Arcade

Final Fight (1989)/Mighty Final Fight (1993)

Dobra, kurwa, dzisiaj będzie niestandardowo.
Nie będzie klasycznego jednego tytułu, bo mam to w dupie i tak se, kurwa, wymyśliłem.

Zrecenzuję dwa gry na raz, bo mogę. Bo chcę. Bo chuj.
Nie będę ci tłumaczył logiki, bo to nie jebane równania dla emerytowanej księgowej z klimakterium, tylko miejsce, gdzie wali się tekstem o grach z takim ogniem, jakby ci ktoś zajebał kartridż z ulubioną grą i nasikał na pada.

Więc siadaj, zapnij pasy, odpal browara, bo będzie podwójny wpierdol retro-recenzji.

Final Fight (1989)

Wyobraź sobie, że wchodzisz do salonu arcade, w kieszeni masz ostatnią złotówkę, a przed tobą automat, który wygląda, jakby sam Rambo go składał w przerwie na fajkę. Wkładasz monetę, a gra mówi ci: „Witaj, skurwysynu, zaraz sprawdzimy, czy masz jaja z tytanu, czy z waty”. I od razu wrzuca cię w miasto, które wygląda jak połączenie Bronx z lat 80., Warszawy po Sylwestrze i planu filmowego Mad Maxa. Metro City to nie jest miejsce na spacerek z laską — tu każdy róg śmierdzi wódką, potem i problemami, a gang Mad Gear rządzi tak, że nawet policja mówi: „Kurwa, sami se radźcie”.

final fight arcade

A ty? Ty jesteś jednym z trzech kozaków, co mają tak napakowane bicepsy, że mogliby łamać stalowe pręty samym spojrzeniem. Cody — typ, który wygląda, jakby w przerwach od bicia ludzi robił pompki na jednej ręce, a w drugiej trzymał piwo. Guy — ninja z taką nadpobudliwością, że kopie wszystko, co się rusza, zanim zdąży mrugnąć. I Haggar, ja pierdolę, HAGGAR! Burmistrz, co zamiast podpisywać papiery, robi suplexy na gangsterach. Wyobraź sobie takiego typa w Polsce — gość by w Sejmie rzucał posłami przez okno, a potem mówił w TVN: „No i co, kurwa, problem rozwiązany”. Metro w Radomiu? Załatwione w tydzień.

Rozgrywka w Final Fight to jak wpierdol na weselu — bez powodu, ale z klasą. Chodzisz po ulicach, a każdy skurwiel, który ci wchodzi w drogę, dostaje w ryj. Są punki z nożami, co wyglądają, jakby uciekli z planu „Wojowników”, są grubasy, co rzygają pizzą i próbują cię zmiażdżyć dupą, i laski w lateksie, które biją tak, że zaczynasz się zastanawiać, czy nie masz jakichś ukrytych fetyszy. A do tego beczki. Kurwa, beczki! Rozwalasz je, jakby to była twoja życiowa misja, a w środku — kurczak z rożna albo nóż. Bo czemu nie? W tym świecie kebab leży na ulicy, a zdrowie regenerujesz, żrąc żarcie z chodnika. Logika? Pierdol logikę, tu się napierdala!

ffight 2

I tak idziesz, pięść za pięścią, combo za combo, aż dochodzisz do finału. A finał, kurwa, to jak wejście na ring z Tysonem po trzech kreskach koksu i flaszce wódki. Wchodzisz do wieżowca — takiego, że Snoop Dogg by tam kręcił teledysk, a Elon Musk kupiłby go na przechowalnię Tesli. Ale zamiast szampana i kawiorku masz Belgera. BELGERA, JA PIERDOLĘ!

Belger — boss, co pierdoli zdrowy rozsądek!
Ten skurwysyn to nie jest zwykły boss. To jest pojeb, który wygląda, jakby zaprojektował go Alfons z Miami po tygodniu na sterydach i wódce z Red Bullem. Siedzi na wózku inwalidzkim, ale nie daj się nabrać — to nie jest babcia z bazarku, co prosi o pomoc z siatkami. Ten typ ma kuszę, z której strzela szybciej niż twój stary, jak widzi promocję na wiertarkę w Castoramie. Do tego wzywa swoją „dziewczynę” — jakąś zjebaną wersję Harley Quinn, która wygląda, jakby przed chwilą zeszła z parkietu w burdelu i wzięła trzy kreski za dużo. I jeszcze ma obstawę — typy w garniturach, co biją, jakby trenowali na workach z cementem.

Walka z Belgerem to jak taniec z diabłem na speedzie. Unikasz strzał z kuszy, walisz combosy, jakbyś miał Parkinsona w rękach, a ten skurwiel dalej żyje. Jest jak karaluch po apokalipsie — nie chce zdechnąć. Myślisz: „Kurwa, już go mam!”, a ten wstaje i znów ci napierdala. W końcu, po setnym „JEBANY AUTOMAT, DAJ MI WYGRAĆ!” i serii ciosów, które wyglądają, jakbyś tańczył breakdance w napadzie szału, robisz to. BELGER WYLATUJE PRZEZ OKNO! Jak rachunek z gazowni, jak twoje plany na sylwestra, jak resztki godności po rozmowie z ex. Z dupy, z hukiem, z klasą. Spada z tego swojego wieżowca, a ty stoisz, sapiąc jak po maratonie, i myślisz: „Kurwa, jestem bogiem”.

ffight 3


Happy end? Pierdol to, życie to nie bajka!
Koniec gry to niby happy end, ale w stylu Final Fight, czyli z jajem i lekkim posmakiem absurdu. Cody ratuje laskę, Guy znika, bo pewnie poszedł kopać coś innego, a Haggar wraca do urzędu, jakby nic się nie stało. Wyobraź sobie konferencję prasową: „Dzień dobry, wczoraj rozwaliłem gang, dzisiaj podpisuję budżet. Jakieś pytania? Nie? To spierdalać”. I rzuca mikrofonem w dziennikarza.

Final Fight to nie jest gra, to jebana odyseja. To jak wziąć „Rambo”, „Szklaną pułapkę” i „GTA”, wsadzić do miksera, dodać sterydów, wódki i stylówy z lat 80., a potem wcisnąć „puree”. To gra, co mówi: „Masz problem? To mu, kurwa, przyjeb”. To przypowieść o tym, że jak życie ci daje cytryny, to robisz z nich koktajl Molotowa i ruszasz na wojnę.

Galeria: Final Fight (Arcade)

Jeśli nie grałeś, to co, kurwa, robisz ze swoim życiem?
Serio, jak możesz nie znać Final Fight? To jak nie znać smaku kebaba o 3 nad ranem albo nie wiedzieć, że Żuberek to nie jest tylko piwo, ale styl życia. Ta gra to arcade’owy stek — krwisty, soczysty, z przyprawami, co urywają łeb. Jeśli wolisz grać w symulatory farmy albo układać klocki w Minecrafcie, to, bracie, idź do lekarza, bo coś ci się stało z chromosomami. Final Fight to MIĘSO. Surowe, jak życie. Z keczupem przemocy, musztardą nostalgii i cebulą, co wyciska łzy, jak rachunek za prąd.

Włączaj automat, bierz Haggara, Cody’ego albo Guy’a i ruszaj na miasto. Bij, kop, rzucaj. I jak usłyszysz ten jebany soundtrack, co dudni jak serce po trzech redbullach, to wiedz, że żyjesz. A Belgrad? A Mad Gear? Pierdol ich, i tak. Final Fight to KURWA ŻYCIE!

Teraz opowiem o Mighty Final Fight na NES-a, ja pierdolę, co to za zjebana perełka! To nie jest zwykła gra, to jak wziąć Final Fight, wstrzyknąć mu amfę z Kinder Niespodzianki, zmiksować z kreskówką po LSD i wrzucić na konsolę, która ma mniej mocy obliczeniowej niż kalkulator z bazaru. Piksele tak grube, że wyglądają jak klocki Lego po praniu, a muzyka? Taka, że wpada w ucho jak disco polo na weselu u szwagra. To jest karzełkowa napierdalanka, co wjeżdża ci w mózg jak Red Bull z wódką o 3 nad ranem. Gotowy? No to jazda, chuju!


Mighty Final Fight (1993)

Wyobraź sobie NES-a, ten szary klocek, co wygląda jak tostarka po przejściach. Wkładasz kartridż, a gra mówi: „Witaj, skurwysynu, zaraz ci pokażę, jak się napierdala w 8 bitach!”. Fabuła? Ta sama, co w dużym Final Fight, tylko w wersji dla krasnoludków na speedzie. Gang Mad Gear, te jebane pierdoły, znowu porywają Jessicę, bo najwyraźniej nie mają nic lepszego do roboty. Serio, ci typy mają chyba fetysz do kidnapowania, jakby Tinder nie istniał. I kto ma to ogarnąć? Oczywiście, że trójka kozaków: Cody, Guy i Haggar, tylko teraz wyglądają, jakby ich narysował sześciolatek po trzech litrach Fanty i maratonie Dragon Balla.

Mighty Final Fight (1993)

Cody to uliczny łobuz, co napierdala w jeansach, bo ma w dupie modę i zdrowy rozsądek. Wygląda, jakby przed walką wypił sześć piw i pobił barmana za ciepłe Żubry. Guy? Ninja z ADHD, kręci się jak fidget spinner na sterydach, kopie wszystko, co się rusza, i pewnie nawet w nocy śni o high kickach. A Haggar? Kurwa, Haggar to burmistrz z jajami jak arbuz, co zamiast budżetu miasta podpisuje wyroki śmierci suplexami. Gość wygląda, jakby w przerwach od rządzenia rzucał traktorami dla funu. 


Gameplay? Jak wpierdol na podwórku w 1993!
Gra to czysta poezja przemocy w pikselach. Chodzisz po ulicach Metro City, które wygląda jak osiedle z Pragi po bójce kiboli. Wrogowie? Same zjeby. Masz punki z nożami, co wyglądają, jakby uciekli z planu „Wojowników” i zapomnieli tekstów. Masz grubasów, co rzucają się na ciebie dupą, jakby trenowali sumo na kebabach. I laski w lateksie, które biją tak, że zaczynasz się zastanawiać, czy nie zapisać się na jakieś BDSM po tej grze

mff 3

Combosy? O ja cie pierdolę, to jest jak taniec na rurze w napadzie epilepsji. Pięści lecą szybciej niż plotki na osiedlu, kopniaki wchodzą z gracją betoniarki, a specjalne ataki wyglądają, jakby ktoś wrzucił pluszaka do miksera na najwyższe obroty. Haggar robi suplexy, jakby był trenerem w pierdlu, Guy kręci salta jak akrobata na speedzie, a Cody wali z łokcia tak, że nawet Chuck Norris by powiedział: „Spokojnie, bracie, ja tylko przechodziłem”. I to wszystko w grafice, gdzie każdy sprite ma może 12 pikseli, ale i tak czujesz, że ktoś ci przyjebał w ryj.


Bossowie? Zjebani jak polska polityka!
Bossowie w Mighty Final Fight to galeria osobliwości, jakby ktoś zebrał odrzuty z castingu do „He-Mana” i dał im sterydy. Każdy wygląda jak karykatura po lobotomii. Masz typa, co rzuca butelkami jak wkurwiony barman po zamknięciu knajpy. Inny wali cepy jak twoja mama klapkiem, jak znalazła cię z fajką w podstawówce. Jeszcze inny wygląda jak zmutowany ziemniak z kompleksem Napoleona, co próbuje cię zmiażdżyć z miłością. I każdy ma inny styl walki, więc nie ma, kurwa, nudy. Bijesz, unikasz,  a NES sapie, jakby miał zaraz pierdolnąć z przegrzania.

mighty final fight

A na końcu?, JA PIERDOLĘ! Ten skurwysyn znowu. Tutaj, kurwa, Belger znowu odpierdala szopki, bo najwyraźniej nie zna znaczenia słowa „odpierdol się”. Tym razem jednak to nie zwykły świr na wózku jak w Final Fight, tylko jebany CYBER-BELGER. No serio, kto to, kurwa, wymyślił?! Cyborg-zjeb z erekcją na Jessicę, co ją porywa, bo niby się zakochał. Romantyk z kurwa rakietą w łapie.

I co? Nie bije się jak człowiek, nie, bo po co. Napierdala RAKIETOWYMI PIERDOLNIĘCIAMI, jakby miał w łapach wyrzutnie z bazaru w Czarnobyla. Wali tymi punchami z taką gracją, jakby próbował ci zrobić enema przez klatkę piersiową. Cyber-Belger, kurwa mać. Capcom miał chyba wtedy fazę na hentai z robotami i postanowili, że dziad z kuszą to za mało — teraz, kurwa, MUSI MIEĆ MWTALOWE ŁAPY I ZBROJĘ JAK ZE ZŁOMOWISKA FUTURAMY.

Jakby ktoś skrzyżował Terminatora z dziadem spod monopolowego.
Wkurwiający, przerysowany, jebnięty do granic. I przez to zajebisty.

Galeria: Mighty Final Fight (1993)


Koniec? Życie to nie komedia romantyczna!
Finał gry to niby happy end, ale w stylu Mighty Final Fight, czyli z jajem i lekkim pierdolnięciem. Jessica jest uratowana, ale jak grasz Codym, to ci mówi: „Spoko, stary, ale w sumie to wolę Guy’a, nara”. I zostajesz z friendzone jak z rachunkiem za prąd po zimie. Serio, napierdalasz pół miasta, wybijasz gang, ratujesz laskę, a ona ci robi „dzięki, ale nie”. Życie, kurwa, życie. Guy znika, bo pewnie poszedł kopać drzewa w lesie, a Haggar wraca do urzędu, jakby nic się nie stało. Wyobraź sobie: gość w podartym podkoszulku, z krwią na łapie, mówi na konferencji: „No, miasto bezpieczne, jakieś pytania? Nie? To spierdalać”.m.a.m.a


Mighty Final Fight to nie gra, to jebana filozofia!
To jest jak „Rocky” w wersji chibi, na kwasie i z budżetem na dwa sprite’y i pół melodii. To „mały, ale wariat” w pikselach. Wygląda jak bajka dla dzieci, ale wali po ryju jak ojciec po zebraniu w szkole. Gra, gdzie każdy cios ma duszę, każdy wróg jest jak sąsiad, co puszcza disco polo o 2 w nocy, a każdy boss to metafora twoich porażek życiowych. I te animacje! Kurwa, jak Cody robi combo, to wygląda, jakby tańczył Macarenę w napadzie furii. Jak Haggar rzuca suplexem, to czujesz, że ziemia pęka. A jak Guy kopie, to jakby Sonic miał dziecko z Bruce’em Lee.

Jeśli ktoś ci powie, że NES to dla dzieci, to zrób mu Haggar Slam przez stół z IKEI, a potem włącz Mighty Final Fight. Bo ta gra pokazuje, że piksele też mogą napierdalać z gracją dynamitu i sercem wojownika. To nie jest mordobicie, to jebana sztuka. Surowa, jak kebab z budki o 4 nad ranem. Z keczupem przemocy, musztardą humoru i cebulą nostalgii. Włączaj NES-a, bierz pada i ruszaj na Metro City. Mighty Final Fight to KURWA ŻYCIE!

Grę bez problemów uruchomicie na jednym z tych emulatorów konsoli NES/Pegasus, zaś sama grę bez problemów znajdziecie na jednej z tych stron.

Wersję Arcade bez problemów uruchomicie na MAME, który pozwala doświadczyć gry w jej oryginalnej formie.

Tak jak wciąż wspominam w moich wpisach, granie na emulatorach za pomocą klawiatury mija się z celem. Dlatego też polecam Wam te dwa modele padów:
  • 8Bitdo SN30 w cenie ok. 116 złotych (dostępny na Allegro, X-kom)
  • 8Bitdo Ultimate C w cenie ok. 134 złotych. (dostępny na Allegro, X-kom)
Sam używam 8Bitdo Ultimate C niemal od roku i nie mam z nim żadnych problemów. 
6.7
Dobra
Final Fight

Metro City sprząta się pięściami

📅 1989
Ocena czytelników
Bądź pierwszy!
Final Fight
Grafika6
Muzyka6
Gameplay8
Plusy
  • Kultowy beat ’em up z dynamiczną akcją
  • Charakterystyczne postacie i bossowie
  • Świetna, klimatyczna oprawa jak na swoje czasy
Minusy
  • Krótka rozgrywka
  • Powtarzalność przeciwników
Podsumowanie

Klasyk beat ’em up – prosty, klimatyczny i wciągający, choć krótki i powtarzalny.

Może cię zainteresować:

Die Hard Arcade (1996/2006)

Kabson

Terminator 2: Judgment Day (Arcade) (1991)

Kabson

Polacy nie gęsi: Chrome (2003)

Kabson

Jazz Jackrabbit 2 (1998)

Kabson

Gremlins 2: The New Batch (1990)

Kabson

Wasteland (1988)

Emumaniak

Zostaw komentarz