Siedzę tu w marcu 2026, patrzę na kolejne ogłoszenie o season passie i czuję, jak coś we mnie powoli umiera. Nie dramatyzuję. To jest autentyczna, powolna śmierć miłości do czegoś, co kiedyś było czyste i proste.
Kiedyś gra była wydarzeniem. Szedłeś do sklepu. Brałeś pudełko – fizyczne, z okładką, którą można było powąchać (nie mów mi, że nie wąchałeś). Wkładałeś płytę do napędu. Grałeś. Koniec historii. Zero czekania na 80 GB patchy. Zero poczucia, że właśnie kupiłeś niegotowy szajs za 400 zł. Zero strachu, że za rok serwer padnie i gra po prostu zniknie z Twojej biblioteki jak duchy w Ghost Busters.
A teraz? Teraz mamy korporacyjny cyrk w pełnej krasie. EA, Ubisoft, Activision Blizzard, Take-Two, Sony, Capcom, Bethesda – wszyscy grają w tę samą grę. Produkt nie musi być dobry na starcie. Wystarczy, że wygeneruje kwartalne zyski i zadowoli akcjonariuszy na przyszły raport. Reszta? To Twój problem, graczu.
Spis treści

Pamiętacie Horse Armor z Oblivion? Płatny pancerz dla konia w 2006 roku. Wszyscy się wtedy śmiali. „Co za absurd”, mówiliśmy. „To nigdy się nie przyjmie”. No i jak tu nie płakać.
Dziś to nie jest śmieszny dodatek – to model biznesowy. I to wbudowany w tytuł od pierwszego dnia.
- Monster Hunter Wilds (2025) – gra jest genialna, naprawdę. Ale Capcom od razu wciska vouchery na edycję postaci i Palico. Jeden darmowy na start, potem paczka trzech za 7 dolarów. Chcesz poeksperymentować z wyglądem swojej postaci? Płać. Inaczej jesteś dosłownie karany za kreatywność. Ludzie na Reddicie pisali to wprost i mieli rację – to nie jest opcja, to pułapka psychologiczna.
- Starfield od Bethesdy – misja „The Vulture” za 7–10 dolców osobno. Historię do gry single player kupujesz w kawałkach jak kiełbasę na wagę.
- Dragon’s Dogma 2 na premierze – 21 mikrotransakcji od razu po wyjściu. W tym teleporty i edytor postaci. Niby „opcjonalne”, ale review bombing był absolutnie epicki i w pełni zasłużony.
- Sims 4 w 2026 – EA uruchomiło nową „Marketplace” z walutą Moola. Twórcy community content dostają 30% przychodu, resztę bierze korporacja. Kupujesz meble od utalentowanych fanów, ale przez EA, z prowizją dla EA, zgodnie z regulaminem EA. Kapitalizm w czystej postaci, na plecach pasjonatów.
- Battle passy w Call of Duty, Fortnite, Apex Legends – grasz za darmo, ale bez skórki za 20 euro wyglądasz jak bezdomny na serwerze. Sens grania? Zastąpiony chłodną kalkulacją: czy warto dopłacić, żeby nie czuć się frajerem przy innych? To nie jest rozrywka. To mechanizm FOMO zaprojektowany przez psychologów na Twoją niekorzyść.
O mikro transakcjach już tu kiedyś pisaliśmy…
Niedokończone gry, łatane latami… albo i nie…
Coraz częściej kupując nową grę AAA czujemy się jak inwestorzy venture capital, a nie klienci. Płacimy pełną cenę za obietnicę, a dostajemy wczesny dostęp do produktu, który ma „potencjał”… gdzieś w odległej przyszłości. Albo i nie. Niedokończone gry, łatane latami… albo i nie – to już nie wyjątek, a standardowy model biznesowy 2025/2026 roku.

- Cyberpunk 2077 był symbolem tej patologii, ale przynajmniej w końcu go naprawili i Phantom Liberty okazało się naprawdę dobre. Problem w tym, że CD Projekt RED wyciągnął tylko połowę lekcji – branża nie wyciągnęła żadnej.
- MindsEye (czerwiec 2025) – gra od Build a Rocket Boy, studia założonego przez Leslie Benziesa, jednego z ojców serii GTA. Metacritic: 28/100 na PS5, 38 na PC. Najgorsza duża gra 2025 roku bez żadnej konkurencji. Puste otwarte światy, glitche na każdym kroku, nudna narracja, bugi uniemożliwiające ukończenie misji. Day one patch niby coś poprawiał, ale aktualizacje leciały co miesiąc, a studio publikowało komunikaty w stylu „A New Era Begins”. Sony rozdawało refundy na PS5, bo gracze po prostu nie wytrzymywali psychicznie. Ludzie pisali, że to Anthem 2.0 – i mieli rację.
- Black Ops 7 – kooperacyjna kampania uznana za jeden z największych launch mistakes 2025 roku. Tryb, który miał być hitem sezonu, przy premierze działał jak beta. O ile działał…
- Monster Hunter Wilds – PC port – gra rewelacyjna, port fatalny. Digital Foundry nazwał go jednym z najgorszych w 2025. Słaba optymalizacja, wyblakłe kolory, wydajność spadająca z każdym kolejnym patchem – nawet na topowym sprzęcie. Capcom obiecywał fixy przez całą zimę, a gracze nadal grali w wersję gorszą od konsolowej.
- No Man’s Sky naprawił się i stał się wzorcem tego, jak można odkupić winy. Ale to wyjątek potwierdzający regułę. Norma jest taka: szkielet wychodzi w deadline’owym oknie fiskalnym, a Ty za swoje 70–80 euro dostajesz przywilej bycia beta-testerem. Płatnym beta-testerem.
Day one patch
Day one patch to już nie bug, to feature. Główny content drop gry – dostępny dopiero po zakupie i 50–80 GB czekania. Witajcie w 2025/26, gdzie premiera to tak naprawdę soft launch bety, tylko płatnej.
Serio, to jest teraz mem sam w sobie – i to mem, który wcale nie jest śmieszny.
- Call of Duty, Battlefield: 40–70 GB zanim w ogóle uruchomisz grę. Starfield: 20+ GB na starcie i nadal puste planety, na których nie ma absolutnie nic do roboty. Suicide Squad: Kill the Justice League – live service flop na całej linii, serwery ledwo zipały przy premierze, gra umarła w kilka miesięcy.
- W 2025 znowu MindsEye – gigantyczny patch na launch, a i tak skończyło się na 28/100 i masowych refundach.
Dlaczego tak jest? Odpowiedź jest prosta i smutna: deadline’y, akcjonariusze, raporty kwartalne. Gra nie musi być gotowa – wystarczy, żeby wyszła w odpowiednim oknie fiskalnym. Kupujesz za 70–80 euro, myślisz „fajnie, mam nową grę”, a potem siedzisz i ściągasz 60 GB aktualizacji, grasz dwie godziny, crash, restart konsoli, i tak w kółko. Na PC Steam pobiera wszystko naraz i masz nieodparte wrażenie, że właśnie wykupiłeś subskrypcję na aktualizacje, a nie grę.
Remastery i remaki – tu mi język poleci…
…bo to już nie trend, to lenistwo opakowane w ray tracing i 4K upscale. The Last of Us Part I, Resident Evil 4 Remake, Demon’s Souls Remake – niby wyglądają lepiej, niby przyjemnie się gra. Ale to są te same gry. Te same poziomy, te same dialogi, te same mechaniki, tylko z lepszym oświetleniem i gładszymi włosami protagonisty. Płacisz 250–350 zł za nostalgię w nowym opakowaniu, a wychodzisz z wrażeniem, że ktoś Ci sprzedał tę samą płytę DVD, tylko w błyszczącej okładce i z napisem „remade for next-gen”.
GTA Trilogy: Definitive Edition to był szczyt tego procederu – bugi, rozjechana fizyka, wyblakłe tekstury, ikony deszczu na ziemi zamiast mokrego asfaltu. Nawet po trzech latach patchy i „klasycznym oświetleniu” (dzięki, Rockstar, po 2024 roku) większość ludzi woli odpalić oryginalne wersje z 2004–2006 przez emulację albo stare GoG, bo tam przynajmniej fizyka samochodu nie przypomina pływającego mydła.
W 2025 i 2026 to się nie zmieniło, a wręcz się nasiliło. Nintendo z remasterami/remakami na Switch 2 – Breath of the Wild i Tears of the Kingdom w „Switch 2 Edition” z 60 fps i HDR na launchu, Super Mario Bros. Wonder z nową strefą i postaciami w 2026, plotki o remakach Mario i klasycznych Zeldach na 40-lecie serii. Ok, rozumiem – nowi gracze, którzy nie grali na Wii U/Switchu, dostają szansę. Ale dla weteranów to jest po prostu drogi reskin. Te same lochy, te same koroki, te same księżniczki do ratowania – tylko że teraz w 4K, z lepszym draw distance i za 300–350 złotych.
Zamiast nowych IP, nowych pomysłów, nowych światów do odkrycia – recyklingujemy hity sprzed dekady. Sens odkrywania czegoś naprawdę nowego? Dawno zginął w Excelu działu marketingu. Kręcisz się po znanych ścieżkach, tylko że ładniejszych, droższych i z mikro-DLC na „klasyczne filtry”. Branża woli bezpieczny zysk z nostalgii niż ryzyko stworzenia czegoś, co mogłoby nie sprzedać się w pierwszym tygodniu. I tak co roku dostajemy ten sam komunikat: „witajcie z powrotem w dzieciństwie… tylko zapłaćcie pełną cenę za bilety wstępu po raz drugi
Live service
Live service to elegancko opakowana pułapka: płacisz pełną cenę za grę, inwestujesz setki godzin, budujesz postać, kolekcjonujesz skiny, a potem ktoś w korpo wciska czerwony guzik i – puff – wszystko znika. Nie sprzedają Ci produktu. Sprzedają Ci tymczasowy dostęp do marzenia, które mogą odebrać w dowolnym momencie. I to jest legalne.
- The Crew 1 – klasyczny przykład. Gra po prostu zniknęła. W marcu 2024 Ubisoft wyłączył serwery i tyle – nie możesz już w nią zagrać, nawet w pojedynkę. Za coś, co kupiłeś, zapłaciłeś, miałeś w bibliotece. Nawet procesy sądowe ruszyły, ale co z tego – gra jest martwa. Community próbuje emulować serwery (The Crew Unlimited), ale to desperacka walka fanów z korporacją, która uznała, że licencje na muzykę i serwery są za drogie.
- Anthem – umarło dwa razy. Najpierw gracze je porzucili, potem EA definitywnie wyłączyło serwery 12 stycznia 2026. Online-only looter shooter, który obiecywał świat, a dał pustkę. Teraz nawet nie możesz odpalić kampanii solo. RIP po 7 latach agonii.
- Destiny 2, Warzone – ciągłe nowe sezony, battle passy, FOMO na sterydach. Ale stare treści? Wycinane jak zły sen. Grasz rok, inwestujesz czas i emocje, budujesz loadout, a potem Bungie/Activision decyduje: „ten rozdział jest już nierentowny, vault time”. Twoje osiągnięcia, Twoje historie – nagle canon non grata.
A single player z live elementami? Dragon Age: The Veilguard – niby wróciło do korzeni BioWare, ale EA i tak narzeka, że brakowało „shared-world features”. Początkowo miało być live service, potem zrezygnowali, a po słabych sprzedażach szefostwo jęczy, że może jednak FOMO i battle passy uratowałyby sytuację. Avatar: Frontiers of Pandora – podobna historia, zawsze-online z mikroskopijnymi aktualizacjami, które miały „wzbogacać doświadczenie”. Serwery padną za 5–7 lat? Gra umiera, nawet jeśli masz ją zapisaną w bibliotece, nawet jeśli zapłaciłeś 300 zł, nawet jeśli kochasz ją z całego serca.
W 2026 mamy już całą galerię grobów: Concord padł po 2 tygodniach, Highguard po 45 dniach, XDefiant po roku. Nowe live service FPS rodzą się i umierają szybciej niż memy na TikToku.
Własność stała się iluzją. Kupujesz licencję na chwilowy hype, nie grę. Dziś grasz, jutro płacisz za subskrypcję wspomnień, pojutrze zostajesz z pustym launcherem i rachunkiem w głowie. Branża nazywa to „postępem”. My nazywamy to kradzieżą w biały dzień.
Gdzie to wszystko zmierza
Korporacje zamieniły pasję w usługę. Płacisz za dostęp, czekasz na patche, dopłacasz za DLC, boisz się FOMO, grasz w remaki zamiast prawdziwych nowości. MindsEye, fatalny PC port Monster Hunter Wilds, vouchery w MH Wilds, Sims Marketplace z walutą Moola – to nie są jednostkowe wpadki. To symptomy systemu, który mutuje i szuka nowych granic do przekraczania.
Gramy coraz mniej z radości. Coraz więcej z przyzwyczajenia, z FOMO, z poczucia, że „wszyscy grają, to ja też muszę”.
Ale indie pokazują, że inna droga istnieje. Następnym razem zamiast kolejnego Assassina za 400 zł plus DLC za drugie 400 zł kup Cairna, Slay the Spire 2, jakiegoś cozy hidden gema, o którym przeczytasz na małym subreddicie. Głosuj portfelem. Bo dopóki są deweloperzy, którzy kochają gry bardziej niż Excela – sens grania żyje.
Tylko trzeba go szukać trochę dalej od wielkich marquee names i błyszczących trailerów.
Ja już tak robię. Ostatnio wbiłem dziesiątki godzin w Slay the Spire 2 early access – czysta radość, zero aktualizacji wielkości zewnętrznego dysku, zero battle passów. Korporacje mogą sobie łatać do usranej śmierci, a ja gram w rzeczy, które działają od razu i które ktoś zrobił dlatego, że chciał, nie dlatego, że musiał dowieźć Q3.
No i właśnie – skomentuj ten artykuł. Serio. Czy jesteś zmęczony tym całym cyrkiem tak samo jak ja? Może masz inaczej – może uważasz, że mikrotransakcje to OK, że live service to przyszłość, że remaki są spoko? Może grasz w coś indie, o czym powinienem wiedzieć? Może masz tytuł, który w 2025 lub 2026 pozytywnie Cię zaskoczył – wbrew wszystkiemu?
Kłóćmy się kulturalnie. Polecajmy sobie nawzajem gry, które działają od razu i kosztują mniej niż pizza z dowozem. Bo rozmowa jest ważniejsza niż jakikolwiek patch notes.
Gram dalej. Wy też. Tylko – błagam – grajcie mądrze.





4 komentarze
Ja mam w związku z powyższym prostą zasadę – nie kupuję tych wszystkich drogich, niedorobionych gier (wyjątkiem był Cyberpunk 2077, ale na tę grę czekałem zbyt długo, żeby ją sobie odpuścić).
Jest cała masa dobrych tytułów, nie tylko Indie, ale też starotki-(nie)ramotki, w które wciąż świetnie się gra. No, i jest jeszcze Warframe. Chyba najwspanialsza gra, w jaką dane mi było grać. W dodatku darmowa. — To nie jest reklama 🙂 —
Wybór więc jest. Korporacje z czasem się przekonają, że nie można w kółko grzmocić graczy w tylną część… portfela, że tak napiszę. A my? Zawsze będziemy mieli w co grać, ponieważ zawsze znajdzie się ktoś z pasją pozbawioną pazerności.
Pamiętam Warframe, mam w niej wbite jakieś 500h+, jednak po przeprowadzce na wieś mój internet ledwo zipie więc online totalnie odpada :/ I tak jeszcze przez rok, bo naciąłem się na Play „niby” 5G a u mnie skrót 5G to takie raczej 5*Gówno :/
Może za jakiś czas do tego tytułu wrócę, jak zainwestuję w Starlink. Cena podobna, a na tym zadupiu radzi sobie całkiem zacnie.
— Cała ta strona to jedna wieka reklama 🙂 —
Slay The Spire 2 i Planet of Lana II: Children of the Leaf wyglądają jak menelstwo i rozpacz. Nie kupiłbym nawet za złotówkę. Polecam za to Iconoclasts i Blazing Chrome w sklepie GOG. Za free można pobrać Another Metroid 2 Remake i Vanguard Princess. Poza tym itch.io ma romy homebrew dla takich dawnych systemów jak Amstrad czy Mega Drive. Grać nie umierać.