Koniec lat 80. i początek 90. to dla Nintendo Entertainment System okres prawdziwego rozkwitu. Konsola japońskiego giganta zdominowała rynek, a do sklepów trafiały dziesiątki tytułów każdego miesiąca – od wielkich hitów po nieznane perełki, które czekały na odkrycie przez cierpliwych graczy. W tym gąszczu propozycji łatwo było przeoczyć mniejsze produkcje, szczególnie te, które nie dostały masowej promocji. Jedną z takich gier, która zasługuje na więcej uwagi niż faktycznie otrzymała, jest „Cowboy Kid” – tytuł wydany w 1991 roku, który zabrał graczy w podróż po Dzikim Zachodzie, oferując mieszankę akcji i elementów RPG w klimacie westernowym.
Rok 1991 to dla NES-a czas swoistej dojrzałości. Konsola miała już za sobą swoje najlepsze lata, a na horyzoncie pojawiały się konkurenci w postaci Sega Genesis i nadchodzącej generacji 16-bitowej. Mimo to deweloperzy wciąż eksplorowali możliwości ośmiobitowej maszyny Nintenda, próbując wycisnąć z niej ostatnie soki i stworzyć coś oryginalnego. W Japonii gra ukazała się pod tytułem „Western Kids”, jednak na rynek zachodni trafiła jako „Cowboy Kid„, dystrybuowana przez Romstar – firmę znaną z lokalizacji japońskich produkcji. To był okres, gdy westernowa tematyka w grach wideo nie była szczególnie popularna, co czyniło „Cowboy Kid” pozycją wyróżniającą się już samym klimatem.
Za stworzenie „Cowboy Kid” odpowiadało japońskie studio Pixel, które nie może pochwalić się szczególnie długą czy imponującą listą produkcji. Nie była to ekipa pokroju Capcomu, Konami czy nawet Taito – mówimy tutaj o znacznie skromniejszym zespole, który próbował zaistnieć na nasyconym rynku NES-owych produkcji. Pixel współpracowało z wydawcą Vision, znanym głównie z rynku japońskiego, natomiast na Zachodzie grę wydał wspomniany Romstar.
Warto zaznaczyć, że Pixel nie było studiem pierwszej ligi, ale właśnie w tym tkwi pewien urok „Cowboy Kid„. To nie jest gra tworzona przez renomowanych deweloperów z nieograniczonym budżetem, lecz produkt mniejszego zespołu, który miał ambitny pomysł i starał się go zrealizować przy ograniczonych środkach. Widać to w pewnych aspektach wykonania – gra ma swoje niedociągnięcia techniczne i momentami czuć brak dopracowania, ale równocześnie emanuje szczerością twórczego zamysłu. To produkcja, która nie boi się być sobą, nawet jeśli oznacza to pewną chropowatość.
Ciekawostką jest fakt, że „Cowboy Kid” nigdy nie stał się wielkim hitem – ani w Japonii, ani na Zachodzie. Dziś jest jedną z tych ukrytych perełek, o których mówi się w kręgach kolekcjonerów retro gier, a fizyczne kopie potrafią osiągać całkiem przyzwoite ceny na aukcjach. To gra dla entuzjastów, która nie zdobyła statusu kultowej w masowej świadomości, ale ma swoich wiernych fanów ceniących jej unikalny charakter.
Historia przedstawiona w „Cowboy Kid” jest dość klasyczna dla gatunku westernu, ale właśnie w tej prostocie tkwi jej urok. Wcielamy się w rolę młodego rewolwerowca o imieniu Sam, który wraz ze swoim przyjacielem – indiańskim wojownikiem imieniem Little Chief – wyrusza na misję oczyszczenia Dzikiego Zachodu z bandytów i przywrócenia porządku w lokalnych miasteczkach.
Głównym antagonistą jest niejaki Mad Mole, bandyta, który terroryzuje okoliczne osady wraz ze swoją zgrają opryszków. Nasza misja prowadzi nas przez różne lokacje – od małych miasteczek, przez pustynne prerie, aż po podziemne kopalnie i forty. Po drodze spotykamy różne postacie, przyjmujemy zlecenia od lokalnych szeryfów, ratujemy porwanych mieszkańców i stopniowo docieramy coraz bliżej głównego złoczyńcy. Fabuła jest podawana w formie prostych dialogów, które pojawiają się podczas rozmów z NPC-ami, i choć nie porwie ona nikogo literackimi walorami, to starcza, by nadać przygodzie kontekst i motywację do działania.
Co ciekawe, gra pozwala na współpracę dwóch graczy – jeden kontroluje Sama, drugi Little Chiefa. To rozwiązanie, które było w tamtych czasach sporą rzadkością w grach z elementami RPG, dodaje rozgrywce dodatkowego wymiaru. Możliwość wspólnego przemierzania Dzikiego Zachodu z przyjacielem siedzącym obok na kanapie to coś, co w erze NES-a miało szczególną wartość i tworzyło niezapomniane wspomnienia.
Graficznie „Cowboy Kid” prezentuje się… no cóż, przyzwoicie jak na standardy późnego okresu NES-a, choć nie można powiedzieć, żeby zachwycała. Tytuł wykorzystuje klasyczną perspektywę z góry, z lekkim nachyleniem, co było popularne w grach akcji i przygodowych tego okresu. Postacie są dość małe, ale czytelne, a lokacje – choć powtarzalne – mają swój wyraźny klimat westernowy. Miasteczka z drewnianymi budynkami, salony z brawurami, pustynne krajobrazy – wszystko to jest przedstawione w sposób, który bez wątpienia wywołuje odpowiednie skojarzenia.
Paleta kolorów jest typowa dla NES-a – ciepłe brązy, żółcie i czerwienie dominują, tworząc atmosferę spalonej słońcem prerii. Animacje są proste – bohaterowie poruszają się dość sztywno, a strzały z rewolwerów to tylko małe sprite’y lecące w stronę przeciwników.
Jeśli chodzi o stronę dźwiękową, to tutaj „Cowboy Kid” również trzyma przyzwoity poziom, choć bez fajerwerków. Muzyka jest przyjemna, westernowa w klimacie, z melodiami, które dość szybko wpadają w ucho. Nie są to utwory, które będziecie nucić przez tygodnie po zakończeniu gry, ale podczas rozgrywki dobrze się sprawdzają i nie irytują nawet po dłuższym czasie. Efekty dźwiękowe są standardowe – strzały, odgłosy trafień, proste sygnały przy zbieraniu przedmiotów. Nic odkrywczego, ale solidnie wykonane.
Trzeba przyznać, że grafika i dźwięk w „Cowboy Kid” nie należą do najmocniejszych stron produkcji. Widzieliśmy na NES-ie znacznie ładniejsze gry (choćby „Kirby’s Adventure” czy „Mega Man” w późniejszych odsłonach), ale nie można też powiedzieć, żeby była to porażka. To średniak, który wykonuje swoją robotę, nie rażąc szczególnie, ale też nie zachwycając.
Teraz dochodzimy do sedna, czyli samej rozgrywki, która w „Cowboy Kid” jest ciekawym hybrydowym połączeniem. Gra łączy elementy akcji z bieganiem i strzelaniem z mechanizmami znanymi z gatunku RPG – eksplorujemy miasta, rozmawiamy z postaciami, przyjmujemy zadania, zbieramy przedmioty i pieniądze, kupujemy ulepszenia. To połączenie nie jest może tak dopracowane jak w wielkich hitach typu „Zelda II” czy „Crystalis”, ale ma swój urok i oferuje więcej głębi niż zwykła strzelanina.
Podstawowa mechanika to oczywiście strzelanie. Nasz bohater dysponuje rewolwerem, z którego może strzelać w czterech kierunkach – góra, dół, lewo, prawo. To dość ograniczające, bo nie ma tu strzelania ukośnego, co w natłoku wrogów potrafi być frustrujące. Wrogowie pojawiają się na ekranie regularnie – bandyci, skorpiony, węże, kojoty i inne zagrożenia charakterystyczne dla Dzikiego Zachodu. Walka jest dość prosta: unikasz, celują, strzelasz. Proste, sprawdzone w wielu innych tytułach.
Eksploracja stanowi drugi filar rozgrywki. Przemierzamy różne lokacje, wchodzimy do budynków, rozmawiamy z mieszkańcami, którzy zlecają nam różne zadania. Za ich wykonane zadania otrzymujemy nagrody pieniężne, które możemy wydać na lepszą broń, więcej amunicji czy przedmioty lecznicze.
Gra ma także system progresji charakterystyczny dla RPG. Zbieramy doświadczenie, nasz bohater staje się silniejszy, zdobywamy lepszy ekwipunek. To nie jest rozbudowany system rozwijania postaci znany z czystych RPG-ów, ale dodaje motywacji do walki i eksploracji. Szczególnie przydatne są ulepszenia broni – od podstawowego rewolweru, przez lepsze modele, aż po shotguny i karabiny, które znacząco ułatwiają walkę z trudniejszymi przeciwnikami.
Poziom trudności w „Cowboy Kid” jest… nierówny, delikatnie mówiąc. Początek gry jest stosunkowo łatwy, ale wraz z postępem wyzwanie rośnie, i to czasem dość gwałtownie. Niektóre lokacje są zapchane wrogami, którzy respawnują się natychmiast po wyjściu z ekranu, co prowadzi do sytuacji, gdzie cofając się krok wstecz, znów musimy walczyć z tymi samymi przeciwnikami. To potrafi irytować, szczególnie gdy jesteśmy słabo wyposażeni lub nisko na zdrowiu. Boss fighty są natomiast dość standardowe – rozpoznaj wzorzec ataku, unikaj, strzelaj w odpowiednim momencie, powtarzaj aż do zwycięstwa.
Jedną z większych wad rozgrywki jest pewna monotonia, która pojawia się po kilku godzinach. Mechaniki nie ewoluują szczególnie mocno – przez całą grę robimy w zasadzie to samo: strzelamy, rozmawiamy, zbieramy, kupujemy, strzelamy znowu. Brakuje tu jakiegoś dodatkowego elementu, który złamałby rutynę.
Współpraca dwóch graczy to niewątpliwie mocna strona „Cowboy Kid„. Możliwość wspólnego grania zmienia dynamikę rozgrywki – łatwiej jest pokonywać grupy wrogów, eksploracja przebiega sprawniej, a wspólne wykonywanie zadań po prostu sprawia więcej frajdy. W trybie solo czasem czuć, że gra została zaprojektowana z myślą o kooperacji, bo niektóre fragmenty są naprawdę wymagające dla pojedynczego gracza.
Galeria Cowboy Kid
Podsumowując
„Cowboy Kid” to gra, której nie można nazwać arcydziełem ani nawet szczególnie wybitną produkcją na tle biblioteki NES-a. To tytuł z wyraźnymi wadami – grafika mogłaby być lepsza, rozgrywka miejscami monotonna, poziom trudności nierówny, a wykonanie techniczne momentami kuleje. Ale mimo tych wszystkich niedoskonałości, jest w tej grze coś, co sprawia, że wraca się do niej z przyjemnością, szczególnie gdy siedzi się do niej z perspektywy lat, z bagażem nostalgii za erą ośmiobitowych konsol.
Nie jest to gra dla każdego – wymaga cierpliwości, tolerancji dla niedoskonałości i aprecjacji dla prostszych mechanik. Ale jeśli macie ochotę na coś nieco innego niż kolejną odsłonę Mario czy Mega Mana, jeśli chcecie zobaczyć, jak wyglądał western w wykonaniu mniejszego japońskiego studia na koniec ery NES-a – dajcie szansę temu tytułowi.
„Cowboy Kid” pozostaje ciekawostką w historii konsoli Nintendo, grą, o której nie mówi się zbyt często, ale która ma swoje miejsce w sercach tych, którzy ją odkryli. To dowód na to, że nawet mniejsze produkcje, bez wielkich budżetów i promocji, mogą oferować frajdę i pozostać w pamięci gracza na dłużej niż niejedna gra AAA.
Grę bez problemów uruchomicie na jednym z tych emulatorów konsoli NES/Pegasus, zaś sama grę bez problemów znajdziecie na jednej z tych stron.
Tak jak wciąż wspominam w moich wpisach, granie na emulatorach za pomocą klawiatury mija się z celem. Dlatego też polecam Wam te dwa modele padów:- 8Bitdo SN30 w cenie ok. 116 złotych (dostępny na Allegro, X-kom)
- 8Bitdo Ultimate C w cenie ok. 134 złotych. (dostępny na Allegro, X-kom)
A jak Wy wspominacie „Cowboy Kid„? Czy mieliście okazję zagrać w ten tytuł na oryginalnym NES-ie, czy może odkryliście go dopiero w erze emulatorów? Jak oceniacie połączenie akcji i RPG w tym westernowym klimacie? Czy są inne zapomniane perełki z NES-a, które uważacie za niedocenione i warte ponownego odkrycia? Podzielcie się swoimi wspomnieniami w komentarzach – zawsze ciekawie jest posłuchać różnych perspektyw na stare, często pomijane gry. Może ktoś z Was ma jakieś zabawne historie związane z „Cowboy Kid” albo wspomnienia wspólnych sesji w trybie kooperacji? Czekam na Wasze opinie!
Mały rewolwerowiec, duże problemy i jeszcze większe skakanie po wszystkim

- Ciekawy klimat westernowego platformera
- Różne postacie z innymi stylami gry
- Przyzwoita dynamika akcji jak na Nintendo Entertainment System
- Nierówna trudność
- Momentami chaotyczne sterowanie
- Mało dopracowane poziomy i balans
Solidny, ale niedopracowany westernowy platformer.













