Nie wiem, czy ta gra powstała przez przypadek, przegrany zakład, czy może jako część jakiegoś tajnego programu CIA mającego na celu psychiczne złamanie dzieci z bloku wschodniego, które już i tak miały dosyć życia. Ale jedno wiem na pewno: Top Gun na NES-a to absolutny ściek retro gamingu, pikselowy wykwit porażki i cyfrowa sraka w kartridżu. To coś, co nie powinno istnieć. Zamysł był przecież prosty — mamy licencję na jeden z najbardziej kultowych filmów lat osiemdziesiątych, w którym stalowe ptaki tańczą po niebie, Tom Cruise wygląda jak chodzący testosteron, a z głośników leci Danger Zone, która potrafi podniecić nawet parówkę w lodówce. No więc zajebiście, prawda? Nie. Bo ktoś w Konami, jebanym Konami, które w tamtych czasach robiło gry tak dopracowane, że dziś można je wsadzać do kapsuły czasu jako wzór dla przyszłych cywilizacji — ktoś tam uznał, że zrobi to na odpierdol.
I tak oto przefiltrowano wszystko, co dobre, przez sito skrajnej niekompetencji i wypchnięto na rynek coś, co wygląda i gra się gorzej niż symulator kataru w obozie pracy. Jak to możliwe, że ci sami ludzie, którzy dali światu Contrę, Castlevanię i Gradiusa, wypchnęli na rynek ten niedorobiony kawał kodu, który przypomina projekt zaliczeniowy napisany przez pijanego kuzyna, co po godzinach dłubie w Basicu? Serio, to wygląda, jakby ktoś wymieszał lukier z betonem i spróbował z tego ulepić grę o samolotach. Samolot nie lata — on się telepie, wije i pierdoli w każdą stronę, jakby był zrobiony z kartonu i sznurka.
Więc pytam z pełnym wkurwieniem: Konami, co wam odpierdoliło? Kto was skrzywdził? Czemu zabraliście dzieciakom marzenia o byciu Maverickiem i daliście im zamiast tego latającego klocka sraki? Nie da się tego wybaczyć. Nie da się tego zapomnieć. Można tylko jedno: napluć tej grze w okładkę i wyrzucić ją z kolekcji z taką siłą, z jaką F-14 w Top Gun NIE potrafi wylądować.
Wykonanie
W tej grze nie masz absolutnie żadnego, nawet iluzorycznego poczucia kontroli. To nie jest symulator lotu – to symulator nerwicy. Sterujesz jakimś czarnym, bezkształtnym klockiem, który ledwo przypomina samolot. Unosi się po niebie wyglądającym jak rozmazany ekran telewizora po polaniu go wiadrem niebieskiego pigmentu. Jakby ktoś macał monitor ręką umazaną w Nutelli i powiedział: „O, niebo.” A przeciwnicy? To pikselowe gluty – niewyraźne, migające gówno, które czasem latają, czasem stoją w miejscu jakby się zawiesili w czasie, a czasem po prostu wybuchają bez żadnej przyczyny, bo najwyraźniej nawet kod gry nie ogarnia, co się właśnie odjebało. Masz rakiety, masz strzał, ale po co? Celujesz w prawo, leci w lewo. Trafiłeś? Nie wiesz. Zginąłeś? Nie wiadomo. Poziom absurdu przypomina sytuację, w której próbujesz prowadzić wózek inwalidzki z jednym jebanym kołem, używając kierownicy od traktora, pedałów z roweru Wigry 3 i mapy w języku mongolskim. Sterowanie to katastrofa, tragedia, przestępstwo interaktywne. Wszystko jest spóźnione, toporne i losowe. Reakcja na twoje ruchy jest jak odpisywanie przez ex po 5 miesiącach – niby się coś dzieje, ale kompletnie nie tak, jak trzeba. Nie wiesz, czy lecisz dobrze, nie wiesz, czy w ogóle cokolwiek robisz poprawnie. Nie masz wskaźników, nie masz sprzężenia zwrotnego, nie masz nic poza wrażeniem, że gra właśnie pluje ci w twarz i mówi: „GRAJ, TY GNOJU!”, a potem wyjmuje ci baterie z pada i mówi: „A teraz zgaduj, kurwa, co robisz.” I właśnie w tym miejscu dochodzisz do punktu, gdzie nawet najtwardszy gracz – ten, który przeszedł Battletoads na jednym życiu i rozwalił Contry bez kodów – siada, wyłącza konsolę i patrzy w pustkę. Bo Top Gun nie daje ci wyzwania. Top Gun daje ci rozpacz. To nie jest gra, to krwawiąca rana. Przypomina bardziej sesję z egzorcystą niż klasyczny tytuł z NES-a. Tu nie chodzi o frajdę – tu chodzi o przetrwanie.
Lądowanie.
To nie jest etap. To nie jest level. To nie jest nawet fragment gry. To jest jebany test psychiatryczny, wrzucony do kartridża i nazwany „zabawą”. To egzamin z choroby psychicznej, przeprowadzany na żywo przez sadystów, którzy zamienili kokpit myśliwca w padalca z NES-a i uznali, że to wystarczy. Gra każe ci w milisekundy ogarniać szybkostrzelne, migające jak stroboskop na dyskotece polecenia – „ZWIĘKSZ PRĘDKOŚĆ!”, „ZMNIEJSZ PRĘDKOŚĆ!”, „W GÓRĘ, KURWA!”, „W DÓŁ, TY NIEUDACZNIKU!”, „ZA PÓŹNO, WYPIERDALAJ!” – a wszystko to z takim chaosem i tempem, że nawet pilot F-22 po trzech Red Bullach i jednej kresce nie ogarnąłby co się dzieje. Nie masz czasu na reakcję, nie masz miejsca na błąd, nie masz absolutnie żadnego pojęcia, co robisz źle, bo nawet jeśli robisz wszystko dobrze, to gra i tak cię wyjebie w pas startowy z tekstem: „Frajerze, spieprzyłeś. Lądowanie nieudane. Graj od nowa, pajacu.” To nie jest żadna mechanika, to nie jest projektowanie rozgrywki – to jest mentalny gwałt. Top Gun nie uczy, nie tłumaczy, nie daje feedbacku. On ci tylko rozpierdala psychikę młotkiem i mówi, że jesteś idiotą, który nie potrafi nacisnąć dwóch przycisków w odpowiednim momencie. I co najgorsze – ma rację. Bo Top Gun cię łamie, zgniata jak puszkę po harnasiu, aż zostajesz z pytaniem: „Czemu ja w ogóle w to gram?” I teraz najlepsze: jest jeden pojebany typ, który to przeżył. Który przeszedł to jebane lądowanie i nie umarł z frustracji. Wiecie kto? Angry Video Game Nerd. Ten zjebany relikt YouTube’a, który od dekady tapla się w retro-szambie, dzień w dzień, aż mu się piksele w siatkówce wypalają, a joystick śni po nocach. I nie tylko, że ten jebany czarodziej to zrobił – on to zrobił na NES POWER GLOVE. Na tej plastikowej klątwie z lat 80, którą Nintendo promowało jako „rewolucję”, a która była w praktyce kajdanem wstydu i symbolem porażki. Gość założył to gówno, podłączył się jak cyberpsychol z ery 8-bitowej i jako jedyny człowiek w historii ludzkości udowodnił, że da się zaliczyć to popierdolone lądowanie. Dlaczego? Bo ma WYĆWICZONĄ DŁOŃ. Zgadnijcie dlaczego. Bo całe życie drze mordę na takie tytuły jak ten, tłucze kartridże o ścianę, wypluwa jad i wyciera pot joystickiem. A pewnie i robił z tą dłonią inne rzeczy, ale to nie recenzja Pornhuba tylko jebany Top Gun, więc wróćmy do meritum: ten człowiek przeszedł piekło i wrócił. A my, normalni gracze? My się rozjebaliśmy o lotniskowiec już w pierwszej misji, padliśmy na kolana przed własnym Pegasusem i zamieniliśmy konsolę w kwietnik. Bo ta gra nie daje ci opcji. Ta gra nie daje ci nadziei. Ta gra bierze twoje dzieciństwo, spuszcza je z klifu i wrzuca do silnika odrzutowca.
Podsumowanie
Top Gun na NES to nie gra.
To szczelina w czasoprzestrzeni, w której nadzieja umarła.
To cyfrowy rak, który żeruje na twoim dzieciństwie.
To podróbka emocji z filmu, zrobiona przez ludzi, którzy nigdy nie widzieli samolotu, ale za to często rozjebują kalkulator.
Nie ma tu zabawy.
Nie ma tu stylu.
Jest tylko latający klocek, sterowanie jak po udarze i lądowanie, które powinno być karalne międzynarodowo.
Grę bez problemów uruchomicie na jednym z tych emulatorów konsoli NES/Pegasus, zaś sama grę znajdziecie na jednej z tych stron.
- 8Bitdo SN30 w cenie ok. 116 złotych (dostępny na Allegro, X-kom)
- 8Bitdo Ultimate C w cenie ok. 134 złotych. (dostępny na Allegro, X-kom)
Lądowanie trudniejsze niż misje bojowe

- Klimat filmu i lotnicze pojedynki
- Prosta, przystępna rozgrywka
- Różnorodne fazy misji (lot, walka, tankowanie)
- Legendarne, frustrujące lądowanie na lotniskowcu
- Powtarzalność misji
- Prosta oprawa graficzna
Kultowa, ale frustrująca gra lotnicza – świetny klimat, lecz słynne lądowanie potrafi doprowadzić do szału.

