi jak dziewczyna na Tinderze. Włączasz je rano, myślisz: „Okej, pobawię się chwilę”, a potem przez cały dzień piszczy w kieszeni. W pracy? Bip-bip, szef patrzy. W sklepie? Bip-bip, ludzie myślą, że masz bombę. W nocy? Kurwa, nawet nie ma opcji wyciszenia, piszczy jak alarm pożarowy o 3 nad ranem. Próbowałem ignorować – zwierzak głoduje, choruje, w końcu zdycha. A jak zdycha, to ekran pokazuje smutną ikonkę grobu czy coś, i czujesz się jak morderca. Ale resetuj to gówno co chwilę, to nawet nie zdąży zdechnąć naturalnie. Humor w tym? No, kurwa, jedyny humor to to, że za 7 zeta dostałem symulator wkurwienia, nie zabawkę. Śmieję się teraz, pisząc to, ale wtedy? Wtedy miałem ochotę rzucić tym o ścianę i patrzeć, jak plastik pęka jak skorupka jajka.

Rozwijając to dalej, bo wkurwienie musi się wylać – opakowanie w Action wyglądało spoko. Kolorowe, z rysunkami zwierzątek, obietnicą „zabawy na godziny”. Myślę: „Za 7 zeta? Macie mnie!” Ale jak otworzysz, to czysta taniocha. Plastik cienki jak papier toaletowy, łańcuszek do przypięcia – pewnie zerwie się po dniu. Baterie? W zestawie, ale chińskie.. Ekran nieczytelny w słońcu, w cieniu ledwo widać piksele. Zwierzęta do wyboru – niby kilka, ale wszystkie zachowują się tak samo: jedzą, srają, bawią się, rosną. Żadnej różnorodności, żadnego humoru w animacjach. Pies merda ogonem? Pikselowa kropka rusza się w prawo-lewo. Kot mruczy? Bip-bip, zero dźwięku poza piszczeniem. Dinozaur? Wygląda jak kura z rogiem. Kurwa, to nie jest Tamagotchi z lat 90., to podróbka podróbki, zrobiona przez Chińczyków, którzy pewnie nigdy nie widzieli oryginału. Oni myślą: „Dzieci głupie, kupią wszystko”. A ja, dorosły, kupiłem i żałuję. Ale hej, humor: przynajmniej nauczyłem się cierpliwości. Albo nie – nauczyłem się, że reset to metafora życia, kurwa. Wszystko budujesz, a potem jeden błąd i w pizdu.
Kontynuując ten pierdolony elaborat, wyobraź sobie, że dajesz to dziecku. Mały gówniak podekscytowany, włącza, wybiera zwierzaka. Hoduje przez godzinę, karmi, bawi się. A potem – ups, reset. Płacz, krzyk, trauma. Rodzice wkurwieni, bo dziecko wściekłe. A w Action? Sprzedają to masowo, bo tanie. Półka z zabawkami, obok innych szajsów – lalki, które tracą włosy po dniu; samochodziki, co się rozpadają. Paradoks: sklep ma wszystko, ale samo gówno. Ja kupiłem, przetestowałem, i ostrzegam: nie dawajcie tego dzieciom. Lepiej kupcie prawdziwe Tamagotchi z drugiej ręki, albo apkę na telefon. To gówno to symulator frustracji, nie zabawy.
Podsumowując, kurwa, nie kupujcie tego gówna w Action. Za 7 zeta lepiej weźcie lizaka czy piwo. To błąd, duży błąd. Trauma gwarantowana, reset w pizdu, piszczenie non-stop. Chińczycy powinni płacić za nerwy. Nigdy więcej!

2 komentarze
To jest nowa strategia niszczenia zachodu. Niszczenie umysłu od poziomu kaszojada. Zaczęło się od TikToka, a teraz …
Tamajaja są starsze od TikToka, a nawet Youtube 🙂