Dziś 25 lutego 2026 – to szczególny dzień, kiedy każdy powinien sobie zrobić dobrze… solo, bez zbędnych komplikacji, jak w starej dobrej arkadówce z lat 90. Mówię o Party Time: Gonta the Diver II (w Japonii Ganbare! Gonta!! 2), sequelu z 1995 roku od Mitchell Corporation, gdzie wcielasz się w napalonego nurka o imieniu Gonta, który zanurza się w siatkę kafelków, by odsłonić laski z całego świata – od japońskich gejsz, przez francuskie biurowe panienki, aż po egzotyczne piękności, których nie spodziewałbyś się w żadnej innej grze tamtej epoki. To nie jest jakieś nowoczesne hentajowe gówno z ciągłymi pop-upami i mikrotransakcjami – to klasyk arcade, idealnie emulowalny na MAME, gdzie zamiast strzelać do kosmitów, flipujesz bloki jak jakiś podniecony kret w ogrodzie pełnym przyjemnych niespodzianek.
Idealne na ten dzień samodzielnych przyjemności, bo gra jest czysto single-player – zero drużyny, zero dram, zero toksycznych rankedów. Tylko ty i twój joystick, walczący o każdy piksel cycka z determinacją olimpijczyka. W erze woke gier z fabułą głębszą niż Mariański Rów i narracjami o odkupiepieniu grzechów, ta perła błyszczy prostotą jak stara dobra robota ręczna – szybko, intensywnie, z bonusem za combo i bez zbędnego pierdolenia.
Zacznijmy od historii, bo Gonta zasługuje na szacunek. Mitchell Corporation, znani z Puzz Loop i Cannon Spike, w 1995 roku wypuścili ten tytuł jako następcę pierwszej części (Lady Killer – pisaliśmy już tutaj o niej), dopracowując mechanikę do perfekcji. Oryginał był dobry, ale dwójka to już inna liga – więcej poziomów, więcej narodowości i więcej power-upów, które sprawiają, że każda plansza jest jak nowe wyzwanie. Gra nigdy oficjalnie nie wyszła poza Japonię i kilka azjatyckich rynków, co czyni ją małym skarbem dla kolekcjonerów i entuzjastów retro-erotyki. Na szczęście MAME nie pyta o paszport, a tym bardziej o dowód i każdy może sobie emulować bez owijania w bawełnę.
Ale przejdźmy do mięsa – czyli do rozgrywki, bo właśnie ona jest tu prawdziwą gwiazdą. Kurwa, to jak mahjong na sterydach, ale zamiast nudnych bambusowych kamieni, masz basen pełen wrogich skurwysynów, power-upów i kafelkową zagadkę, co sprawia, że czujesz się jak bóg jakiegoś mokrego burdelu. Sterujesz Gontą za pomocą 8-kierunkowego joysticka – na emulatorze klawiaturą albo gamepadem – nurkujesz w kafelek z jednej strony i wyskakujesz z drugiej. Flip! Kafelek odsłonięty. Flip znowu! Kolejny kawałek cycka odsłonięty. Prosto, elegancko, uzależniająco.
Jest jednak jeden ważny haczyk: nie możesz zanurkować w już odsłonięty blok. To jak próba wejścia dwa razy w tę samą dupę bez zaproszenia – gra natychmiast daje ci do zrozumienia, że takie numery tu nie przejdą. Cel jest jeden: odsłoń całą laskę zanim skończy ci się tlen w butli, jednocześnie unikając narodowych wrogów, którzy właśnie na ciebie czyhają.
Tlen to waluta tej gry. Spada bezlitośnie i zmusza cię do szybkich, przemyślanych decyzji. Na szczęście po planszy porozrzucane są butle z tlenem – zbierasz je w biegu, przedłużając podwodną sesję. Oprócz tlenu znajdziesz też flippery przyspieszające twój ruch, płomienie strzelające po skosie jak twoja wyobraźnia o trzeciej w nocy, i złote power-upy flipujące całe rzędy kafelków naraz. Ten ostatni to prawdziwa bomba atomowa rozgrywki – jeśli dobrze zapplanujemy to możemy sprawić, że całą planszę rozpierdolimy w dziesięć sekund zgarniając miliony punktów, patrząc jak licznik szaleje jak wskaźnik ciśnienia w zamkniętej saunie.
Poziomy to prawdziwa orgia kultur. Japońska plansza z kimono ma dość standardowe zasady – idealna dla rozgrzewki. Potem trafiasz na lodową planszę, gdzie kafelki ślizgają się jak prezerwatywa na bananie – twoje ruchy mają zupełnie inną dynamikę i nagle cały wypracowany odruch mięśniowy idzie w diabły. Są też plansze z ruchomymi blokami, z pułapkami czasowymi, z wrogami poruszającymi się według niestandardowych wzorców.
To właśnie takie atrakcje, a nie hordy wrogów, budują tu trudność. I to jest kurewsko mądre rozwiązanie projektowe, bo gra nie wkurwia cię jak te stare monetozżerne arcade, gdzie śmierć przychodziła z niczego tylko po to, żebyś wyjebał całe kieszonkowe. Tutaj umierasz z własnej głupoty albo z braku skupienia, a nie z powodu nieuczciwości gry. Fair play dla maratonów solo, fair play dla szybkich setek, fair play w ogóle.
Bonusowe rundy to wisienka na tym całym podwodnym torcie. Trafisz na mini-gry z dopasowywaniem par cycków – klasyczny memory, ale z bardziej motywującą nagrodą niż w wersji dla dzieci. Są też puzzle, gdzie przesuwasz fragmenty obrazka, żeby złożyć całość. Spieprzysz? Nic straconego, bo i tak dostajesz podgląd tego, co chciałeś zobaczyć. Mitchell rozumiał, że nagradzanie gracza nawet za porażkę to podstawa dobrego designu – tej lekcji powinno się uczyć połowę współczesnych deweloperów.
Pixel art z 1995 roku jest soczysty jak dojrzała brzoskwinia w środku lata. Postacie są narysowane z dbałością o szczegóły, tła są kolorowe i zróżnicowane, a animacje wrogów mają w sobie ten specyficzny urok tanich japońskich arcade’ów, który albo kochasz, albo po prostu jeszcze nie wiesz, że powinieneś kochać. Muzyka idealnie podbija puls – szybka, rytmiczna, wpadająca w ucho, takie coś co nuciłbyś pod nosem wracając autobusem do domu, gdybyś miał odwagę przyznać się, skąd ta melodia pochodzi.
Wrogowie reagują na twoje ataki, animacje śmierci są satysfakcjonujące, a dźwięk flipowanego kafelka ma w sobie coś hipnotyzującego. Gram w to i nagle godzina mija jak szybki numerek – flip, flip, high score, jeszcze raz, jeszcze jedna runda, no kurwa, jeszcze tylko ta jedna.
Podsumowując: Gonta the Diver II to solidne 11/10 dla fanów retro-erotyki, którzy dziś celebrują dzień samodzielnych uniesień w stylu, który zasługuje na szacunek. Gra jest jak idealna robota ręczna – prosta w założeniu, uzależniająca w wykonaniu i zawsze gotowa do akcji bez względu na porę dnia ani nastrój. Zdecydowanie lepsza od pierwszej części, zainspirowała późniejsze tytuły jak Crawlco Block Knockers, a jej wpływ na niszowy gatunek erotycznych puzzle-arcade jest niepodważalny wśród tych, którzy wiedzą, czego szukać.
Grę bez problemów uruchomicie na emulatorze MAME.
Japonia to jednak stan umysłu... kto to wymyslił ?

- Kolorowa, kreskówkowa grafika
- Prosta, przystępna rozgrywka
- Różnorodne poziomy 😉
- Powtarzalny gameplay
- Niska trudność
- Mało głębi i innowacji
Lekka, przyjemna gra na chwilę, ale szybko się nudzi przez brak wyzwań i różnorodności.





