Chack’n Pop, rok 1983 – czyli czasy, kiedy świat walił oranżadę w proszku na sucho, a Japońce z Taito klepali grę, która bije w ryj mocniej niż stary ojciec pasem po niedzielnej mszy. To nie jest kolejny retro kasztan do zakurzonej kolekcji – to jest złoty odłamek w gównie, błysk w ciemnej dupie lat 80.
Sterujesz tym żółtym mutantem – serio, wygląda jakby ktoś po pijaku zmieszał kurze jajo z balonem kondoma, potem nadmuchał to gówniane dzieło przy pomocy pompy rowerowej i jeszcze dopakował sterydami jak kulturystę przed zawodami w Pcimiu Dolnym. To nie jest żadna maskotka, to nie jest bohater z plakatów – to jest kurwa koszmar, który powstał w laboratorium, kiedy ktoś pomylił inkubator z mikrofalówką.
I co ten pojeb robi? Biega po ekranie jak chomik po koksie – z tą różnicą, że chomik przynajmniej wie, że kręci się w kółko, a ten skacze, odbija się i zapierdala, jakby mu ktoś wsadził dynamit w dupę i powiedział: „Masz 30 sekund na zabawę!”. Ale największy cios w ryj dostajesz, kiedy odkrywasz, że ten mutant ma w zanadrzu bomby.
Brzmi prosto? Guzik prawda. To nie jest Mario, gdzie biegniesz jak prostak w prawo, skaczesz na grzybki i udajesz, że jesteś herosem z jajami jak arbuzy. Tu każda bomba to hazard – gra w trzy kubki na bazarze u Janusza, gdzie zawsze i tak przegrasz, bo typ ma szybsze ręce niż twoja prawa przy RedTube. Wrzucisz bombę w złym momencie? Bum – sam siebie wysadzasz w powietrze, szybciej niż czajnik z wodą zostawiony na gazie, co robi „jeb” i zalewa kuchnię parą.
I tu właśnie leży piękno – ta mechanika nie wybacza, nie głaszcze cię po główce jak mama, kiedy dostaniesz pałę z matmy. Nie. To gra, która mówi: „Masz bombę? To spierdol se życie!”. Każdy rzut to balansowanie na krawędzi – jakbyś próbował rzygać z balkonu na trzecim piętrze i starał się nie ochlapać sąsiadki, co akurat wiesza pranie. Jak nie ogarniesz rytmu, to albo sam wylecisz w kosmos, albo przeciwnik zrobi z ciebie mielonkę szybciej niż wilk zająca w kreskówce.
Ta mechanika rozwala system, bo wymusza kombinowanie. Nie biegniesz na pałę. Nie masz drogi na skróty. Musisz myśleć, kurwa, jakby od tego zależała twoja emerytura. Każdy rzut to plan, każdy krok to hazard, a satysfakcja, kiedy trafisz idealnie – to jakbyś wreszcie trafił strumieniem sikania prosto do muszli po tygodniu libacji, bez ochlapywania deski i nóg. To uczucie triumfu, kurwa, jak wygrana w Totka, tylko w pikselach.
Plansze to klaustrofobiczny sadomaso-labirynt – korytarze ciasne jak majtki po praniu na 90 stopni, a na drodze stoją ci potwory wyglądające jak zgniłe parówki z Biedry – zielone, wkurwione, i gotowe zrobić cię w chuja w sekundę.
Grafika? Piksele tak grube, że można by nimi brukować drogę do Częstochowy. Kolory? Wygląda to jakby dziecko na kwasie zwymiotowało tęczą na kineskop, a ktoś uznał: „No, kurwa, sztuka nowoczesna!”. Ale właśnie w tym jest magia – ekran wali po oczach jak stroboskopy w wiejskiej dyskotece, a ty i tak nie możesz się oderwać.
I teraz najlepsze – Chack’n Pop to dziadek Bubble Bobbla, kurwa, nie ma dyskusji. To nie jest jakiś tam wujek z Ameryki, co raz do roku przywiezie ci paczkę gumy Donald. To jest ojciec, matka, chrzestny i kurwa jeszcze wujek pijak z wesela w jednym, cała rodzina zjebanych pomysłów, które potem wyhodowały gatunek platformówek logicznych jak grzyby po deszczu.
Wyobraź sobie: 1983, Taito robi Chack’n Pop – gra wygląda jak sraka w pikselach, ale w mechanice kryje się złoto. Trzy lata później bum – pojawia się Bubble Bobble, czyli te pierdolone dinozaury puszczające bąbelki, które robiły cię w chuja przez całe dzieciństwo. Pamiętasz? Stoisz przed telewizorem, wciskasz przyciski jak opętany, a i tak dostajesz wpierdol od różowych potworków. I skąd to się wzięło? Właśnie stąd, kurwa! Bez Chack’n Pop nie byłoby żadnych bąbelków, żadnych dinozaurów, żadnej radości i żadnej frustracji, kiedy ginąłeś jak ciota bo chciałeś spróbować z inną taktyką.
To jest fundament, kurwa, cała baza. Bez tej gry gatunek logicznych platformówek byłby jak bigos bez kapusty – czyli zwykła sraka, kupa mięsa pływająca w wodzie, nic nie trzyma się kupy, nikt tego nie chce jeść. Chack’n Pop to ten składnik, ten jebany klej, co spiął wszystko w całość. To tak, jakbyś wyjął alkohol z wesela – nagle połowa ludzi by się rozeszła do domu, a druga połowa powiesiła z nudów.
Wszyscy jarają się Bubble Bobblem, bo „ooo, jakie słodkie dinozaurki, jakie fajne bąbelki”, a mało kto pamięta, że to dzieciak Chack’n Popa, nieślubny bachor, który wyszedł z imprezy, gdzie rodzice zrobili sobie dobrze w garażu pełnym pikseli. To tak jakbyś się zachwycał GTA V, a nie wiedział, że dziadkiem jest jebany Pong. Bez dziadka nie ma wnuczka – prosta matematyka.
Dlatego jak ktoś powie, że Chack’n Pop to tylko „stara gierka z Pegasusa”, to mu pluj w ryj i przypomnij, że bez tego klasyka nie byłoby połowy twojego dzieciństwa. To nie jest retro pierdoła, to jest kamień węgielny. Taki, co jak go wyjmiesz, to cała ściana się zesra i runie.
Podsumowanie? Chack’n Pop to retro boski pierdolnik. Gra, w której frustracja smakuje lepiej niż zimne piwo na kacu, a wygrana daje więcej frajdy niż pierwszy strzał z fajki za szkołą. To nie jest kolejny kloc z epoki – to jebane arcydzieło, pikselowa symfonia chaosu, złoty klocek w muzeum gówna.
Kto nie doceni, ten ciota.
Grę bez problemów uruchomicie na jednym z tych emulatorów Pegasusa (NES’a).
Tak jak wciąż wspominam w moich wpisach, granie na emulatorach za pomocą klawiatury mija się z celem. Dlatego też polecam Wam te dwa modele padów:- 8Bitdo SN30 w cenie ok. 116 złotych (dostępny na Allegro, X-kom)
- 8Bitdo Ultimate C w cenie ok. 134 złotych. (dostępny na Allegro, X-kom)
Dziękuję za uwagę i życzę miłego grania !
Baloniki, bomby i chaos w labiryncie

- Oryginalna mechanika z bombami i eksploracją
- Kolorowa, charakterystyczna oprawa
- Ciekawy projekt poziomów jak na swoje czasy
- Mało intuicyjna rozgrywka
- Wysoki poziom trudności
- Powtarzalność
Nietypowy klasyk Taito – pomysłowy, ale trudny i mało przystępny dla nowych graczy.




