Varia

Czyli uważasz, że gry na Playstation są teraz za drogie ? Potrzymaj mi piwo…

Wy, dzisiejsi gracze, nie wiecie jak macie dobrze. Mówię to bez złośliwości i bez tej protekcjonalnej miny, którą robią boomerzy, kiedy zaczynają zdanie od „za moich czasów”. Mówię to z pełną powagą kogoś, kto w połowie lat dziewięćdziesiątych stał przed witryną sklepową i patrzył na pudło z logiem PlayStation z taką samą miną, z jaką patrzy się na wystawę jubilera, wiedząc, że ma się w kieszeni drobne na autobus.

Żeby to zrozumieć, musimy się cofnąć. Nie do jakiejś mitycznej krainy, gdzie wszystko było lepsze i piękniejsze, ale do konkretnego, dość surowego ekonomicznie miejsca, jakim była Polska roku 1995–1997. PlayStation 1 wjechało do Europy we wrześniu 1995 roku, a do polskich sklepów trafiło mniej więcej w tym samym czasie, choć słowo „sklep” należy tu rozumieć bardzo szeroko — często była to lada w centrum handlowym, budka na bazarze albo facet, który „miał kontakty”. Oficjalna cena konsoli wynosiła w Polsce okolice 1200–1500 złotych, zależnie od zestawu i sklepu. Gry kosztowały od 150 do nawet 249 złotych za tytuł premierowy. Kontroler zapasowy? Jakieś 80–120 złotych. Memory card, bez której twój postęp znikał jak sen o wygranej w totka? Kolejne 60–80 złotych.

Słyszycie te liczby i myślicie: „No dobra, dużo, ale to nie są jakieś kosmiczne kwoty.” I tu właśnie zaczyna się prawdziwa historia.

Średnie wynagrodzenie brutto w Polsce w roku 1996 wynosiło według GUS jakieś 900–950 złotych miesięcznie. Brutto. Na rękę dostawało się mniej więcej 650–700 złotych. Proszę sobie teraz zrobić prosty rachunek: konsola za 1300 zł, kiedy zarabiasz 700 zł „na rękę”. To oznaczało prawie dwie wypłaty. Cała konsola — bez żadnej gry, bez drugiego pada, bez memory card — kosztowała niemal dwa miesiące pracy przeciętnego Polaka. Gdybyś chciał kupić konsolę z jedną grą i kartą pamięci, wychodziło jakieś 1600–1700 złotych, czyli ponad dwa i pół miesiąca pensji. Dwa i pół miesiąca. Przez ten czas trzeba przecież było też jeść, płacić czynsz i jakoś funkcjonować w rzeczywistości, którą Sony miało szczerze mówiąc głęboko gdzieś.

gambler cena
Aby kupić Playstation w 1996 roku, przez dwa miesiące musiałeś ciężko harować i jeść tylko kluski z makaronem. Serio 😉

Mój ojciec, zapytany o zakup PlayStation, spojrzał na mnie wzrokiem człowieka, któremu właśnie zaproponowano wspólny lot na Księżyc. „Może na urodziny” — powiedział. Urodziny miałem w marcu. Była jesień. Przeżyłem. Oczywiście oglądając każdą posiadaną złotówkę dwukrotnie zanim ją wydałem. Trudno, gumy Turbo mogły poczekać. Najgorzej było z zaprzestaniem uczęszczania do ZNCH, czyli Zapyziałej Nory Chwały jak dzisiaj nazywam „Salony Gier” z lat dziewięćdziesiątych.

Dla porównania: PlayStation 4 w Polsce kosztowało przy premierze w 2013 roku około 1699–1999 złotych. PlayStation 5 w 2020 roku — 2299 złotych w wersji z napędem. Dużo? Tak. Ale średnie wynagrodzenie brutto w Polsce w 2020 roku wynosiło już ponad 5200 złotych brutto, a netto jakieś 3700–3800 złotych. PS5 kosztowało więc niecałe dwie trzecie jednej wypłaty. Jedna wypłata, zostaje ci jeszcze półtora tysiąca złotych na życie. Porównajcie to z sytuacją, gdy konsola to dwie pełne pensje i zacznijcie rozumieć, o czym mówię.

Ale to nie wszystko. Gry. Och, gry.

Premierowy tytuł na PS4 czy PS5 kosztuje dziś 249–299 złotych. Nie jest to mało, jednak przy zarobkach rzędu 3800 złotych netto oznacza to wydatek na poziomie około 7–8% miesięcznego wynagrodzenia. W połowie lat dziewięćdziesiątych gra za 200 złotych, przy 700 złotych na rękę, pochłaniała prawie 30% miesięcznej pensji. Trzydzieści procent. Za jedną grę. To jak dziś wydać na jedną grę ponad tysiąc złotych. Może i Cyberpunk był niedokończony, ale na pewno nie kosztował tysiaka.

Właśnie dlatego Polska lat dziewięćdziesiątych wytworzyła zjawisko, o którym dziś mówi się półgłosem lub z rozbawieniem — masową piracką kulturę gamingową. Nie dlatego, że Polacy byli jakoś szczególnie nieuczciwi. Po prostu ktoś, kto zarabia 700 złotych, chce grać tak samo jak ktoś, kto zarabia 7000. Szary rynek działał sprawnie: kopie gier na płytach CD-R kosztowały 10–20 złotych za sztukę, a jeśli miałeś szczęście i znajomego z nagrywarką (bo nie każdy ją miał, to też był luksus), mogłeś grać za bezcen. Chip  w konsoli — nielegalny, montowany przez różnej maści elektroników w garażach i piwnicach — kosztował kilkadziesiąt złotych i otwierał przed tobą całe morze pirackich kopii. Moralnie wątpliwe? Pewnie tak. Ekonomicznie zrozumiałe? Absolutnie.

Szczęśliwcy, posiadający starsze egzemplarze konsol korzystali z tzw. SWAP Tricka – czyli podmiany płyt w locie. Podobno działało, ale narażało to sprzęt na dosłownie wyrwanie kółka napędu. Czym był SWAP Trick i dlaczego działał – już o tym pisałem.

Oczywiście był też aspekt fizyczny samej konsoli, który dziś wydaje się niemal poetycki. PlayStation 1 nie był urządzeniem zaprojektowanym na polskie realia. Napęd CD, pracujący w tamtych egzemplarzach, bywał kapryśny jak operowa prima donna. Z czasem pojawiały się problemy z czytaniem płyt — i tutaj Polska wykazała się prawdziwą pomysłowością inżynierską. Zamiast do serwisu, szło się do szafy po gruby słownik, który podkładało się pod konsolę pod odpowiednim kątem. Albo stawiało się konsolę pionowo. Albo na boku. Każdy miał swój patent, przekazywany z ust do ust przy trzepakach jak receptura na bigos. Ale o tym już tutaj wspominaliśmy.

Teraz spójrzcie na siebie. Kupujecie PS5, podłączacie do telewizora 4K — który swoją drogą też kiedyś był dobrem luksusowym, ale to historia na inny artykuł — i zaczynacie grać w ciągu pięciu minut. Aktualizacje ściągają się w tle, zapisy lądują w chmurze, a jeśli konsola się zepsuje, macie gwarancję i serwis. My mieliśmy tylko faceta z bazaru, który mówił, że „na pewno naprawi, tylko nie wiadomo kiedy”.

Wróćmy jednak do meritum, bo lubię konkrety. Czy granie jest dziś statystycznie tańsze? Tak — i to znacząco. Jeśli policzyć stosunek ceny sprzętu i gier do przeciętnego wynagrodzenia, to dzisiejszy gracz jest w zdecydowanie komfortowej sytuacji względem swojego odpowiednika z lat dziewięćdziesiątych. Subskrypcje w stylu PS Plus czy Game Pass to już w ogóle kategoria, której wtedy nie było — za kilkadziesiąt złotych miesięcznie masz dostęp do setek gier, podczas gdy my za jedną grę oddawaliśmy prawie miesiąc odłożonych kieszonkowych. I to piracką kopię, a nie świeżą, pachnącą wprost ze sklepu.

Dorzućcie do tego cyfrowe wyprzedaże, gdzie gry z poprzednich lat kosztują grosze. Humble Bundle, promocje na Steam, darmowe tytuły w PS Plus co miesiąc. Dla mojego pokolenia taka sytuacja byłaby jak wiadomość z innego wymiaru. „Mówisz, że dostajesz co miesiąc kilka gier za darmo? I możesz je kupić za kilka procent ceny rok po premierze?” Tak. Dokładnie tak to dziś wygląda.

A jednak — i tu zaczyna się ta część, której nie spodziewaliście się po tekście o ekonomii gamingu — nie jestem pewien, czy wasze pokolenie bawi się lepiej. Nie mówię o jakości gier, bo te są dziś oczywiście lepsze technicznie. Mówię o czymś innym. O tej specyficznej intensywności przeżycia, które pojawia się, kiedy coś jest rzadkie i trudno dostępne. Kiedy dostawałem grę na urodziny, grałem w nią przez tygodnie, przez miesiące. Znałem każdy poziom, każdy skrót, każdy sekret. Dziś mam znajomych, którzy mają na koncie Steam ponad 500 gier i nie skończyli nawet połowy z nich. Obfitość ma swój koszt — bywa nim utrata skupienia i tej dziecięcej intensywności, z jaką pochłanialiśmy każdy piksel ówczesnych produkcji.

Ale to filozofia, nie ekonomia. Wróćmy więc do ostatecznej odpowiedzi na pytanie: kto miał trudniej?

Gracze tamtych czasów — bez dwóch zdań. Twarde liczby nie kłamią: konsola to były dwie wypłaty, gra to w najlepszym przypadku trzy miesiące kieszonkowego, a do tego piracki rynek, zawodny sprzęt i podwórkowa pomysłowość jako podstawowe narzędzie serwisowe. Dzisiejszy gracz, nawet przy cenach PS5 i premierowych tytułach za 299 złotych, jest w obiektywnie lepszej sytuacji ekonomicznej — zarówno w relacji kosztów do zarobków, jak i dostępności sprzętu, napraw, wypożyczalni i cyfrowych platform.

My mieliśmy trudniej. Ale właśnie dlatego każda gra, każda godzina przed telewizorem z szarym padem w ręku, była czymś naprawdę wyjątkowym. Każdy zapis na memory card to był mały cud. Każdy ukończony tytuł — powód do dumy porównywalnej z obroną doktoratu.

Wy macie łatwiej. I bardzo dobrze. Korzystajcie z tego. Tylko może — raz na jakiś czas — skończcie jakąś grę do końca, zamiast dokupować następną. Na litość boską, nie marnujcie tego luksusu.

Ten tekst powstał przez przypadek — a przynajmniej przez przypadek tak bardzo rozrósł się ponad pierwotny zamysł. Gdzieś w czeluściach internetu wyczytałem o pewnym Niemcu, który przez 42 dni zbierał plastikowe butelki, oddając je w butelkomatach po 25 centów za sztukę, żeby uzbierać na… no, na coś. Szczegóły są już nieistotne. Ważne, że miałem napisać o tym krótki news — takie dwa akapity, clickbaitowy nagłówek z pytajnikiem i gotowe.

Ale kiedy już siadłem do pisania, coś mnie tknęło. Bo ta historia o człowieku skrupulatnie zbierającym grosze na wymarzony cel przypomniała mi coś bardzo konkretnego — własne dzieciństwo i własne rachunki skrobane na kartce, kiedy próbowałem ustalić, ile lat musiałbym oszczędzać kieszonkowe, żeby kupić PlayStation. I wtedy news o Niemcu poszedł w kąt, a w jego miejsce wyszło to, co właśnie czytacie. Przepraszam go za to. Ale nie za bardzo — bo stwierdziłem po prostu, że wy, dzisiejsi gracze, i tak macie dobrze. Bo kiedyś było znacznie gorzej.

A wy jak wspominacie początki swojego hobby ? Dajcie znać w komentarzach !

Może cię zainteresować:

Trofea i osiągnięcia: Hades

Kabson

T’ai Fu: Wrath of the Tiger (1999)

Kabson

God of War

Kabson

Krótka historia piractwa na konsolach

Emumaniak

King Kong, Peter Jackson’s

Kabson

Trofea i osiągnięcia: Submerged: Hidden Depths

Kabson

Zostaw komentarz