Witamy w pierdolonym świecie FIELD COMBAT – gównianej gry, która wygląda, jakby ktoś nasrał pikselami na ekran Atari 2600 i nazwał to „arcydziełem”. Serio, to jest taki chujowy miks strategii, akcji i graficznego wymiocinu, że nawet twój stary Pegazus wyje z bólu, że musi to odpalać. Ta gra to jak kac po weselu – wiesz, że będzie źle, ale nie spodziewasz się, że aż tak bardzo cię wyrucha.
To nie jest gra – to jest kurwa życiowy eksperyment NASA: „Zobaczmy, ile cierpienia człowiek wytrzyma, zanim zajebie się własnym padem”.
Bracia i siostry, wiecie, kto wysrał FIELD COMBAT? Japońskie studio Jaleco, rok pański 1985. Tak, kurwa, to nie przypadek – to były czasy, gdy ludzie jarali się Famicomem, a developerzy wymyślali cuda na kiju, bo wszystko wyglądało wtedy jak kupa w pikselach. Tyle że inni z tej kupy lepili perełki – Nintendo miało Mario, Konami miało Contra, Capcom miał swoje cuda… a Jaleco? Jaleco zrobiło FIELD COMBAT, czyli gówno w papierku po cukierku, które ktoś jeszcze miał czelność nazywać „innowacyjnym połączeniem akcji i strategii”.
Wyobraźcie sobie zebranie w Jaleco:
– „Chłopaki, zróbmy coś, co zmieni świat gier!”
– „Okej, a co powiecie na latanie UFO-sedesem, które przywołuje armię glutów na haju?”
– „GENIUSZ! Dajcie temu człowiekowi podwyżkę i trzy butelki sake!”
I tak właśnie powstała ta abominacja.
Pegazus (czyli nasz bazarowy NES-klon) nie wiedział, w co się pakuje. Bo w Japonii to gówno jakoś tam przeszło, może dzieciaki miały mało opcji, może telewizory były mniejsze, więc nie było widać, jak bardzo to pierdoli oczy. Ale u nas? Kto dostał to w kartridżu od wujka z giełdy, ten wiedział, że życie jest niesprawiedliwe.
Kurwa, jak to w ogóle działa? Startujesz w kosmicznym sraczu, który wygląda jak UFO sklecone z blachy falistej i butelki po Żubrze. Strzelasz do przeciwników, którzy bardziej przypominają spuchnięte gile wyciągnięte z nosa po grypie niż jakiekolwiek jednostki wojskowe. I nagle – uwaga – możesz „wezwać armię”. Ale, kurwa, armia? To nie armia! To banda bezrobotnych statystów z teleturnieju „Idź na śmierć i się nie pytaj”. Biegną na ekran jakby szukali sracza po kebabie i zdychają szybciej niż twoje nadzieje na to, że ta gra kiedykolwiek stanie się grywalna.
Sterowanie? HAHAHA. Człowieku, to nie sterowanie – to walka z losem. Masz wrażenie, że pad sam z tobą gra w grę „Zgadnij, gdzie się teraz zjebałem”. Każdy ruch twojego UFO-sedesu to jakbyś prowadził tira po lodzie, mając w rękach zamiast kierownicy parówkę i banana.
A teraz, kurwa, największy cios w ryj – muzyka. To nie jest soundtrack, to jest jebany zamach na twoje uszy. Wyobraź sobie, że chomik dostał speeda, wsadził łeb w mikrofalówkę i w tym stanie napierdalał w klawisze Casio. Dźwięki są tak ostre, że po pięciu minutach masz ochotę wyrwać sobie bębenki korkociągiem. Pegazus nie gra, Pegazus cierpi – i razem z nim cierpisz ty.
Grafika? To nie grafika, to wizualny wylew. To wygląda, jakby przedszkolak po trzech energetykach rysował wojnę kredkami świecowymi, a potem ktoś to zeskanował przez stary skaner Musteka. Piksele migają jak choinka na koksie, kolory gryzą się gorzej niż wujek Janusz z ciocią Krysią przy stole wigilijnym. I człowieku, ty próbujesz w to grać – to jest, kurwa, prawdziwa tortura.
I wiesz co jest najgorsze? Ta gra wciąga… wciąga cię w spiralę nienawiści do samego siebie. Bo siedzisz, grasz, bluzgasz, wiesz, że tracisz cenne minuty życia, ale ciągniesz dalej – jak alkoholik, który mówi „jeszcze jedno piwo i koniec”. Tylko że tu każde „jeszcze jedno” to kolejna cegła w twoim osobistym piekle retrogracza.
Podsumowanie? FIELD COMBAT to pierdolony cyrk dla masochistów. To nie rozrywka – to kara za grzechy, których jeszcze nawet nie zdążyłeś popełnić. Jeśli ktoś mówi, że zna gorszą grę – to kłamie, kurwa, bo to jest Mount Everest szmiry, Giewont gówna, samolot samobójca w bibliotece Pegazusa.
Krótko: chcesz się pośmiać? Odpal YouTube. Chcesz się ponapierdalać? Idź na siłkę. Chcesz rozjebać sobie mózg i wkurwić sąsiadów dźwiękami kosmicznego pierdolenia? Odpal FIELD COMBAT – gwarancja, że będziesz miał dość życia szybciej niż ci się wydaje.
Grę bez problemów uruchomicie na jednym z tych emulatorów konsoli NES/Pegasus, zaś sama grę bez problemów znajdziecie na jednej z tych stron.
Tak jak wciąż wspominam w moich wpisach, granie na emulatorach za pomocą klawiatury mija się z celem. Dlatego też polecam Wam te dwa modele padów:- 8Bitdo SN30 w cenie ok. 116 złotych (dostępny na Allegro, X-kom)
- 8Bitdo Ultimate C w cenie ok. 134 złotych. (dostępny na Allegro, X-kom)

- Ciekawy pomysł dowodzenia jednostkami
- Prosta, strategiczno-akcyjna rozgrywka
- Wyróżnia się na tle typowych shooterów z epoki
- Mało intuicyjne sterowanie
- Powtarzalność i chaos na ekranie
- Przestarzała oprawa
Nietypowa mieszanka strategii i akcji – ciekawa, ale chaotyczna i szybko się starzeje.




