PopCOOLtura

Parasite Eve

Dzisiaj na tapet leci film Parasite Eve – tytuł, który pewnie wielu fanów serii zna, ale… nie z kina, tylko z PlayStation. Bo umówmy się – jeśli ktoś powie „Parasite Eve”, to w głowie od razu słychać to charakterystyczne menu theme z pierwszej części, widać katedrę płonącą na Manhattanie i Aya Brea w policyjnym mundurze wygląda jakby zaraz miała rozwalić kolejnego mutantopłaza z granatnika. Ale film? Ten z 1997 roku? Mało kto w ogóle wie, że istnieje – i nie bez powodu.

Skąd się to w ogóle wzięło?

Zanim Square (jeszcze bez Enix) postanowiło zrobić jedną z najbardziej nietypowych gier RPG na PlayStation, była… książka. Dokładnie: „Parasite Eve” autorstwa Hideakiego Seny, biologa i farmaceuty, który pewnego dnia wpadł na pomysł, żeby napisać powieść o inteligentnych mitochondriach buntujących się przeciwko ludzkości. Brzmi absurdalnie? Owszem. Ale też cholernie intrygująco.

Książka odniosła w Japonii spory sukces – połączenie nauki, horroru i egzystencjalnego niepokoju zrobiło wrażenie. A że Japończycy uwielbiają wszystko, co da się przekuć w multimedia – to szybko powstał pomysł na film. I tak w 1997 roku na ekrany trafiła filmowa wersja „Parasite Eve”, która… no cóż, nie jest grą, nie ma z nią wiele wspólnego, a jednak to właśnie od niej zaczęła się cała mitologia, którą później rozwinęło Square.

Film, który nie ma nic wspólnego z grą

parasite eve 1

Zacznijmy od tego, że film nie jest adaptacją gry. Ani trochę. To adaptacja książki, która zainspirowała później twórców pierwszej gry Parasite Eve (wydanej rok później, w 1998). Square dostało od Seny licencję, ale zamiast ekranizować jego powieść, postanowili stworzyć coś w rodzaju kontynuacji duchowej – takiej historii, która dzieje się po wydarzeniach z książki.

W praktyce: film i gra to dwa osobne światy.

parasite eve

W filmie mamy Toshiakiego Nagashimę, naukowca próbującego przywrócić do życia swoją zmarłą żonę Kiyomi. Mamy laboratorium, wątrobę, mitochondria i trochę pseudo-naukowego bełkotu, który dziś brzmi jak z kiepskiego odcinka Black Mirror. W grze za to dostajemy Aye Breę, nowojorską policjantkę, która musi powstrzymać istotę zwaną Eve przed spaleniem całego miasta – czyli horror science-fiction w amerykańskim stylu, z boską ścieżką dźwiękową i systemem walki RPG-owym jak z Final Fantasy.

W filmie nie ma Ayi. Nie ma Nowego Jorku. Nie ma nawet sensownej akcji. To raczej dramat z elementami horroru biologicznego – taki japoński odpowiednik „Frankensteina” z domieszką mitochondriów. Fabuła jest ciężka, powolna, pełna rozmów o naturze życia i śmierci, a do tego momentami mocno groteskowa.

Jeśli ktoś oczekuje, że zobaczy tu prequel gry – zapomnijcie. Nie ma szans. To zupełnie inny ton, klimat i poziom realizacji. Gdyby ktoś mi to pokazał bez kontekstu, nigdy bym nie zgadł, że ma to cokolwiek wspólnego z tym samym uniwersum.

Mitochondrialna miłość – czyli fabuła w skrócie

parasite eve 6

Historia zaczyna się całkiem przyziemnie. Toshiaki i jego żona Kiyomi obchodzą pierwszą rocznicę ślubu. Niestety, pech chce, że kobieta ginie w wypadku samochodowym. Zrozpaczony mąż – naukowiec z obsesją na punkcie komórek i regeneracji tkanek – postanawia złamać wszelkie zasady etyki i zabiera z kostnicy jej wątrobę. Chce ją „ożywić” w laboratorium.

I to był ten moment, kiedy film zaczyna odlatywać. Bo okazuje się, że mitochondria w ciele Kiyomi są… inteligentne. A dokładniej – że istnieje coś, co nazywa się Mitochondrial Eve, prastara świadomość, która od milionów lat czekała, aż człowiek sam stworzy warunki do narodzin nowego gatunku.

To, co dzieje się dalej, to czyste japońskie szaleństwo: żelowa masa w laboratorium zamienia się w coś, co przypomina Kiyomi; asystentka Toshiakiego zostaje opętana; a sama Eve zaczyna snuć plan stworzenia „Ultimate Being” – doskonałej istoty, która zastąpi ludzi. I oczywiście, żeby do tego doszło, potrzebne jest… nasienie głównego bohatera. Bo czemu nie.

Tak, brzmi to dziwnie. Ale film naprawdę idzie w te rejony – zderza patos, naukę, pseudo-erotykę i egzystencjalny dramat. Niektóre sceny (jak ta, w której Eve w ciele Kiyomi „uwodzi” Toshiakiego, by zapłodnić przyszłą istotę) są wręcz niepokojące. To nie horror z potworami, tylko psychodeliczny dramat o obsesji, miłości i utracie człowieczeństwa.

Klimat, styl, atmosfera

parasite eve 2

Wizualnie film to czyste lata 90. – sporo dymu, zielonych świateł, laboratoryjnych korytarzy i dziwnie zmontowanych retrospekcji. Nie ma tu efektów specjalnych z górnej półki – raczej skromny budżet, trochę lateksu i minimalne CGI. Ale klimat? Jest.

To taki rodzaj filmu, który bardziej działa na psychikę niż na oczy. Nie przestraszy Cię, ale zostawi z dziwnym uczuciem niepokoju.

Niektórzy porównują go do „Akiry” w wersji live action – i coś w tym jest. To ta sama fascynacja granicą między człowiekiem a ewolucją, tą cienką linią, po której balansuje nauka i szaleństwo. Tylko że w „Parasite Eve” wszystko jest bardziej kameralne i melancholijne.

Muzyka to klasyczny japoński dramat z końca XX wieku – fortepian, smyczki, czasem delikatna elektronika. Nie ma nic wspólnego z genialną ścieżką z gier, ale działa – podkreśla melancholię i tragedię bohaterów.

Co łączy film i grę?

parasite eve 3

W zasadzie tylko jedno – mit mitochondriów.

To właśnie z powieści i filmu Square zaczerpnęło ideę, że mitochondria mogą stać się „nowym gatunkiem”. Resztę – całą historię, postaci i ton – stworzyli od zera. Ale inspiracja jest wyraźna: Eve w grze to duchowa spadkobierczyni tej z filmu, a motyw „Ultimate Being” przewija się także w fabule gry.

W pewnym sensie film to naukowa podstawa tego, co później stało się fundamentem dla gier. Tylko że tam, gdzie film był powolny i filozoficzny, gra była dynamiczna i emocjonalna. Aya Brea nie zastanawia się nad istotą ewolucji – ona po prostu wali do potworów z rewolweru i granatnika, ratując Nowy Jork przed samozapłonem.

I może właśnie dlatego gracze pokochali serię – bo gra zachowała klimat oryginału, ale dała mu tempo i pazur.

Jednak to nie to, co pamiętałem

Pamiętam, jak pierwszy raz odpaliłem Parasite Eve na PS1. Ten klimat zimowego Nowego Jorku, to dziwne uczucie, że oto grasz w coś, co nie jest ani klasycznym RPG, ani horrorem – tylko czymś pomiędzy. Walka w czasie rzeczywistym, ograniczona amunicja, i ten głos Eve w tle, gdy mówiła o „nowym świecie mitochondriów” – ciarki do dziś.

A Parasite Eve II? To już czysty survival horror w stylu Resident Evil. Aya, laboratoria, pustynne ruiny, nowe potwory. Może mniej fabularnej głębi, ale za to klimat i akcja na najwyższym poziomie. Dla mnie obie części to perełki lat 90., które Square stworzyło, zanim całkowicie pogrążyło się w Final Fantasy i Kingdom Hearts.

I właśnie z tej perspektywy oglądanie filmu Parasite Eve jest dziwne. Bo czujesz, że to niby ten sam świat – mitochondria, Eve, człowiek kontra natura – ale wszystko podane zupełnie inaczej. Brakuje emocji, akcji i tej magii, którą gra miała od pierwszych minut.

Czy warto obejrzeć?

To zależy. Jeśli jesteś fanem serii i chcesz zobaczyć, skąd wzięły się korzenie uniwersum Parasite Eve, to tak – warto. Choćby z ciekawości. To film, który pokazuje, jak bardzo japońskie kino potrafi być dziwne, powolne i filozoficzne.

Ale jeśli liczysz na akcję, potwory, eksplozje i mutanty – lepiej wróć do gry. Film to raczej refleksyjna opowieść o miłości, śmierci i granicach nauki niż horror z krwi i kości. Nie jest zły – tylko… inny. Bardziej medytacyjny niż rozrywkowy.

Podsumowanie

parasite eve 4

Filmowy Parasite Eve to ciekawostka – prequel w duchu, ale nie w treści. Niezależny eksperyment, który dał początek jednej z najciekawszych gier ery PS1. Można go traktować jako przypis do historii Ayi Brei – taki mitologiczny prolog o tym, skąd się wzięła Eve i czemu mitochondria postanowiły zapalić ludzi jak znicze na Times Square.

Nie jest to kino dla każdego. Jest ciężkie, powolne i momentami wręcz dziwaczne. Ale jeśli lubisz japońską estetykę lat 90. i interesują Cię korzenie tej legendarnej serii – obejrzyj. Choćby po to, by zrozumieć, jak bardzo gra potrafiła rozwinąć ten szalony pomysł w coś naprawdę wyjątkowego.

Bo o ile film był ciekawostką naukową z dreszczykiem, o tyle gra stała się kultem. A kultów się nie zapomina.

Może cię zainteresować:

Codename: Tenka (1997)

Emumaniak

Redneck Rampage (1997)

Wściekłe Piksele

Theme Hospital (1997)

Kabson

Polacy nie gęsi: Katharsis (1997)

Kabson

Overboard! (1997)

Wściekłe Piksele

Guyver: Dark Hero – Zapomniany klejnot epoki VHS

Lady Mary

Zostaw komentarz