PopCOOLtura

Sliders: Piąty wymiar

Kiedy tylko wspominam ten tytuł, natychmiast czuję ten znajomy dreszcz nostalgii, który przenosi mnie z powrotem do lat 90. Czasów, gdy telewizja jeszcze potrafiła rozbudzić wyobraźnię, a science fiction nie polegało na eksplozjach wygenerowanych komputerowo, lecz na pytaniach, które zostawały w głowie długo po zakończeniu odcinka. „A co by było, gdyby…?” – to pytanie definiowało nie tylko fabułę serialu, ale całe moje nastoletnie marzenia.

Pamiętam, jak siadałam wieczorem z kubkiem herbaty, wpatrzona w ekran telewizora. Na zewnątrz cicho, świat zdawał się spokojny i prosty, a ja chłonęłam przygody czwórki bohaterów przemierzających alternatywne światy. „Sliders: Piąty wymiar” był jak wehikuł czasu – nie tylko dla swoich bohaterów, ale i dla mnie, kobiety wkraczającej w dorosłość. Pisałam o nim w swoim dzienniku, snułam fantazje o podróżach między rzeczywistościami, w których wszystko mogłoby potoczyć się inaczej. Dziś, po latach, wracam do niego z uśmiechem – i świadomością, że choć nie był to serial doskonały, to właśnie jego niedoskonałości sprawiły, że stał się tak ludzki.

Na czym właściwie polegał fenomen „Sliders”?

1001820289

Pomysł był genialny w swojej prostocie. Quinn Mallory, młody student fizyki z San Francisco, tworzy w piwnicy swojego domu urządzenie otwierające tunel czasoprzestrzenny – tzw. wormhole. Początkowo eksperyment ma być tylko naukową zabawą, ale jak to w science fiction bywa, rzeczy szybko wymykają się spod kontroli.

Podczas jednego z testów Quinn zostaje wciągnięty do alternatywnego świata – a wraz z nim jego profesor Maximilian Arturo, przyjaciółka Wade Welles oraz przypadkowo wplątany w sprawę piosenkarz soulowy Rembrandt „Crying Man” Brown. Od tego momentu zaczyna się wielka przygoda: bohaterowie „ślizgają się” między równoległymi wszechświatami, próbując odnaleźć drogę do domu.

Każdy odcinek to nowa Ziemia, nowe prawa, nowa cywilizacja i nowe zagrożenia. W jednej rzeczywistości penicylina nigdy nie została odkryta. W innej Stany Zjednoczone przegrały wojnę o niepodległość. W kolejnej – Ziemia to wieczna pustynia, a w następnej – dinozaury nigdy nie wyginęły. Serial nie tylko bawił, ale zmuszał do refleksji: jak kruchy jest nasz świat, jak niewielka decyzja może zmienić bieg historii.

Z czasem fabuła nabierała głębi – pojawiła się rasa Kromaggów, humanoidalnych istot, które również opanowały sztukę slajdowania i zaczęły podbijać inne światy. Wątki ewoluowały od klasycznych przygodowych opowieści do niemal wojennego eposu o przetrwanie. Dla mnie jako widzki najpiękniejsze w tym serialu było to, że pod fantastyczną fasadą kryła się czysto ludzka opowieść o tęsknocie za domem i tożsamości.

Obsada 

Pierwsze sezony „Sliders” to prawdziwa uczta aktorskich osobowości.

  • Jerry O’Connell jako Quinn Mallory – młody, błyskotliwy naukowiec z sercem na dłoni. W jego oczach widać było ciekawość świata i tę nutkę niepewności, którą każdy z nas czuje, gdy staje przed czymś nowym. O’Connell miał w sobie tę autentyczność, która sprawiała, że Quinn był postacią niezwykle „ludzką”, mimo naukowego geniuszu.

  • John Rhys-Davies w roli Profesora Maximiliana Arturo – mentora Quinna, człowieka o ogromnym intelekcie, ale i wielkim ego. Rhys-Davies (tak, ten sam, który później zagrał Gimliego we „Władcy Pierścieni”) wnosił do serialu ciężar doświadczenia i charakterystyczny brytyjski sarkazm.

  • Sabrina Lloyd jako Wade Welles – przyjaciółka Quinna, początkowo nieśmiała, ale z odcinka na odcinek coraz silniejsza i bardziej niezależna. W latach 90. jej postać była swoistą feministyczną ikoną – w świecie mężczyzn potrafiła zachować własne zdanie i serce.

  • Cleavant Derricks w roli Rembrandta Browna, byłego piosenkarza soulowego, który przypadkiem znalazł się w tym szalonym eksperymencie. To on nadawał serialowi rytm – dosłownie i w przenośni. Jego muzyka, humor i ciepło czyniły z niego klej każdej sceny.

Ta czwórka miała chemię, którą trudno odtworzyć. Wspólnie tworzyli zespół, w którym każdy miał swoje miejsce i cel. Niestety, jak to często bywa, magia nie trwała wiecznie.

Zmiany, konflikty i rozstania – czyli jak Fox i Sci-Fi Channel popsuli serial

Pierwsze dwa sezony miały w sobie ten nieuchwytny urok – lekkość połączoną z intelektualnym wyzwaniem. Ale wraz z trzecim sezonem coś zaczęło się psuć. Stacja Fox, żądna wyższej oglądalności, zaczęła naciskać na większą ilość akcji kosztem fabuły. Pojawiły się pościgi, wybuchy, potwory rodem z filmów klasy B – a gdzieś po drodze zaginęła filozofia, która czyniła „Sliders” wyjątkowym.

John Rhys-Davies odszedł po sezonie drugim, ostro krytykując scenariusze, które nazwał „niezrozumiałym bełkotem”. Sabrina Lloyd również zniknęła po sezonie trzecim – według plotek z powodu konfliktów z producentami i rosnącej popularności nowej postaci, Maggie Beckett (w tej roli Kari Wuhrer). Wuhrer wniosła do serialu seksapil i militarny ton, ale część fanów nigdy jej nie zaakceptowała jako „zastępstwa” Wade.

Jerry O’Connell wytrwał do końca sezonu czwartego, ale i on w końcu odszedł, czując, że serial stracił duszę. W piątym sezonie jego miejsce zajął jego brat Charlie O’Connell oraz Robert Floyd jako hybrydowa wersja Quinna – „Mallory”. Do zespołu dołączyła też Tembi Locke jako Dr. Diana Davis, dodając naukowej powagi i próbując ratować fabularny sens.

Cleavant Derricks pozostał do końca – jedyny, który przetrwał wszystkie sezony. Jego lojalność wobec projektu stała się wręcz legendarna. Gdy reszta odchodziła, on trwał, jakby sam Rembrandt był dla niego misją.

Od sukcesu do chaosu – jak wyglądało pięć sezonów „Sliders”

Serial wystartował w 1995 roku na stacji Fox. Pierwszy sezon liczył 10 odcinków i był doskonale wyważony – połączenie przygody, nauki i humoru. Drugi (13 odcinków) rozwinął świat i wprowadził Kromaggów – inteligentnych najeźdźców z innego wymiaru.

Sezon trzeci (25 odcinków) to już inna bajka – widowiskowy, ale momentami absurdalny. Odcinek „Exodus”, uważany przez samego twórcę Tracy’ego Tormé za katastrofę, stał się symbolem nieporozumień między ekipą a stacją.

Po anulowaniu przez Foxa, serial uratował Sci-Fi Channel, produkując dwa kolejne sezony. Produkcja została przeniesiona z Kanady do Los Angeles, co odbiło się na jakości efektów, ale pozwoliło przetrwać jeszcze kilka lat.

Sezon piąty zakończył się otwartym zakończeniem – Rembrandt wstrzykuje sobie wirusa przeciw Kromaggom i slajduje w nieznane. Planowano kontynuację, ale nigdy jej nie zrealizowano. Zamiast tego serial zakończył się w pół słowa – jakby sam przeskoczył do innego wymiaru.

Odbiór przez fanów i krytyków – od kultu po rozczarowanie

1001820287

Pierwsze sezony spotkały się z entuzjazmem. Krytycy chwalili „Sliders” za świeżość pomysłu i oryginalne podejście do koncepcji multiwersum, długo zanim stało się to modne w kinie superbohaterskim. Dla fanów lat 90. to była idealna mieszanka przygody, humoru i refleksji.

Jednak z czasem zaczęły się pojawiać głosy frustracji. Fani czuli, że Fox „uśmiercił” serial, wymuszając prostą akcję i schematyczne fabuły. Na forach (tak, w erze modemów i statycznych stron HTML!) krążyły petycje o powrót oryginalnej obsady i bardziej filozoficzne historie.

Po przejęciu przez Sci-Fi serial odzyskał nieco ducha – wróciły wątki z Kromaggami, pojawiło się więcej spójności – ale nie na tyle, by przyciągnąć nowych widzów. Mimo to „Sliders” zyskał status kultowego klasyka. Do dziś jest wspominany na konwentach science fiction i forach fanów jako serial, który miał wszystko, by stać się wielkim hitem – ale padł ofiarą własnej produkcyjnej rzeczywistości.

Ciekawostki

  • Urządzenie do slajdowania było zrobione z części starego telefonu Motorola MicroTAC – później przerobione na pilota od telewizora i nawet kontroler Sega Genesis. Kreatywność ponad budżetem!

  • Jerry O’Connell napisał scenariusz do odcinka „Narcotica”, który jednak został odrzucony jako zbyt mroczny. Pomysł przerodził się później w komiks.

  • Aktor Ken Steadman, grający w jednym z odcinków, zginął tragicznie w wypadku samochodowym na planie – jego śmierć mocno wstrząsnęła ekipą.

  • Clinton Derricks, brat Cleavanta, grał jego sobowtóra w kilku epizodach – czasem wymieniali się rolami i nikt nie zauważał różnicy.

  • W jednym z odcinków gościnnie wystąpił Mel Tormé, ojciec Tracy’ego Tormé, twórcy serialu.

  • Fox zmieniał kolejność emisji odcinków, co powodowało chaos – np. pojawienie się timera w złej kolejności fabularnej.

  • Cały serial trwa łącznie 2 dni, 17 godzin i 38 minut – idealny maraton na długi weekend.

  • Pomysł na „Sliders” zainspirowany był książką Michio Kaku „Hyperspace”, traktującą o teorii wielu wszechświatów.

Dlaczego „Sliders” wciąż jest fajne

Dla mnie „Sliders” to coś więcej niż science fiction. To serial o poszukiwaniu siebie, o pytaniu, gdzie naprawdę jest „dom”. Każdy z bohaterów reprezentował inny aspekt ludzkiej natury: ciekawość, mądrość, emocjonalność i humor. Wspólnie tworzyli mikrokosmos, w którym odbijały się nasze codzienne dylematy – tylko że w innym świecie, z innymi regułami.

1001820286

Kiedy dziś patrzę na współczesne produkcje sci-fi, często widzę błyskotliwe efekty, ale mało duszy. „Sliders” przypominał, że dobra fantastyka nie musi mieć milionowego budżetu – wystarczy pomysł, który zadaje pytanie o nas samych.

W pewnym sensie każdy z nas jest „sliderem”. Każde nasze „a co by było, gdybym wtedy inaczej postąpił?” to miniaturowe przeskoczenie do alternatywnej wersji życia. Serial tylko nadał temu metafizyczny wymiar.

Podsumowanie

„Sliders: Piąty wymiar” to serial, który przetrwał próbę czasu – nie dlatego, że był technicznie idealny, ale dlatego, że był emocjonalnie prawdziwy. Oglądając go dziś, wciąż można poczuć tę magię lat 90., kiedy science fiction było bardziej o ideach niż o efektach.

Być może nigdy nie doczekaliśmy się kontynuacji ani zakończenia, na jakie zasłużyliśmy. Ale może to dobrze – w końcu, jak mawiał Profesor Arturo:

„Nie liczy się miejsce, do którego zmierzamy, tylko podróż, którą odbywamy.”

I tak właśnie jest z „Sliders”. To nie tylko serial o podróżach między światami, ale o podróży w nieznane.

Jeśli nigdy go nie oglądaliście – znajdźcie chwilę i dajcie mu szansę. A jeśli oglądaliście go kiedyś – wróćcie. Bo kto wie… może tym razem traficie do innego wymiaru.

Na zakończenie — wybaczcie te nieszczęsne screeny, ale serio, nie udało mi się znaleźć w sieci nic sensownego. A te, które sama próbowałam zrobić, wyszły tak paskudnie, że nawet Photoshop by się za nie nie zabrał. Następnym razem obiecuję, że się bardziej przyłożę i będzie to wyglądało jak należy.

A tymczasem daj znać w komentarzach — pamiętasz ten serial? Jakie masz z nim wspomnienia? Chętnie poczytam, czy też miał na ciebie taki wpływ, czy może przeszedł bokiem, gdy w telewizji leciało coś ciekawszego.

Może cię zainteresować:

Odczytujemy klucz produktu systemu Windows

Kabson

Pretty Guardian Sailor Moon, czyli nie wszystko złoto…

Lady Mary

Dragon Half – czyli, totalna parodia niemal wszystkiego

Lady Mary

„ALF” – kosmita, którego pokochali wszyscy (oprócz jego obsady)

Lady Mary

Slayers – magia, miecze i humor

Lady Mary

„Viper” – czyli jak próbować być Knight Riderem i nie dać plamy

Lady Mary

Zostaw komentarz