Są gry, które owijają cię nostalgią jak stary koc z dzieciństwa – niby zapomniany, ale pachnie domem. T’ai Fu: Wrath of the Tiger to właśnie taki przypadek. Gra, o której kiedyś słyszałem, kiedyś nawet odpaliłem demo z płyty OPSM, ale jakoś przepadła w zalewie większych, bardziej błyszczących tytułów. Aż w końcu, przy okazji odkurzania kolekcji i zabawy z emulatorem DuckStation, dałem jej szansę – i wiecie co? Miłe zaskoczenie!
Gra powstała w 1999 roku pod skrzydłami Activision, a za deweloperkę odpowiadało nie byle co, bo DreamWorks Interactive. Wcielamy się w T’ai Fu – antropomorficznego tygrysa, ostatniego przedstawiciela swojego gatunku, wychowanego w Świątyni Pandy. Brzmi jak bajka z Jetiksa? No może, ale jest tu więcej kung-fu niż w całej filmografii Jackie Chana.
Kiedy Świątynia zostaje zaatakowana przez tajemniczych łotrów, T’ai rusza w podróż po świecie zamieszkanym przez gadające zwierzaki. Jego celem jest odnalezienie mistrzów różnych szkół sztuk walki, opanowanie ich stylów i odkrycie własnej przeszłości. Brzmi schematycznie? Trochę tak. Ale sposób, w jaki gra to podaje – animacje, atmosfera, klimat – nadrabia z nawiązką.
Mechanicznie to klasyczny beat ’em up z domieszką platformówki – czyli coś w stylu 3D wersji Double Dragon albo Streets of Rage, tylko że w świecie fikuśnych, walczących zwierzaków. Biegamy od punktu A do punktu B, tłuczemy kolejnych przeciwników na kwaśne jabłko i od czasu do czasu skaczemy po platformach, zbieramy jadeitowe żetony czy rozwiązujemy proste zagadki środowiskowe.
Gra nie stara się być trudna – wręcz przeciwnie. Jest prosta jak budowa cepa i raczej celuje w młodszą publikę. Ale hej, czy każda gra musi być od razu Soulslike’iem z poziomem trudności wpisanym w DNA? Ja się świetnie bawiłem – bo dzięki prostocie mogłem bardziej kombinować z tym, jak rozwalić przeciwników w stylowy sposób, zamiast biegać po klucz czy błąkać się po labiryncie.
To, co najbardziej mnie kupiło, to rozwój postaci. T’ai zaczyna od podstawowych ciosów – prostych combo łapą, kopniaków i rzutów. Ale z czasem, odwiedzając kolejnych mistrzów (Mistrz Modliszka, Lampart, Małpa i reszta ferajny), uczy się nowych stylów, jak magiczne ataki Chi czy zamaszyste sekwencje z unikami i dashami.
Problem w tym, że większość przeciwników pada po spamowaniu kwadratu – co niestety demotywuje do eksperymentowania. Ale jeśli się postarać, to satysfakcja jest znacznie większa – jak wtedy, gdy łapiesz kobrę, podnosisz ją nad głowę i z impetem rzucasz w przepaść. Jej pisk podczas lotu? Bezcenny.
Jak na późne lata PSX, gra wygląda bardzo dobrze. Postać T’ai jest płynnie animowana, przeciwnicy różnorodni, a lokacje mają swój urok. Od zarośniętych dżungli i jaskiń z rwącą wodą, po stare świątynie oświetlane pochodniami – czuć rękę artysty. Jasne, miejscami pojawia się klasyczny dla PSX fogging, ale to urok epoki.
Sztuczna inteligencja nie zachwyca, ale też nie jest zupełnie drewniana. Niektórzy wrogowie tylko biegną na ślepo (węże), inni potrafią blokować i kontratakować (lamparty), a elektryczne jaszczurki próbują zwabić cię do wody. Bossowie to typowe „czekaj aż się odsłoni słaby punkt i wtedy bij” – nic odkrywczego, ale działa. Pierwszy boss – gigantyczny, kamienny wąż – jest zaskakująco trudny, bo mamy wtedy jeszcze mało umiejętności. Później już z górki.
Muzyki praktycznie brak – jedynie ambienty i efekty. Na szczęście odgłosy walki są konkretne, a dźwięki przeciwników pozwalają rozpoznać, kto się zbliża. Fabuła rozwijana jest przez przerywniki na silniku gry – niestety bez lip-syncu i z mocno przeciętną jakością. Ale głos T’ai jest całkiem sympatyczny – trochę luzaka, trochę wojownika szukającego tożsamości.
Po każdym poziomie widzimy statystyki – liczba pokonanych wrogów, zebrany jadeit, najdłuższe combo, zdobyte style walki – i możemy zapisać grę.
Są też minusy. Kamera potrafi wkurzyć, bo nie mamy nad nią kontroli – czasem zasłania to, co najważniejsze, szczególnie przy skokach. T’ai potrafi też „zaczepić się” o elementy otoczenia. Drobnostki, ale psują frajdę.
Podsumowując – zapomniana perełka z pazurem
T’ai Fu: Wrath of the Tiger to gra, którą przeszedłem w dwa wieczory. I choć nie wywróciła mojego świata do góry nogami, bawiłem się naprawdę dobrze. To idealny tytuł na luźny powrót do czasów szaraka. Nie jest trudna, nie jest też przesadnie skomplikowana – ale nadrabia klimatem, stylem i satysfakcją z walki.
Nie kupuj za pełną cenę (o ile w ogóle ją jeszcze znajdziesz), ale jeśli wpadnie ci w ręce za grosze albo dorwiesz ją na retro giełdzie – warto. Szczególnie jeśli, jak ja, masz słabość do zapomnianych tytułów z końcówki życia PSX-a.
Grę polecam uruchomić na emulatorze DuckStation.
Tak jak wciąż wspominam w moich wpisach, granie na emulatorach za pomocą klawiatury mija się z celem. Dlatego też polecam Wam te dwa modele padów:- 8Bitdo SN30 w cenie ok. 116 złotych (dostępny na Allegro, X-kom)
- 8Bitdo Ultimate C w cenie ok. 134 złotych. (dostępny na Allegro, X-kom)
Dziękuję za uwagę i życzę miłego grania !
Tygrys, który kopie szybciej niż myślisz

- Rozbudowany system walki i kombosów
- Klimat inspirowany sztukami walki i zwierzęcymi stylami
- Różnorodni przeciwnicy i bossowie
- Kamera potrafi przeszkadzać
- Sterowanie bywa sztywne
- Powtarzalność niektórych walk
Ciekawa bijatyka z tygrysem i kombosami, ale technicznie nierówna i momentami frustrująca.





