Słuchajcie, wyobraźcie sobie taką sytuację: Nintendo robi Super Mario Bros., czyli grę, która jest jak jebana Mona Lisa platformówek. Wąsaty hydraulik skacze po grzybach, rurach i żółwiach, a świat pada na kolana. I nagle, z dupy, jakaś niemiecka firemka Rainbow Arts mówi: „A chuj, zrobimy to samo, tylko lepiej, z blond laską w w roli głównej”.
I tak powstaje The Great Giana Sisters – gra, która jest tak bezczelnie zerżnięta z Mario, że to aż piękne. To jakby ktoś ci podpierdolił kebaba z talerza, polał go innym sosem i powiedział: „No co, to teraz mój kebab!”.
Kradzież? No i co z tego, kurwa?
Nie oszukujmy się – Giana Sisters to nie jest „inspiracja”. To nie jest „hołd”. To jest kradzież intelektualna na poziomie typa, który kradnie ci rower spod Biedry, przemalowuje go na różowo i jeszcze wrzuca na OLX jako „limitowana edycja”. Mario? Zamienili go na Gianę, blondynę z fryzem jak z koncertu Sex Pistols. Rury? Kamienie. Żółwie? Jakieś popierdolone kulki z oczami. Grzyby? Diamenty i bonusy, które wyglądają, jakby rysował je ziomek po dwóch kreskach amfy. Ale wiecie co? To działało, jak skurwysyn!
Odpalasz to na Commodore 64, wkładasz kasetę, czekasz 15 minut, aż się załaduje (bo magnetofon, kurwa, to nie pendrive), i nagle bum! Jesteś w świecie, który wygląda jak Mario, gra jak Mario, ale ma w sobie ten dziki, europejski vibe. Sterowanie? Precyzyjne jak strzał z kałacha. Grafika? Kolorowa jak tęcza po LSD, choć momentami tak prostacka, że aż chce się ryczeć ze śmiechu. A muzyka? Rob Hubbard odwalił taką robotę na chipie SID, że do dziś ludzie robią remiksy tego ścieku na Spotify. Serio, jak słyszysz ten soundtrack, to masz ochotę wstać i skakać po pokoju, jakbyś sam był Gianą.
Nintendo dało dupy, a Europa świętowała
I teraz zagadka dla mistrzów: jakim cudem Nintendo nie rozjebało tego prawniczym czołgiem? Super Mario Bros. to był ich skarb narodowy, a tu nagle Niemcy wyskakują z podróbką, która wygląda, jakby Miyamoto osobiście ją klepał na kacu. Plotki mówią, że Nintendo w końcu się wkurzyło i kazało zdjąć Giana Sisters z półek. Ale to jak zamknąć drzwi od stodoły, jak krowy już spierdoliły na autostradę. Pirackie kopie rozchodziły się jak ciepłe bułki na giełdzie komputerowej. Każdy miał to na kasecie, podpisane markerem „GIANA SIOSTRY” albo „MARJO DLA DZIEWCZYN”. I nikt, kurwa, nie narzekał, bo Pegasus był wtedy mokrym snem, a NES widziało się tylko w katalogach z Zachodu.
Commodore 64 – król każdego osiedla
Żeby to zrozumieć, musisz cofnąć się do lat 80. To nie były czasy, gdzie wpadasz na Allegro i kupujesz Switcha z dostawą w 24 godziny. Commodore 64 był jak święty Graal w co drugim polskim domu. Tata przywiózł z RFN-u, wujek z giełdy załatwił magnetofon, a kumpel miał kasety z grami, które wyglądały, jakby ktoś je kopiował na kolanie w piwnicy. Giana Sisters była naszą odpowiedzią na Mario. Naszym biletem do świata platformówek. I, choć to brzmi jak herezja, ta gra naprawdę dawała radę. Ba, czasem nawet bardziej niż Mario, bo była nasza – swojska, piracka, z tym cudownym feelingiem „robimy to, co chcemy, i chuj z prawami autorskimi”.
To podróba, ale zajebista
No to jak to ocenić? Czy Giana Sisters to zrzynka? No kurwa, jasne, że tak. Czy to bezczelna kopia? Jak jasny gwint. Czy Nintendo powinno było spalić Rainbow Arts napalmem? Pewnie tak. Ale czy to była dobra gra? O JA PIERDOLĘ, OCZYWIŚCIE, ŻE TAK! Grało się w to jak w amoku. Skakałeś, zbierałeś diamenty, wkurwiałeś się na te jebane kulki z oczami, które zawsze trafiały cię w ostatniej sekundzie. I ta satysfakcja, jak przechodziłeś poziom, a muzyka grała ci w głowie jak hymn zwycięstwa.
Co więcej, Giana Sisters żyje do dziś. Remastery, porty na telefony, wersje na Nintendo DS (ironia losu, co?), a nawet jakieś tam własne uniwersum. To jak z tym kebabem – może i kradziony, ale jak smakuje, to kto by się czepiał? Kradzione nie tuczy, ale czasem kradzione jest tak dobre, że zapominasz, że to podróbka. Nie mówię, że lepsze od Mario, bo Miyamoto by mnie znalazł i zatłukł Joy-Conem. Ale na C64? To był diament w koronie.
Macie jakieś wspomnienia z Giana Sisters? Grałeś na C64, zanim w ogóle wiedziałeś, że istnieje coś takiego jak Nintendo? A może miałeś oryginalną kasetę, którą teraz możesz sprzedać za równowartość mieszkania w Warszawie? Daj znać w komentarzach, bo jak nie, to założę, że grałeś tylko w Sapera na Windows 95 i nie masz o czym mówić. Szacun dla tych, co pamiętają loading z magnetofonu i ten dreszczyk, jak gra w końcu odpalała po 10 minutach. To były czasy, kurwa!
Nie Mario… ale trochę jednak Mario

- Przyjemna, klasyczna platformówka
- Dobra, chwytliwa muzyka (Chris Hülsbeck robi robotę)
- Zróżnicowane poziomy i sekrety
- Bardzo duże podobieństwo do Super Mario Bros.
- Nierówny poziom trudności
- Prosta oprawa graficzna
Udana, choć mocno inspirowana Mario platformówka z dobrą muzyką i klasyczną rozgrywką.




