Są w życiu takie momenty, że człowiek po prostu musi zrobić głupotę. Nie dlatego, że jest debilem (chociaż w moim przypadku to mocno dyskusyjne), tylko z czystej ciekawości.
Widzisz coś taniego, z napisem „retro”, z obietnicą 240 gier, i myślisz sobie: hehe, kupię, będzie śmiesznie.
I faktycznie — było śmiesznie. Ale to był taki śmiech przez łzy, po którym człowiek potrzebuje kielicha i psychologa.
Przedstawiam wam największy żart, jaki kiedykolwiek wyszedł z chińskiej fabryki plastiku – Retro Game 240 Built-In 8-Bit Video Games.
Z nazwy brzmi jak coś, co miałoby uczcić Game Boya, oddać hołd klasyce, przywołać wspomnienia z dzieciństwa.
A w praktyce?
To szkaradztwo zrobione z plastiku po butelkach po oleju Kujawskim, które swoim istnieniem obraża nie tylko graczy, ale i prawa fizyki.
Pierwszy kontakt
Pudełko ładne, kolorowe, błyszczące – jak ulotka z osiedlowej siłowni, gdzie obiecują ci „sześciopak w 3 tygodnie”.
W środku – ten cud techniki.
Wygląda jak Game Boy Pocket po ciężkim tygodniu picia denaturatu.
Plastik cienki jak cierpliwość rodzica przy sklepowej kasie, kiedy dziecko drze się o lizaka.
Naciskasz lekko – trzeszczy. Poruszasz – trzeszczy. Patrzysz – i czujesz, że to nie przetrwa nawet upadku z kanapy.
Ekran? Kolorowy, no owszem, jest.
Tyle że wygląda, jakby ktoś próbował wyświetlić grę na kalkulatorze Casio z 1998 roku.
Kontrast jak w szarej mgle, kolory jak po przejściu przez filtr „brudna skarpeta”.
I ten głośnik… pierdzi jak stara kosiarka po zimie.
A baterie?
Nie, no co ty, nie dali.
Bo po co?
Niech kupujący sam sobie dołoży, bo przecież to luksus, żeby sprzęt działał od razu.
Nie dali nawet kabla, nie dali nic.
Tylko obietnicę bólu i żalu.
Gry
Nie będę ci ściemniać – gdzieś to już widziałem.
Te niby „gry” wyglądają jak podróbki znanych klasyków z NES-a, tylko zrobione przez jakiegoś chińskiego zjebka po lobotomii.
Schemat prosty – weź coś, co przypomina Mario, wywal z tego radość, wrzuć losową muzyczkę i udawaj, że to nowy hit.
I wiesz co?
Nie, to nawet nie jest śmieszne.
To jest żałosne.
Tak bardzo, że jak tylko o tym myślę, to dostaję sraczki z samej frustracji.
To tak, jakby ktoś ci kazał grać w Tetrisa, ale każdy klocek był krzywy, a zamiast punktów dostawałbyś ból istnienia.
Cztery dychy bólu – czyli dlaczego piwo jest lepsze od elektroniki
Ta konsolka kosztowała mnie 40 złotych.
Cztery dychy.
Wiesz, co to znaczy?
To dwa czteropaki dobrego piwa.
Dwa czteropaki złotego płynu szczęścia, który spływa po gardle jak miodzik, chłodzi duszę po ciężkim dniu i sprawia, że świat wydaje się trochę mniej spierdolony.
Piwo to radość, relaks, nagroda.
Każdy łyk to mały moment błogostanu, taka mini-medytacja w puszce.
A teraz porównaj to z tym chińskim potworkiem.
Zamiast relaksu – nerwy.
Zamiast błogości – frustracja.
Zamiast przyjemnego „psssst” przy otwieraniu puszki – pierdolnięcie taniego dźwięku startowego, który brzmi jak śmierć cyfrowego chomika.
Za te same cztery dychy mógłbym siedzieć z kumplami, popijać złocisty napój i śmiać się z życia.
Zamiast tego siedziałem z tą plastikową tragedią w rękach, próbując zrozumieć, dlaczego Bóg pozwolił, żeby coś takiego powstało.
Piwo cieszy japę, to gówno ją tylko wykrzywia.
Piwo gasi pragnienie, a to cholerstwo wznieca w tobie nowy rodzaj nienawiści.
Mówię ci szczerze – gdybym miał wybór między tą konsolą a czteropakami, wybrałbym piwo nawet wtedy, gdybym był na odwyku.
Bo przynajmniej wiedziałbym, że to, co piję, nie rozpadnie się w rękach i nie obrazi mojego dzieciństwa.
Wykonanie – czyli gówno, które udaje elektronikę
Przyciski?
Sztywne, toporne, twardsze niż życie.
Po pięciu minutach grania masz wrażenie, że grasz kciukiem o beton.
D-pad ma precyzję jak kierowanie czołgiem przez kota po LSD.
Wszystko w tym sprzęcie jest zrobione na odpierdol, jakby ktoś w fabryce powiedział:
„Ej, mamy jeszcze resztki plastiku i trochę kabla, zróbmy coś, co wygląda jak konsola, ale nie działa.”
I zrobili.
Zrobili arcydzieło wkurwu, sprzęt, który nie powinien nigdy trafić w ludzkie ręce.
To nie jest retro.
To nie jest konsola.
To kara boska za wszystkie bluzgi z dzieciństwa.
Podsumowanie – czyli jak się śmiać przez łzy
Nie kupuj tego.
Nie dotykaj tego.
Nie myśl o tym.
To nie sprzęt, to syndrom po ciężkim urazie głowy zamknięty w obudowie z plastiku.
Retro Game 240 to nie zabawka, to symulator rozczarowania.
Każdy, kto to wymyślił, powinien przeprosić ludzkość i oddać mi cztery dychy plus rekompensatę w piwie.
Bo serio — Chińczycy powinni mi płacić za stracone nerwy, nie odwrotnie.
Kupiłem to, żeby nikt inny nie musiał.
Zrobiłem to dla nauki, dla beki, dla bloga.
I jedyne, co mogę powiedzieć po tej traumie, to: nie popełniaj mojego błędu.
Bo jeśli kiedyś pomyślisz, że czterdzieści złotych to dobra cena za „retro konsolkę z 240 grami”,
to pamiętaj — za te pieniądze możesz mieć dwa czteropaki szczęścia,
albo jedną plastikową tragedię.
A jak już się domyślasz – tylko jedno z nich smakuje dobrze.
A wiecie co jest w tym najlepsze ?
Razem z tym gównem kupiłem sobie Tamajajo za całe 7 złotych. Recenzja tego gówna wkrótce 😉




4 komentarze
A co żeś myślał ? Trzeba było dołożyć stówkę do Anbernica ;-P
Teraz cierp.
Nie możesz tego gówna do sklepu oddać ?
Nie mogę, żonie się podoba 🙂
Miałem to, rozpadła się po tygodniu. 🙂