PopCOOLtura

„Viper” – czyli jak próbować być Knight Riderem i nie dać plamy

Nie pamiętam, w którym dokładnie roku „Viper” trafił do polskiej telewizji, ale jedno jest pewne – jak już się pojawił, to dosłownie przysysał mnie do telewizora jak magnes do lodówki. To były te czasy, kiedy w TV nie leciało tysiąc kanałów na raz, a człowiek naprawdę czekał na swoje ulubione seriale. Dla mnie to był złoty duet: „Knight Rider” i zaraz potem „Viper”. Taka moja wieczorna rutyna – najpierw Hasselhoff w skórze, potem Dodge Viper z błyszczącym lakierem i dźwiękiem silnika, który brzmiał jakby miał zaraz odlecieć w kosmos.

Potem „Viper” został brutalnie wyparty przez coś, co nazywało się „18 Wheels of Justice”, ale powiedzmy sobie szczerze – to był raczej „18 kół, które toczą się donikąd”. Na tle tego „Viper” jawił się jak serialowy hit… nawet jeśli od początku było czuć, że ktoś tu bardzo chciał zrobić drugiego „Knight Ridera”, tylko nie do końca wiedział, jak.

O co w tym wszystkim chodziło?

Viper serial

„Viper” był takim typowym serialem akcji z domieszką science-fiction. Zadebiutował w 1994 roku i doczekał się aż czterech sezonów – w sumie 78 odcinków. Brzmi nieźle, prawda? Fabuła była równie absurdalna, co fascynująca: tajna jednostka policyjna w przyszłości, która ściga przestępców… wyjątkowym samochodem. I nie takim zwyczajnym, oj nie! To był czerwony Dodge Viper RT/10 – sportowe cacko, które potrafiło zamienić się w srebrną, pancerną wersję o nazwie Defender. Wtedy to robiło wrażenie! Ta scena transformacji – obowiązkowa w każdym odcinku – była jak serialowy rytuał. Bez niej odcinek byłby jak herbata bez cukru.

Nie miałam pojęcia, czym różni się V10 od V6, i szczerze mówiąc – nadal niespecjalnie mnie to interesuje. Dla mnie to zawsze brzmiało jak jakiś poziom trudności w grze komputerowej albo rozmiar butów roboczych. Ale kiedy ten czerwony potwór z serialu zaczynał transformację i potem gnał przez ulice w zwolnionym tempie, z tym swoim basowym pomrukiem silnika – czułam się, jakby ktoś mi właśnie pokazał przyszłość. 

A skoro już przy tym jesteśmy… do dziś mylą mi się pedały. Serio. Raz wcisnęłam gaz zamiast hamulca i wjechałam sąsiadowi w tyłek, więc żeby świat był bezpieczniejszy – przesiadłam się na automat. Żaden Defender, żaden turbo Viper, po prostu najprostszy możliwy tryb jazdy: „D” jak „daj mi spokój, ja tylko chcę dojechać do Biedronki”.

Więc kiedy patrzyłam na te pościgi i manewry w serialu, miałam w głowie jedno: „ja bym się zabiła przy pierwszym zakręcie”. Ale może właśnie dlatego oglądało się to z takim zachwytem – bo to było coś kompletnie poza moim zasięgiem.

Obsada – czyli kto tam w ogóle grał?

Viper serial

Głównego bohatera, Joe Astora, grał James McCaffrey. Były przestępca, który zostaje kierowcą najdroższego i najbardziej nielegalnego auta w mieście? No proszę cię. Ale w sumie – to były lata 90., wtedy nawet dzieci rozumiały, że logika nie zawsze ma sens w telewizji. Oprócz niego przewijali się różni aktorzy – Jeffrey Nordling, Dorian Harewood, Joe Nipote… zmieniało się to wszystko trochę jak w telenoweli, ale nikt się specjalnie nie przejmował. Liczyły się pościgi, gadżety, wybuchy i oczywiście – samochód.

Knight Rider był lepszy, a Hasselhoff przystojniejszy

Teraz muszę to powiedzieć wprost, bo nie wytrzymam – „Viper” zawsze był dla mnie tym drugim. Tą podróbką, którą puszczasz w tle, kiedy nie możesz znaleźć oryginału. Bo jeśli „Knight Rider” był eleganckim koktajlem z lodem i cytryną, to „Viper” był energetykiem z Biedronki – działa, kopie, ale z klasą nie ma wiele wspólnego.

Viper serial

A poza tym – David Hasselhoff. No halo! Ten jego głos, ta burza włosów ułożona jakby właśnie wyszedł z sesji dla „Bravo”, ta skórzana kurtka i ten nonszalancki uśmieszek, który mówił: „tak, właśnie uratowałem świat i nie rozlałem ani kropli kawy”. To była moja pierwsza serialowa miłość. Taka platoniczna, oczywiście – chociaż, kto wie, gdybym miała te dziesięć lat więcej i dostęp do planu filmowego… (żartuję! chyba.)

Hasselhoff miał charyzmę, której nie da się nauczyć na kursie aktorskim. A jego relacja z KITT-em? To nie był tylko samochód. To był partner, przyjaciel, sarkastyczny współlokator zamknięty w komputerze na czterech kołach. Ich rozmowy miały więcej chemii niż niejeden współczesny serial romantyczny. I do tego ten zegarek! TAK – on gadał z samochodem przez zegarek! W latach 80.!

Zobaczcie, ile lat musiało minąć, ile generacji telefonów musiało się zestarzeć w szufladach, ile iPhone’ów się rozbiło o chodnik… żebyśmy dziś, w XXI wieku, mogli w końcu zadzwonić z nadgarstka i poczuć się choć trochę jak Michael Knight. Tylko że zamiast:
„KITT, podjedź po mnie”,
mamy:
„Siri, przypomnij mi kupić jajka”.

Romantyzm gdzieś uleciał, technologia została.

A „Viper”? No cóż. Tam samochód był piękny, szybki i pancerny, ale niemy jak kamień. Kierowca – przepraszam bardzo – miał charyzmę suszarki do włosów. Można było na niego patrzeć, ale nie oczekiwać zbyt wiele. Choćby nie wiem jak efektownie Defender się transformował (a transformował naprawdę widowiskowo), to nie był w stanie zapełnić pustki po Hasselhoffie i jego gadającym kumplu na czterech kółkach.

Bo prawda jest taka – jeśli samochód nie gada, to to już nie jest ta sama magia.

Ale i tak to oglądałam

Każdy odcinek oglądałam z zapartym tchem, choć jakby mnie teraz spytać, o co tam dokładnie chodziło, to pewnie bym się trochę zacięła. Ale to nieistotne! Coś w tym serialu było, że nie mogłam oderwać oczu od ekranu. Może to ta cała stylistyka lat 90., która teraz wydaje się taka uroczo kiczowata? Te neonowe kolory, dramatyczne ujęcia, synthowa muzyka w tle – to było jak wejście do innego świata. Jako dzieciak nie analizowałam, czy to ma sens, po prostu chłonęłam ten vibe.

1001817621

A Dodge Viper? Boże, to był najpiękniejszy samochód, jaki wtedy widziałam. Te linie, ten ryk silnika, ten błysk w świetle reflektorów – wyglądał jak marzenie, które nigdy nie zmieściłoby się w moim garażu (nie żebym w ogóle wiedziała, jak się otwiera jego maskę, heh). Dla mnie, małej dziewczynki, Viper był jak superbohater na kołach. Nie musiałam rozumieć, jak działa, żeby czuć, że to coś wyjątkowego. Pamiętam, jak gapiłam się na plakaty z Viperem w gazetach i myślałam: „Kiedyś będę taka cool jak ten samochód”.

I ta muzyka! Czołówka „Vipera” to był moment, kiedy wszystko inne przestawało istnieć. Bum-bum-bum, syntezatory wjeżdżały, a ja już wiedziałam, że zaraz będzie akcja. Ten serial miał w sobie taki lekki kicz, który teraz doceniam jeszcze bardziej. Pościgi, eksplozje, Viper zmieniający kolor jak jakiś transformers – to było jak komiks, który ożywał na ekranie. Nie udawał, że jest czymś więcej, i to było w nim piękne. Czułam się, jakby każdy odcinek obiecywał mi przygodę, w której mogę być kimś odważnym, nawet jeśli na co dzień byłam tylko dzieciakiem z herbatą w ręku.

Viper serial

Podsumowując

„Viper” był serialem pełnym uproszczeń, klisz i efektów specjalnych, które dziś wywołują lekkie zażenowanie. Ale miał w sobie coś, co trudno zdefiniować. Urok lat 90.? Niewinność ówczesnej telewizji? A może po prostu był częścią naszego dorastania?

Nie był lepszy od „Knight Ridera”. Nie był nawet równie dobry. Ale był nasz. Był obecny. I był czerwonym samochodem, który zamieniał się w czołg – a dla dzieciaka, który bardziej niż na chłopakach znał się na kredkach i gumkach z pachnącymi owocami, to wystarczyło, żeby się zakochać.

Bo czasem nie trzeba być idealnym, żeby zostać zapamiętanym.

Może cię zainteresować:

Slayers – magia, miecze i humor

Lady Mary

Airwolf: Helikopter, który ukrywano w jaskini

Lady Mary

Sliders: Piąty wymiar

Lady Mary

Street Hawk – zapomniany jeździec nocy…

Lady Mary

Thunder in Paradise, czyli Grom w Jaju

Wściekłe Piksele

„ALF” – kosmita, którego pokochali wszyscy (oprócz jego obsady)

Lady Mary

Zostaw komentarz