Wyobraźcie sobie zwierzę, które wygląda, jakby natura postanowiła połączyć ze sobą włamywacza w gotowej już masce na oczy, twardego survivalowca z programu o przetrwaniu w dziczy oraz olimpijskiego mistrza w dyscyplinie „przeszukiwanie cudzych śmietników”. Nie trzeba niczego wyobrażać sobie zbyt długo, bo to zwierzę istnieje naprawdę i nazywa się szop pracz. Chodzi po świecie z gotowym kostiumem złodzieja, ma łapki sprawniejsze niż niejeden ślusarz i poziom ciekawości, który u człowieka skończyłby się zakazem zbliżania się do większości obiektów użyteczności publicznej.
A teraz pytanie, które spędza mi sen z powiek od dłuższego czasu. W grach wideo roi się od kotów, psów, wilków, lisów, smoków, jeży, a nawet kóz. Kóz! Mamy bohaterów, którzy są dosłownie wszystkim, łącznie z gęsią terroryzującą angielską wioskę. Jak to się więc stało, że branża z dumą wyprodukowała Goat Simulator, a do dziś nie doczekaliśmy się wielkiego hitu pod tytułem Raccoon Simulator? Coś tu jest nie tak. I zamierzam dojść, co.
Spis treści
Szop pracz – zwierzę stworzone do bycia bohaterem gry
Przyjrzyjmy się kandydatowi, bo to materiał na gwiazdę pierwszej wielkości. Szop ma na pyszczku charakterystyczną czarną maskę, jakby właśnie wrócił z nocnej zmiany i zapomniał ją zdjąć. Ma puszysty ogon w paski, który wygląda jak gotowy element kosmetyczny do odblokowania w sklepiku w grze. I ma łapki, które są tak zwinne, że potrafią otwierać klamki, zamki, słoiki, lodówki oraz wszystko inne, co człowiek w swojej naiwności uznał za „zabezpieczone przed zwierzętami”.
Do tego dochodzi inteligencja, która regularnie zawstydza badaczy. Szopy zapamiętują rozwiązania zagadek na lata, kombinują, testują, kombinują jeszcze raz i finalnie i tak dostają się tam, gdzie nie powinny. Jeśli to brzmi znajomo, to dlatego, że dokładnie tak zachowuje się gracz RPG, który musi otworzyć każdą skrzynię, beczkę i szafkę w mieście, zanim ruszy dalej. Szop to taki bohater, który nie pójdzie do głównego questa, dopóki nie sprawdzi zawartości wszystkich pojemników w okolicy.
Zachowuje się też trochę jak speedrunner. Tam, gdzie zwykły śmiertelnik widzi ścianę, płot i jasny komunikat „dalej nie wejdziesz”, szop widzi wyzwanie i sugestię. Gdyby szopy były ludźmi grającymi online, dział bezpieczeństwa rozdawałby im bany hurtowo za nieustanne wychodzenie poza wyznaczony obszar mapy i eksplorowanie obszarów, do których projektanci nigdy nie chcieli nikogo wpuścić. Krótko mówiąc: idealny materiał na protagonistę. A jednak coś poszło nie tak.
Dlaczego szopów jest tak mało w grach?
Powodów można się doszukać kilku i większość z nich jest cudownie absurdalna. Po pierwsze, konkurencja. Wilki, lisy i koty mają za sobą wieki kulturowego PR-u. Po drugie, stereotypy zaszufladkowały zwierzęta na długo przed tym, zanim ktokolwiek odpalił pierwszy silnik graficzny.
Bo zobaczcie, jak działa głowa projektanta gier. Patrzy na wilka i widzi dumnego wojownika z honorem i tragiczną przeszłością. Patrzy na lisa i widzi sprytnego, czarującego kombinatora, który zawsze wyjdzie cało. Patrzy na kota i widzi tajemniczego, niezależnego towarzysza. A potem patrzy na szopa i widzi… przyszły problem działu bezpieczeństwa. Zwierzę, którego nie da się łatwo zaszufladkować, bo jest jednocześnie uroczy i chaotyczny, sympatyczny i totalnie nieobliczalny. Trudno zbudować archetyp wokół czegoś, co w równym stopniu nadaje się na maskotkę dla dzieci, co na lokalnego watażkę śmietnikowego półświatka.
Sly Cooper – dowód, że szop może być gwiazdą
A teraz najlepszy dowód na to, że to wszystko jest jedną wielką niewykorzystaną szansą. Panie i panowie, oto Sly Cooper, w Europie znany jako Sly Raccoon, najsłynniejszy szop pracz w historii gier wideo.
Sly to mistrz złodziejskiego fachu z serii gier studia Sucker Punch, wydanej przez Sony, której pierwsza odsłona, Sly Cooper and the Thievius Raccoonus, ukazała się w 2002 roku. Pochodzi z rodu legendarnych złodziei, którzy przez pokolenia spisywali swoje sztuczki w rodzinnej księdze. Sam Sly nie jest jednak pospolitym rzezimieszkiem, bo okrada wyłącznie innych przestępców, co daje mu wygodny status uroczego antybohatera, któremu wszystko uchodzi na sucho. W swoich skradankowo-platformowych przygodach skrada się po dachach, hakuje się na gzymsy charakterystyczną zakrzywioną laską i działa w ekipie z mózgiem operacji, żółwiem Bentleyem, oraz potężnym hipopotamem Murrayem.
I tu pojawia się żart, który napisała sama natura. Twórcy innych złodziejskich bohaterów muszą wymyślać im maski, kaptury i całą tę otoczkę. Twórcy Sly’ego nie musieli kiwnąć palcem, bo szop przychodzi na świat z gotową maską na oczach w komplecie. Bardziej złodziejskiego startu nie da się sobie wymarzyć.
Seria była lubiana, doczekała się kilku części i grona oddanych fanów. I właśnie dlatego cała ta sytuacja jest tak frustrująca. Sukces Sly’ego powinien był uruchomić wielką modę na szopy, lawinę zamaskowanych bohaterów zalewających każdy gatunek. A zamiast tego branża spojrzała na to wszystko, pokiwała głową z uznaniem i wróciła do produkowania kolejnych gier o smokach.
Rocket i Strażnicy Galaktyki – co się dzieje, gdy szop dostaje broń
Jeśli Sly to elegancki dżentelmen szopiego świata, to Rocket jest jego dokładnym przeciwieństwem. Bohater gier ze świata Strażników Galaktyki, w tym przygodowej produkcji studia Eidos-Montréal z 2021 roku oraz wcześniejszej serii od Telltale, ma jedną zasadę: nie nazywajcie go szopem. Serio, nie róbcie tego. Dla samego Rocketa to obraza, bo jest genetycznie modyfikowanym, cybernetycznie podrasowanym geniuszem. Dla większości graczy jednak pierwsze skojarzenie jest natychmiastowe i bezdyskusyjne, bo wygląda dokładnie jak bardzo zły, bardzo uzbrojony szop.
Rocket jest błyskotliwy, sarkastyczny i ma ciętą ripostę na każdą okazję. Konstruuje broń, której nie powinno się dawać żadnej istocie poniżej dwóch metrów wzrostu, uwielbia wybuchy i traktuje rozwiązywanie problemów jako pretekst do zdetonowania czegoś dużego. W grach jest nie tylko źródłem humoru, ale i realnym wsparciem bojowym oraz technicznym mózgiem drużyny.
I tu dochodzimy do sedna. Rocket to najlepszy w popkulturze dowód na to, co by się stało, gdyby zwykły szop zza śmietnika dostał nagle dostęp do zaawansowanej technologii, działa plazmowego i naprawdę bardzo złego dnia. Odpowiedź brzmi: nic dobrego dla nikogo w promieniu kilku kilometrów.
Tanuki Sunset – szop (no, prawie) na longboardzie
Czas na rodzynka. Tanuki Sunset to gra, w której wcielamy się w tanuki sunącego na longboardzie krętą nadmorską drogą o zachodzie słońca, driftując zakręt za zakrętem w klimacie rodem z plakatu synthwave. I jest tu pewien drobny szczegół taksonomiczny, który aż prosi się o wyjaśnienie.
Tanuki to po polsku jenot, a jenot, mimo łudząco podobnej maski na pyszczku i podobnej sylwetki, nie jest tak naprawdę szopem praczem. Szop należy do rodziny szopowatych i pochodzi z obu Ameryk, a jenot to krewniak psów z Azji Wschodniej, który po prostu wpadł na ten sam pomysł na image. To klasyczny przypadek dwóch zupełnie różnych zwierząt, które niezależnie od siebie zdecydowały, że maska na oczach to świetny look. W praktyce jednak gracz na pierwszy rzut oka widzi puszysty ogon, maskę i myśli „szop”, więc Tanuki Sunset na stałe wpisuje się w tę opowieść.
I jest w tym coś pięknego. Podczas gdy większość bohaterów gier dźwiga na barkach los galaktyk, walczy z odwiecznym złem i zbiera siedem magicznych kryształów, tanuki spojrzał na to wszystko, wzruszył ramionami, wziął deskorolkę i postanowił po prostu jeździć w stronę zachodzącego słońca i dobrze się przy tym bawić. Szczerze? Trudno mu nie kibicować.
Inne gry, w których przemknął ogon w paski
Szopy i ich sobowtóry przewijają się przez branżę częściej, niż mogłoby się wydawać, choć zwykle w rolach drugoplanowych. W Animal Crossing całym kapitalistycznym imperium zarządza Tom Nook, postać, którą Zachód uparcie uznaje za szopa, choć w oryginale to ponownie tanuki, czyli jenot. W Super Mario Bros. 3 Mario zakłada uszy i ogon szopa dzięki Super Liściowi, by szybować nad poziomami, a osobny strój Tanooki dorzuca do tego folklorystyczną nutę.
Szop pojawia się też w świecie szybkich jeży. Marine the Raccoon to energiczna towarzyszka z Sonic Rush Adventure, która całą sobą udowadnia, że szopy w grach mają mnóstwo entuzjazmu i niewiele zahamowań. W świecie Pokémonów ukłonem w stronę gatunku są Zigzagoon i jego ewolucja Linoone, wyraźnie zainspirowane szopowatą sylwetką i charakterem łobuza. A całkiem niedawno do grona dołączył uroczy szop ze Stardew Valley, który po naprawieniu pewnego pniaka odwdzięcza się graczowi prowadzeniem własnego, sympatycznie tajemniczego sklepiku.
To wszystko miłe akcenty. Ale to ciągle role drugoplanowe i epizody. Wielkiego, własnego hitu wciąż brak.
Goat Simulator istnieje, a Raccoon Simulator nie ?
I tu dochodzimy do absolutnego serca sprawy. W 2014 roku świat dostał Goat Simulator, grę, w której wcielamy się w kozę i metodycznie demolujemy wszystko, co napotkamy. Gra okazała się hitem i doczekała się kontynuacji. A szopa wciąż brak. To jest wręcz obraza dla całego gatunku.
Bo zastanówcie się przez chwilę nad tym porównaniem. Koza demoluje miasto przez przypadek, bo akurat tak wyszło i nikt nad tym nie panował. Szop zdemolowałby je metodycznie, z planem działania i listą priorytetów. Koza wbija łeb w losowy obiekt z czystej, dziewiczej głupoty. Szop najpierw sprawdziłby, czy w środku nie ma czegoś do jedzenia, a dopiero potem rozważyłby uderzenie.
I dalej. Koza przewraca stół. Po prostu. Koniec historii. Szop podszedłby do tego samego stołu, otworzyłby wszystkie szuflady, przejrzał ich zawartość, zabrał wszystkie przekąski, schował co wartościowsze do kryjówki, ocenił sytuację, a dopiero na sam koniec, dla satysfakcji i pełni doznań, przewrócił ten stół. Koza to chaos przypadkowy. Szop to chaos zorganizowany, premedytowany i podpisany własnym ogonem. A przecież dobra gra o destrukcji żyje właśnie z pomysłowości chaosu, a nie z samego upadania na łeb. Szop to po prostu lepszy materiał.
Jak wyglądałby idealny Raccoon Simulator?
Skoro już marudzę, to wyobraźmy sobie tę grę, której nam odmówiono. Raccoon Simulator aż prosi się o tryb kampanii z prawdziwymi misjami.
Misja pierwsza: włamanie do osiedlowego śmietnika o najwyższym możliwym poziomie zabezpieczeń, z osłoną z kartonów i czujnikiem ruchu w postaci sąsiada z latarką. Misja druga: kradzież kawałka pizzy z rodzinnego pikniku tak, by nikt niczego nie zauważył, najlepiej z bonusem za kradzież na oczach całej rodziny. Misja trzecia: otwarcie pojemnika, który ludzie zamknęli, będąc głęboko przekonani, że są sprytniejsi od szopa, co jest, jak wiadomo, błędem fundamentalnym. Dochodzi do tego infiltracja kempingu pod osłoną nocy oraz finałowe wyzwanie, czyli zdobycie tytułu króla nocnych psot, przyznawanego za serię idealnie wykonanych skoków na śmietniki bez ani jednego alarmu. Tryb skradankowy gotowy, mechaniki gotowe, charyzma bohatera gotowa od urodzenia. Czego my jeszcze potrzebujemy?
Czy szopy mają przyszłość w grach?
Wbrew narzekaniom, jestem dobrej myśli. Mamy bowiem twardy dowód, że to działa. Sly Cooper pokazał, że szop udźwignie pełnoprawną serię skradankowo-przygodową i będzie przy tym uroczy. Rocket udowodnił, że szop może być jednocześnie geniuszem, źródłem najlepszych tekstów i chodzącą katastrofą bojową. Tanuki z Tanuki Sunset pokazał, że na zamaskowanym bohaterze da się zbudować cały, kojący klimat gry.
Mamy więc komplet: przygoda, skradanka i komedia. Trzy filary, na których stoi mnóstwo świetnych gier, a szopy radzą sobie w każdym z nich. Brakuje już tylko kogoś, kto odważy się postawić takiego bohatera w centrum dużej produkcji i puścić go luzem.
Podusmowanko
Wracając więc do pytania, od którego wszystko się zaczęło. Dlaczego szopów jest w grach tak mało? Można zrzucić winę na konkurencję wilków, na stereotypy, na trudność z zaszufladkowaniem. Ale mam przeczucie, że prawdziwy powód jest znacznie prostszy i znacznie zabawniejszy. Branża po prostu boi się prawdy. Bo gdyby dać szopowi własną dużą grę, pełną swobody, pełną pojemników do otwarcia i map do eksplorowania poza wyznaczonym obszarem, mógłby się okazać po prostu zbyt potężny. Zbyt sprytny. Zbyt dobry w tym, co robi.
Ale historia lubi się powtarzać, a dobre pomysły zawsze w końcu wracają. Jeśli koza mogła dostać własny symulator, to gdzieś tam, na końcu długiej i ciemnej alejki za blokiem, czeka także dzień, w którym zamaskowany mistrz nocnych eskapad, pogromca koszy na śmieci i niekwestionowany król chaosu doczeka się swojego wielkiego Raccoon Simulatora. A wtedy nikt nie schowa już przed nim ani jednej szuflady.
Słowo wyjaśnienia na koniec, czyli kto za to wszystko odpowiada. Ten tekst powstał wyłącznie z winy Kabsona, administratora tego bloga, który postanowił zlecić mi z pozoru kompletnie głupie zadanie. W jego obronie dodam, że działo się to na grillu, a w grę wchodziła pewna ilość procentów, więc pomysł na cały wpis ma jak najbardziej alkoholowe korzenie. Ja zrobiłem, co mogłem, z tego, co jak szop wygrzebałem w sieci 😉



