Na łamach tego bloga przewinęły się już różne popierdolone wehikuły popkultury. Był super samochód – z „VIPER„, czyli fura marzeń niejednego siuśmajtka. Był super śmigłowiec – „Airwolf„, czyli helikopter, który wyglądał, jakby był sponsorowany przez Lockheeda i kokainę z Kolumbii. Był też super motocykl – „Street Hawk„, czyli rakieta na dwóch kółkach, która rozpierdalała wszystkie fizyczne prawa Wszechświata. No to, kurwa, logiczne, że w latach 90. musiał nadejść czas na super łódź.
I tak narodził się serial „Thunder in Paradise”. Produkcja, która miała wszystko: plażę, słońce, cycki, rakiety i Hulka Hogana w roli komandosa, co wyglądał, jakby mu się zapodziała walizka ze sterydami. Miało być wielkie telewizyjne wow. Wyszło o chuj chodzi?. Ale do tego dojdziemy.
Spis treści
JAK TO POWSTAŁO I KTO TU GRAŁ
Rok pański 1994. Ameryka była wtedy dziwnym miejscem – ludzie jarali się wrestlingiem, oglądali VHS-y na potęgę, a telewizje pakowały hajs w seriale akcji, bo każdy chciał mieć swojego nowego „Knight Ridera”. No i padło na Hulka Hogana – króla wrestlingu, ikonę kultury masowej i faceta, który miał bicki większe niż głowa przeciętnego widza.
Hogan zagrał tu Randy’ego „Hurricane” Spencera, byłego komandosa Navy SEAL, co przeszedł na emeryturę i zamiast ryb łowić na spokojnie z wędką, wolał napierdalać terrorystów w tropikach. Jego kumplem był Chris Lemmon (tak, syn TEGO Lemmona od starych klasyków Hollywood), który wcielił się w Brua – technicznego mózga całej ekipy. Była też Carol Alt – supermodelka i aktorka, która grała Kelly LaRue. Ona była trochę od „serca”, trochę od „bikini na plaży”, a trochę od tego, żeby w ogóle jakaś kobieta tam się pojawiała.
Ale, kurwa, najważniejsza gwiazda serialu to nie Hogan, nie Alt, nawet nie Lemmon. To „Thunder” – łódź typu deep-V monohull, która wygląda jakby wpadła w sterydy razem z Hulkiem. W środku były komputery, radary, systemy stealth, rakiety, wyrzutnie torped – no normalnie James Bond + Transformers na wodzie. To miało być cudo techniki, coś jak K.I.T.T. na falach.
FABUŁA – O CO W TYM KICZU CHODZIŁO?
Serial kręcił się wokół tego, że Randy i Bru pracują jako „wolni strzelcy” w rajskim kurorcie na Florydzie. Brzmi jak opis w katalogu wakacyjnym, ale zamiast leżeć na plaży i pić mohito, oni co odcinek napierdalają się z jakimiś handlarzami narkotyków, terrorystami, złymi wojskowymi albo randomowymi typami, którzy mieli pecha stanąć na ich drodze.
Każdy odcinek to taki schemat:
Sielanka – plaża, słońce, bikini, Hogan flexuje mięśnie.
Pojawia się zagrożenie – ktoś porywa dziecko, ktoś chce sprzedać broń, ktoś planuje zamach.
Przez 20 minut aktorzy klepią jakieś bzdury, Hogan robi miny jakby zgubił okulary.
Wjeżdża Thunder – rakiety, torpedy, lasery i jebudu, wszystko wylatuje w powietrze.
Happy end, piwko na plaży, odcinek zamknięty.
I tak przez 22 odcinki. Serial miał tylko jeden sezon, bo – niespodzianka – nie był aż tak zajebisty, jak obiecywali. Efekty specjalne wyglądały, jakby ktoś je robił w Paincie, a Hogan aktorsko leżał i kwiczał. Ale, kurwa, jako guilty pleasure to działało perfekcyjnie.
CIEKAWOSTKI I CHRUPKI
Serial kręcono obok planu Słonecznego Patrolu. Tak, to dlatego plaże wyglądają identycznie, a statyści czasem się powtarzali. Mogłeś obejrzeć Hasselhoffa w jednym kanale i Hogana w drugim – i miałeś podwójną dawkę kiczu.
Hulk Hogan wierzył, że to będzie jego trampolina do wielkiej kariery aktorskiej. Spoiler: nie była. Zamiast Oscara dostał gówno warte recenzje i rolę w jeszcze gorszych produkcjach.
Sam „Thunder” był prawdziwą łodzią, przerobioną do roli supermaszyny. Przez lata rdzewiał gdzieś na Florydzie, aż został sprzedany prywatnym kolekcjonerom. Dokładnie to model Wellcraft Scarab 31.
Hogan był tak przekonany o sukcesie, że podobno planowano spin-offy i filmy pełnometrażowe. Wszystko poszło się jebać po słabych wynikach oglądalności.
GRY NA PODSTAWIE SERIALU
Tak, kurwa, były. I to jest crème de la crème tego całego dziwactwa.
Wydano Thunder in Paradise Interactive na Philips CD-i – tak, na tej samej konsoli, co miała te popierdolone gry z Mario i Zeldą, które wyglądają jak rysunki przedszkolaka po LSD.
Gra była FMV shooterem – czyli cała rozgrywka polegała na tym, że oglądasz filmiki z serialu i klikasz myszką/pilotem w odpowiednim momencie. Hulk Hogan robił swoje drewniane miny, Bru gadał pierdoły, a ty miałeś wciskać przyciski, żeby łódź strzelała. To wyglądało jak fanfic zrobiony na VHS i sprzedany za prawdziwe pieniądze. Dziś to kultowe gówno – na YouTube można znaleźć gameplaye i ludzie jarają się tym, że to takie złe, że aż dobre.
ODBIÓR PRZEZ WIDOWNIĘ
No i tu zaczyna się jazda.
Krytycy? Zjechali serial jak burą sukę. Pisali, że to wygląda jak reklama proszku do prania, tylko z rakietami i blondynami w tle. Efekty komputerowe były tak tanie, że nawet dzieciaki z Amigi mogłyby zrobić lepiej. A Hogan? No cóż, w ringu był bogiem, ale w aktorstwie miał mniej ekspresji niż manekin z Ikei.
Widzowie? Było trochę fanów wrestlingu, którzy oglądali tylko dla Hogana. Było trochę fanów bikini i tropikalnych plaż. Ale generalnie – szału nie zrobiło. Serial nie dobił do drugiego sezonu i został zapomniany szybciej niż twój post na Naszej Klasie.
Dziś to jest kultowe guilty pleasure. Fani VHS-owych gniotów lat 90. wspominają to z łezką w oku, bo ma ten specyficzny klimat – taki „tak złe, że aż dobre”. Hulk Hogan + łódź + eksplozje + kobieta w bikini = czysta esencja telewizyjnego kiczu.
DLACZEGO TO JEST ZAJEBIŚCIE KULTOWE
Wiesz, dlaczego „Thunder in Paradise” przetrwał w pamięci, mimo że trwał tylko jeden sezon? Bo to jest, kurwa, definicja lat 90. na VHS-ie.
Masz wielkiego bohatera – Hogana, ikonę popkultury, co wyglądał, jakby mógł podnieść samochód jedną ręką.
Masz supergadżet – łódź „Thunder”, która jest tak nierealistyczna, że aż chcesz ją mieć jako zabawkę.
Masz kiczowaty klimat – bikini, plaża, słońce, akcja w tropikach.
Masz totalne przegięcie – rakiety, lasery, eksplozje, jakby budżet był 100 razy większy niż faktycznie.
To wszystko tworzy taki koktajl absurdu, że nawet jak serial ssie, to i tak chcesz go oglądać. To jest ten sam rodzaj gówna, co filmy VHS w wypożyczalniach z hasłami typu „SUPER HIT AKCJI”, a potem oglądasz i okazuje się, że to Hulk Hogan napierdala się z piratami na plaży.
THUNDER vs. RESZTA ŚWIATA
Dobra, pogadajmy szczerze – lata 80. i 90. to była jakaś pierdolona olimpiada na „super pojazdy”. Każdy serial musiał mieć swoją maszynę, co wyglądała jakby ją projektowali inżynierowie NASA na kwasie. Ale kiedy wchodzi na ring Thunder, cała reszta nagle zamienia się w stado kaczek na stawie. Dlaczego? Bo, kurwa, oni wszyscy nie potrafią pływać.
Weźmy takiego KITT-a. Okej, gada, ma komputer pokładowy mądrzejszy niż cały sejm razem wzięty, potrafi skakać nad ciężarówkami, a Michael Knight wygląda przy nim jak pół-bóg. Ale niech tylko KITT spróbuje wjechać do oceanu. Koniec, zatapia się jak telewizor kineskopowy wrzucony z balkonu. Thunder by mu tylko pomachał rakietą i powiedział: „do widzenia, filozofie na kółkach”.
Street Hawk – rakieta na dwóch kółkach, szybka, zwinna, taka trochę bestia z napędem na testosteron. Tyle że, kurwa, to motor. Na plaży? Zakopie się po samą kierownicę. W wodzie? Znika szybciej niż twoja wypłata w dzień po pensji. Thunder by go rozwalił nawet nie odpalając rakiet, tylko chlapiąc wodą z rozruchu. Koniec wyścigu, dziękujemy, motor na złom.
A teraz Airwolf – i tu się robi ciekawie, bo to helikopter bojowy, rakiety, turbo, maszyna czarna jak dusza teściowej. Na pierwszy rzut oka – oho, Thunder ma przejebane. Ale niech tylko Airwolf wleci trochę za nisko nad wodę… pyk, rotor w fale, i mamy śmigłowiec smażony jak karp wigilijny. Thunder odpływa w stronę zachodu słońca, a Airwolf tonie, zostawiając po sobie tylko bąbelki i smutek.
I teraz najlepsze: Thunder nie musi nic udowadniać. On się urodził w wodzie, żyje w wodzie i sra w wodzie. To jego świat. Thunder to jebany Posejdon na sterydach. On nie tylko przetrwa, on tam rządzi.
Tak więc sorry, fani KITTa, Street Hawka i Airwolfa – wasze zabawki są spoko, ale tylko na suchym lądzie. A kiedy w grę wchodzą fale, bikini, piasek i eksplozje w tle, wygrywa tylko jeden zawodnik. Thunder zawsze triumfuje, bo cała reszta maszyn dostaje sraczki na widok oceanu.
PODSUMOWANIE
„Thunder in Paradise” to serial, który chciał być drugim „Knight Riderem”, a wyszedł mu bardziej „Knight Rider na zasiłku”. To miał być Baywatch z rakietami, Hulk Hogan jako nowy Schwarzenegger, a łódź „Thunder” jako nowa ikona popkultury. W praktyce wyszło coś tak kiczowatego, że krytycy płakali, a widzowie albo zapomnieli, albo oglądają dziś z nostalgią i beką.
Ale, kurwa, mimo tego wszystkiego – albo właśnie dlatego – ten serial jest kultowy. To jest taki typowy VHSowy syfek, co oglądało się po nocach z kuzynem, zagryzając czipsy i myśląc: „wow, ale to jest zajebiste”. A dziś patrzysz i myślisz: „o Boże, jakie to głupie, kocham to”.
I wiesz co? Właśnie dlatego „Thunder in Paradise” jest zajebisty.





2 komentarze
Na litość boską sprawdzaj informacje przed publikacją. Thunder nie był katamaranem. Poprawiłem i dodałem informacje. Następnym razem wpierdol i do lochu.
Tak, był zajebisty. Dziś mam łódź RC stylizowaną na Groma.