Dziś za oknem w Lublinie pojawił się pierwszy śnieg – takie małe, zdradzieckie płatki, które lądują na kapturze i topią się szybciej niż moje ambitne plany na „aktywny weekend”. Człowiek patrzy na to białe nic i myśli: „Ooo, snowboard, jedziemy!”. A potem zdrowy rozsądek odpowiada: „Spokojnie, ty nawet na sankach się wywrócisz”.
I prawidłowo, bo śniegu jest tyle co nic, lubelskie to nie Zakopane, a jedyna poważna górka to pagórek pod Zamkiem, na którym dzieciaki w sankach testują przyspieszenie do prędkości światła. Gdybym ja tam zjechał, to albo skończył bym na drzewie, albo w kronice „Lubllin112”.
Więc, jak na człowieka z klasą przystało, zamiast ryzykować gips i utratę godności, włączyłem zimowy tryb nostalgii i przekopałem swoje dyski w poszukiwaniu czegoś ciekawego.
Zanim przejdziemy dalej – trochę historii
W czasach PS1 i PS2 większość gier zimowych skręciła mocno w stronę technicznych trików, combosów i freestyle’u, jak SSX ,Cool Boarders czy też naprawdę świetny Sled Storm. Ja to szanuję, ale trochę tęskniłem za tym pierwotnym, prostym „leć w dół i nie myśl”.
I wtedy pojawił się Alpine Racer. Pierwszy raz w 1994, na automatach. I to nie byle jakich — Namco wrzuciło Ridge Racera na stok, bo oba działały na tym samym Systemie 22.
Wyobraź to sobie: klimat Ridge Racera, tylko zamiast samochodu masz narty, a zamiast kierownicy… plastikowe ruchome narty, na których stoisz. Tak, sterowałeś całym ciałem. Automat wyglądał jak połączenie siłowni z symulatorem katapulty. Ale my dzisiaj nie o tym…
Są gry, które starzeją się jak wino, i są takie, które starzeją się jak kefir pozostawiony w upale. Alpine Racer 3 na szczęście należy do tej pierwszej grupy — choć to wino raczej z dyskontu, ale takie, które zaskakująco dobrze wchodzi. W odróżnieniu od wielu zapomnianych tytułów z początku ery PS2, ta jazda na jednym lub dwóch deskach nadal potrafi dać taką dawkę arcade’owej frajdy, że człowiekowi robi się zimno w dłonie, mimo że gra siedzi w konsoli już ponad dwie dekady.
Pierwsze wejście na stok w Alpine Racer 3 to jak wejście na lodowisko po latach: niby pamiętasz, jak to działa, ale ciało mówi „nie, kolego, dziś będzie widowisko”. Gra nie udaje symulacji. Tu nie chodzi o realizm czy smarowanie nart po każdej rundzie — to jest czysty arcade, czyli zakręty wycinane jak brzytwą, turbo jak z anime i prędkości, przy których pingwiny zamieniają się w pikselowe smugi.
Sterowanie? Proste jak budowa bałwana. Jedziesz, skręcasz, robisz efektowny myk w powietrzu i modlisz się, żeby nie wylądować twarzą w bandzie. Każdy zjazd to mieszanka „wow, ale to płynne” i „o matko, dlaczego ta skała tak nagle?” — czyli dokładnie ten rodzaj chaosu, który arcade kocha najbardziej.
Świat jak z folderu biura podróży
Trasy to klasyczna szkoła Namco: kolorowe, szybkie, przegięte i z taką ilością efektów, że chipset PS2 prawdopodobnie pocił się jak narciarz w kurtce z lat 90. Mamy wieczorne zjazdy z pełnym neonowym klimatem, mamy ośnieżone grzbiety wyglądające jak intro do anime o sportach zimowych i mamy też takie fragmenty, przy których zastanawiasz się, czy projektanci przypadkiem nie przesadzili z kofeiną, albo innymi snusami…
Ale właśnie w tym tkwi urok. Alpine Racer 3 nie próbuje być grą o prawdziwym narciarstwie — to jest gra o fantazji narciarskiej, tej z gatunku „co by było, gdyby stok miał zakręt pod kątem 90° i jeszcze rampę wielkości domu”.
Tryby, postacie i cała ta otoczka
Postacie są jak z katalogu stereotypów: mamy szybką postać, mamy techniczną zawodniczkę, mamy gościa, który wygląda jakby pracował dorywczo w klubie techno — pełen przekrój. Każda z nich ma dopakowane statystyki, ale nie oszukujmy się: i tak wybierasz tego, który wygląda najfajniej.
Pograć możemy również bohaterem z innej gry Namco…
Tryby? Standard: wyścigi, time attack, odblokowywanie nowych ciuchów. Nie ma tu wielkiej głębi — ale nie musi jej być. Ta gra jest jak zimowy fast food: szybka, prosta, daje frajdę i nie zadaje zbędnych pytań.
Podsumowując
Alpine Racer 3 nie próbuje rywalizować z dzisiejszymi symulatorami pokroju Steepa czy Riders Republic. I bardzo dobrze, bo wygrałby tylko w jednej kategorii: czysta, bezstresowa, oldschoolowa zabawa. Nie jest to gra techniczna, nie ma milionów parametrów, nie musisz zastanawiać się nad balansem ciężaru czy kątem wychylenia biodra. Po prostu jedziesz, robisz show i dobrze się bawisz.
A w czasach, kiedy gry śnieżne próbują być tak realistyczne, że potrzebujesz prawie licencji FIS, PS2-owy arcade od Namco wchodzi jak ciepła herbata po długim zjeździe — prosty, przyjemny i absolutnie wystarczający.
Jeśli masz PS2 pod ręką albo lubisz odkurzać klasyki, Alpine Racer 3 to świetny sposób, żeby wrócić na stok… bez ryzyka skręcenia kostki.
Tak jak wciąż wspominam w moich wpisach, granie na emulatorach za pomocą klawiatury mija się z celem. Dlatego też polecam Wam te dwa modele padów:- 8Bitdo SN30 w cenie ok. 116 złotych (dostępny na Allegro, X-kom)
- 8Bitdo Ultimate C w cenie ok. 134 złotych. (dostępny na Allegro, X-kom)
Gra działa bez większych problemów na emulatorze PCSX2.
Narty, które jadą szybciej niż zdrowy rozsądek

- Szybka, arcade’owa rozgrywka na nartach
- Intuicyjne sterowanie i łatwy start
- Dobra zabawa w krótkich sesjach
- Mała różnorodność tras
- Szybko staje się powtarzalna
- Niewielka głębia rozgrywki
Prosta i szybka gra narciarska arcade, dobra na chwilę, ale szybko traci świeżość.




