Ach, były to czasy, gdy erotyka kojarzyła się raczej z przypadkowym spojrzeniem na rozkładówkę w „Twój Weekend”, która przez pomyłkę trafiła do kiosku „Ruchu”, niż z czymkolwiek, co dzisiaj nazywamy „treścią 18+”. Internet? Nie było. Smartfony? A co to, jakiś pokémon? Naszą największą ekscytacją były reklamy dezodorantów z kobietą w czerwonej sukni i… on.
Spis treści
Pegasus.
Nie żaden tam Nintendo, tylko Pegasus — plastikowy twór z bazaru, który wyglądał, jakby przeszedł przez trzy recyklingi i dwa korytarze celne, zanim trafił do naszych rąk. Klon Famicoma, który nie miał prawa działać, ale działał. Jak nie działał, to się go naprawiało metodą znaną każdemu dziecku z lat 90. — świętym dmuchnięciem.
Dmuchanie w kartridż — pocałunek przez styki
Nie było w tym nic dziwnego. To był rytuał. Jak modlitwa przed klasówką albo zmyślanie usprawiedliwienia na W-F. Przycisk „Power” nie wystarczał — trzeba było zadąć. Wdech… wydech… i delikatny szept powietrza na złote styki kartridża, które wyglądały jak ukryty kod do cyfrowego nieba.
To nie było zwykłe dmuchanie. To był taniec z elektroniką. Foreplay z chipem.
Dmuchnąć za mocno — konsola się obrażała. Migające paski, piski, ekran jak po egzorcyzmach. Za słabo — nie działo się nic. Zero. Jak pierwsze wyznanie miłości w podstawówce: „Lubisz mnie?” — „Nie”.
Niektórzy dodawali do tego sensualnego rytuału elementy alchemii: dotknięcie językiem (bo „ślina przewodzi, serio!”), przetarcie o rękaw bluzki (najlepiej mamy, wtedy działało lepiej) albo rytualne stuknięcie w obudowę konsoli, jakby to była stara maszyna do pisania z lat 30.
Styl dmuchania mówił wszystko
Każdy miał swój styl.
Romantyk: Długi, delikatny podmuch, z czułością godną pocałunku w szyję. Najczęściej poprzedzony westchnieniem i spojrzeniem w okno, jakby gra miała wyczuć emocje.
Praktyk: Dwa krótkie, intensywne dmuchnięcia i bez zbędnych ceregieli — „albo działa, albo leci do śmieci”.
Mistyk: Przed dmuchnięciem szeptał zaklęcia, odprawiał rytuały, czasem nawet palił świeczki. Twierdził, że wie, co robi. Nikt nie wiedział.
Ryzykant: Lizał. Tak, LIZAŁ styki. Bo „elektrochemia, stary, to działa jak WD-40”.
Pachniał jak sen o miłości
Pegasus miał ten specyficzny aromat: mieszanka przypalonego plastiku, bazarowej gumy do żucia i czegoś, co w retrospekcji przypominało tanie perfumy z „Baltony”. Był jak romans z przygodą — tanio, krótko, ale emocjonalnie.
Był też wymagający. Nie wystarczyło mieć grę. Trzeba było zdobyć jej serce. Czasem gry uruchamiały się dopiero po trzecim razie, czasem po dziesiątym. A bywało, że nie odpalały wcale, mimo prób, modlitw i obietnic poprawy.
Ale kiedy już się udało…
Kiedy po długim, intensywnym akcie rytualnego dmuchania i wsuwania kartridża do szczeliny (zawsze z lekkim oporem, zawsze pod kątem!), na ekranie pojawiał się Mario, Link, Bill Rizer z Contry — wtedy czuliśmy, że warto było kochać.
Związek na kablu AV
Pegasus nauczył nas cierpliwości. Pokory. Eksperymentów. I tego, że miłość nie zawsze jest idealna — czasem miga, czasem piszczy, a czasem nie działa, dopóki jej porządnie nie przedmuchasz.
To była nasza pierwsza intymność. Bez internetu, bez aplikacji, bez swipe’ów. Tylko my, styk i oddech. I ten moment, gdy gra zaskakiwała, a na ekranie pojawiały się piksele jak pocałunki w mroku.
I choć dziś mamy konsole, które same się aktualizują i gry na SSD, nie ma już tego uczucia, gdy po raz setny dmuchasz w kartridż i wierzysz, że tym razem zadziała. Bo czasem magia tkwiła nie w grze, ale w tym, jak bardzo chcieliśmy ją włączyć.
Tekst napisany humorystycznie, taki miałem pomysł 🙂
A wy jak ? Dmuchaliście za małolata ?
Dajcie znać w komentarzach.
