Nintendo NES

Mario Bros (1983)

Jak ktoś ci powie, że gry z lat 80. to muzealne eksponaty dla nerdów w swetrach z Atari, to jebnij mu w czoło kartridżem od Pegasusa i powiedz tylko dwa słowa: Mario Bros. Tak, kurwa, to gówno z 1983 roku dalej jest grywalne w chuj, bardziej niż połowa dzisiejszych „next-genowych” pierdół, które ważą 100 GB, a dają ci mniej frajdy niż rozlanie kefiru po klawiaturze.

Bo tu nie ma żadnych przerywników filmowych, moralnych dylematów ani craftingów z gówna i patyków. Jest tylko dwóch hydraulików w kanałach, jebiących po skorupach żółwi. I to jest, proszę państwa, esencja życia.

mario bros 1


Narodziny kanałowego rozpierdolu

Rok 1983. Nintendo, jeszcze wtedy bardziej znane z kart do gry i automatów, wypuszcza coś, co wyglądało jak gra o czyszczeniu rur po imprezie w akademiku. Mario Bros trafia najpierw do salonów arcade – w czasach, gdy ludzie jeszcze wychodzili z domów, żeby pograć, a nie scrollować TikToka po sraniu.

Mario już wtedy był znany – pojawił się wcześniej w Donkey Kongu, gdzie ratował księżniczkę z rąk napakowanej małpy. Ale tu, kurwa, dostał awans. Zamiast wspinać się po drabinach, teraz napierdalał po rurach i wykańczał żółwie, muchy i kraby. Bo czemu nie. To była gra o oczyszczaniu kanałów z mutantów, ale z takim wdziękiem, że człowiek zapominał, że fabuła nie ma sensu.

No i ten dźwięk – każdy, kto słyszał „ping” po wybiciu żółwia, wie, że to brzmiało jak anielski orgazm w 8 bitach.


Mechanika, czyli jebnij żółwia, zanim on jebnie ciebie

mario bros 2

Zasady są proste jak konstrukcja Pegasusa:
Masz dwie rury – z góry wypadają stwory. Ty, jako Mario (lub Luigi, jak masz kumpla do gry), masz podskoczyć od dołu, żeby ryj przeciwnika dostał strzała od własnej platformy, a potem go kopnąć, zanim się ocknie.

To wszystko. I w tym jest właśnie magia.
Żadnych zbędnych instrukcji, żadnych tutoriali. Po prostu wchodzisz i grasz. Instynktowny rozpierdol, który daje więcej satysfakcji niż 200 godzin w Assassin’s Creedzie.

Ale uwaga – ta gra to hardcore w czystej postaci. Jeden błąd, źle wymierzony skok, i już leżysz na dupie jak żółw po wódce. A poziomy robią się coraz bardziej pojebane – szybsi wrogowie, śliska podłoga, lawina wkurwienia. I mimo to, siedzisz i ciśniesz dalej, bo chcesz dojebać ten wynik o 500 punktów wyżej.


Multiplayer, czyli jak zniszczyć przyjaźń w 3 sekundy

mario bros 3

Nie ma, kurwa, nic lepszego niż odpalić Mario Bros na Pegazusie we dwóch. To jest czyste, nieokiełznane multiplayerowe piekło, które rozwala więcej znajomości niż Monopoly.

Bo tu niby macie współpracować, wybijać robale i zbierać monety. Ale wiadomo, jak to się kończy – ktoś komuś zajebie monetę sprzed nosa, ktoś drugiemu podskoczy pod nogi i wpierdoli wroga w twarz. I zaczyna się koncert wyzwisk.
„Kurwa, czemu mnie podbiłeś, debilu!?”
„Sam żeś wlazł pod nogi, głąbie!”
„To jebnij se sam te monety, chuju!”

I po chwili z kanapy robi się ring bokserski, pad leci w ścianę, a matka wchodzi z kuchni krzycząc: „PRZESTAŃCIE WYĆ, BO WYJEBIĘ TEGO PEGASUSA PRZEZ OKNO!”

Ale to właśnie ta wkurwiająca rywalizacja sprawiała, że człowiek chciał grać dalej. Bo każda runda to była wojna ego. Nie o punkty, tylko o honor hydraulika.


Grafika i dźwięk – 8-bitowy minimalizm w pełnej krasie

mario bros 4

Nie ma co się oszukiwać – grafika wygląda jakby ją rysował wkurwiony księgowy po pijaku. Ale w tym cały urok.
Kolory kontrastowe jakby ktoś rozlał farby po ekranie, postacie kwadratowe jak butelki po oranżadzie, ale wszystko działało z taką płynnością, że człowiek gapił się w ten ekran jak zahipnotyzowany.

A muzyka? Jeden, kurwa, looping motyw, który po 10 minutach wgryzał się w mózg jak tasiemiec, ale nikt nie narzekał. To był dźwięk dzieciństwa. Siedziałeś z bratem albo kumplem, joystick w ręce, telewizor Grundig z zielonkawym ekranem i dźwięk „PING!” co trzy sekundy – czysta poezja, tylko bardziej hałaśliwa.


Jak ludzie się tym jarali jak pojebani

mario bros 5

W latach 80. i 90. Mario Bros był wszędzie.
W salonach gier, w automatach, na NES-ie, a potem – oczywiście – na naszym ukochanym Pegazusie, gdzie kartridż z napisem „9999 IN 1” i tak miał tę jedną grę.

Ludzie się jarali jak dzieci cukrem. Każdy chciał być Mario. Każdy znał ten motyw dźwiękowy. To był pierdolony popkulturowy meteoryt, który rozjebał branżę gier i zostawił po sobie tylko legendę i wypalone kineskopy w telewizorach.

Nawet jak przyszły późniejsze „Super Mario Bros”, to ta pierwsza wersja z kanałami dalej miała w sobie coś pierwotnego, takiego brutalnego oldschoolowego uroku. To było czyste „git gud”, zanim ktokolwiek wymyślił to słowo.


Ciekawostki

  • W oryginale Mario i Luigi nie mieli jeszcze osobowości. Po prostu dwóch kolesi w czapkach, bez gadania, bez księżniczki, bez Toadów. Po prostu hydraulicy z misją rozjebania flory i fauny miejskich rur.

  • Pierwsze Mario Bros nie miało scrollingu ekranu – wszystko działo się na jednym planszowym ekranie. I co? I nikt nie płakał, bo to było tak dobrze zrobione, że człowiek i tak się jarał.

  • Luigi pojawił się po raz pierwszy właśnie tutaj. Tak, kurwa. Ten wiecznie drugi brat urodził się w kanałach jak jakiś zielony Batman.

  • Wersja automatowa miała trochę inne tempo i animacje, ale dopiero wersja NES / Pegasus była tym, co wszyscy pokochali.

  • W Japonii gra nazywała się po prostu マリオブラザーズ (Mario Burazāzu) – brzmi jak jakiś japoński zespół punkowy, i w sumie dobrze, bo to była czysta punkowa energia w pikselach.


Podsumowanie – gówno genialne jak jasna cholera

mario bros 7

Mario Bros z 1983 roku to dowód, że do dobrej zabawy nie trzeba ray tracingu, Unreal Engine i cut-scenek, tylko jaj, refleksu i trochę złości.
To gra, która pokazuje, że prostota potrafi być kurewsko satysfakcjonująca.
To gówno, które odpalisz po 40 latach i dalej wciąga jak odkurzacz na amfetaminie.

I powiem wam szczerze: jakby dzisiaj więcej gier miało tyle serca co Mario Bros, to bym nie musiał grać w indie-pierdoły udające retro. Bo tu jest czysta dusza, czysta rywalizacja, czysty rozpierdol.

Więc jeśli masz jeszcze Pegasusa (albo emulator), odpal tę grę i przypomnij sobie, że kiedyś „zajebista gra” znaczyła po prostu „zajebista gra”, a nie „symulator spacerowania z opcją craftingowania gówna”.

Grę bez problemów uruchomicie na jednym z tych emulatorów konsoli NES/Pegasus, zaś sama grę bez problemów znajdziecie na jednej z tych stron.

Tak jak wciąż wspominam w moich wpisach, granie na emulatorach za pomocą klawiatury mija się z celem. Dlatego też polecam Wam te dwa modele padów:
  • 8Bitdo SN30 w cenie ok. 116 złotych (dostępny na Allegro, X-kom)
  • 8Bitdo Ultimate C w cenie ok. 134 złotych. (dostępny na Allegro, X-kom)
Sam używam 8Bitdo Ultimate C niemal od roku i nie mam z nim żadnych problemów. 

A ty?
Grałeś w to zajebiste gówno na Pegazusie?
Masz wspomnienia z kanapy, joystickiem i wkurwem na brata, który ci zabrał monetę sprzed nosa?
A może znasz jeszcze jakieś mało znane perełki z tamtych czasów, które powinny wrócić z kanałów na salony?
Daj znać w komentarzach, zanim znowu wpadnie krab z rury i cię zajebie!

6.0
Niezła
Mario Bros

Hydraulik kontra żółwie w kanałach chaosu

🕹 Nintendo📅 198320-60 min
Ocena czytelników
Bądź pierwszy!
Mario Bros
Grafika4
Muzyka6
Gameplay8
Plusy
  • Prosta, ale bardzo wciągająca rozgrywka
  • Świetny tryb kooperacji i rywalizacji na jednym ekranie
  • Kultowy początek dla postaci Mario
Minusy
  • Brak różnorodności poziomów
  • Szybko rosnący poziom trudności
  • Powtarzalność rozgrywki
Podsumowanie

Prosty, klasyczny arcade z Mario – wciągający, ale szybko robi się powtarzalny i trudny.

Może cię zainteresować:

Jaki kraj, taki Pegasus – czyli klony NES w Brazyli

Emumaniak

Dlaczego Contra Force spowalniała jak szalona? Sekrety mapperów w erze 8-bitowców

Emumaniak

Czym są ROM-y i dlaczego nie każde pliki gier nimi są ?

Emumaniak

Krótka historia piractwa na konsolach

Emumaniak

Kid Dracula (1990)

Kabson

Power Blade (1991)

Kabson

Zostaw komentarz