Budzisz się na brudnej podłodze w obskurnej kamienicy. Głowa pęka, w gardle sucho, a lewa stopa… świeci. Dosłownie. I swędzi tak, że trudno myśleć o czymkolwiek innym. Ale myśleć nie musisz, bo coś w środku twojego mózgu – albo może już w stopie – krzyczy jedno i to samo zdanie, bez przerwy, bez litości:
DOSTAŃ SIĘ NA DACH. DOSTAŃ SIĘ NA DACH. DOSTAŃ SIĘ NA DACH.
I tak zaczyna się MOLDRISE – jedna z najbardziej obrzydliwych, klaustrofobicznych i przewrotnie zabawnych gier, jakie trafiły na mój ekran w ostatnim czasie. Tytuł stworzony na potrzeby NOISE JAM 2, który wygląda jak mały eksperyment, a czuje się jak coś znacznie większego, niż ktokolwiek mógłby się spodziewać.
Punkt wyjścia MOLDRISE jest jednocześnie absurdalny i genialny. Zainfekowana stopa to nie jest groźba rodem z wielkiego horroru – to żenujący, przyziemny problem, jakiego się wstydzisz przed lekarzem. Właśnie dlatego działa tak dobrze. Gra buduje swój horror nie na potworach czających się w ciemnościach, ale na postępującej, fizjologicznej katastrofie, którą sam obserwujesz na własnym ciele. Infekcja się rozszerza. Budynek zdaje się o tym wiedzieć. I im gorzej ze stopą, tym bardziej kamienica zaczyna żyć własnym życiem.
To body horror w najbardziej dosłownym sensie – zaczyna się jako głupi problem, a kończy jako problem śmiertelnie poważny. I gra nigdy nie pozwala ci o tym zapomnieć.
MOLDRISE to przygodowa gra narracyjna z elementami survival, rozgrywana z perspektywy pierwszej osoby. Twój cel jest prosty: wejść na dach. Wykonanie? Już mniej. Po drodze musisz zarządzać pragnieniem, głodem i postępującą infekcją, a każdy z tych trzech wskaźników potrafi skutecznie pokrzyżować plany.
Mieszkańcy budynku ci nie pomogą – przynajmniej nie za darmo. Mają rzeczy, których potrzebujesz, ale wymagają przysług. I tu pojawia się serce mechaniki rozgrywki: system barteru i wymiany przysług, który zmusza cię do podejmowania decyzji kosztujących coś więcej niż zasoby. Kosztujących czas. A czasu nie masz. Czy zejdziesz sześć pięter niżej po torebkę KRAZY Kraunchy Nutz, bo taki jest warunek jednego z lokatorów? Możliwe, że tak. Możliwe, że tego pożałujesz.
Szczególnie mocnym elementem MOLDRISE są spotkania z NPC-ami. Gra nie serwuje żadnych przerywników filmowych ani narracji z offu. Jest tylko dialoog – twarz w uchylonych drzwiach i słowa, których ta twarz nie powinna znać. Czegoś, co dotyczy ciebie. Czegoś, co czujesz, że jest prawdziwe, choć nie wiesz jak. To proste rozwiązanie buduje napięcie lepiej niż niejedna wysoko budżetowa produkcja. Nie widzisz wiele. Ale to, co słyszysz, zostaje z tobą.
Atmosfera całości jest gęsta, klaustrofobiczna i nieprzyjemna w najlepszym możliwym sensie. Kamienica nie jest po prostu lokacją – jest organizmem, który reaguje na twój stan. Im bardziej zarażony jesteś, tym bardziej żywy wydaje się budynek. Granica między architekturą a biologią zaczyna się zacierać w sposób, który trudno opisać, a łatwo poczuć.
MOLDRISE jest obrzydliwy i mroczny, ale też – i to jest jego największy atut – mocno zabawny. Gra doskonale rozumie, że absurd i horror mogą iść w parze. Zainfekowana stopa jako katalizator apokalipsy, torebka słonych przekąsek jako waluta w negocjacjach życia i śmierci, sąsiedzi mówiący rzeczy, których nie powinni wiedzieć – wszystko to składa się na ton, który balansuje między grozą a czarną komedią z zadziwiającą gracją.
To jak – jak celnie ujmuje to sam opis gry – zeskrobywanie pleśni ze ściany i odkrycie, że pleśń zeskrobuje ciebie.
Jeśli lubisz narracyjne horrory, które nie potrzebują wielkich budżetów, żeby wywrzeć wrażenie – MOLDRISE jest dla ciebie. Jeśli cenisz gry, w których atmosfera tworzona jest przez dialogi i design poziomu, a nie jump scare’y – MOLDRISE jest dla ciebie. Jeśli chcesz poczuć, jak głupi problem zmienia się w egzystencjalne zagrożenie, krok po kroku, piętro po piętrze – MOLDRISE zdecydowanie jest dla ciebie.
Grę za darmo pobierzecie odwiedzając stronę autora.




