RETRO

Dlaczego w Polsce Pegasus odniósł większy sukces niż NES ?

Dla całego świata dzieciaki w latach 80. i 90. biegały po salonach z oryginalnym Nintendo Entertainment System. W Japonii Famicom, w USA NES, w Europie elegancko w sklepach, w kolorowych pudełkach.
A w Polsce?
W Polsce dostawałeś plastikowego Frankensteina zwanego Pegasusem, kupionego na bazarze obok spodni dresowych z trzema paskami (ale nie od Adidasa). I wiesz co? To było piękne.

NES – konsola legendarnych krajów zachodu

NES to był prawdziwy mercedes w świecie gier. Solidny, pachnący nowością, z logo Nintendo, które błyszczało jak złoty łańcuch u króla osiedla. Pudełko prosto z Japonii wyglądało jak skrzynia ze skarbem, a w środku znajdowałeś nie tylko konsolę, ale i obietnicę, że Twoje dzieciństwo będzie wyglądało jak reklama w amerykańskiej telewizji – szczęśliwe dzieciaki, cola w puszce i zero problemów z kartridżami.

Pady? Betonowe. Można było nimi rzucić w brata, potem w psa, a i tak dalej działały. W dodatku te ostre kanty wżynały się w dłonie tak, że do dziś niektórzy czują blizny nostalgii. A muzyka? Brzmiała tak, jakby mała orkiestra 8-bitowych aniołków grała Ci koncert na urodziny. Miyamoto faktycznie musiał mieć dobry wieczór z sake, skoro wymyślił taką maszynę.

Problem w tym, że w Polsce NES-a widziałeś tylko w gazetach, na plakatach i w katalogach „Otto” obok koszuli w kratę i rolek, które i tak nigdy nie dojechały pocztą. Cena była tak kosmiczna, że szybciej mogłeś kupić używanego poloneza albo cały zestaw meblościanki niż oryginalnego NES-a. Jak ktoś w bloku mówił, że ma Nintendo, to wszyscy wiedzieli, że albo ma rodzinę w Ameryce, albo kłamie tak samo, jak ten typ od „Mortal Kombat na Pegasusie”.

W praktyce NES w Polsce był jak jednorożec – wszyscy słyszeli, nikt nie widział. I nawet jak ktoś naprawdę miał, to i tak wszyscy woleli Pegasusa, bo tam był kartridż „500 in 1”, a na NES-ie jedna biedna gra. No sorry, kto w latach 90. wybierał minimalizm?

Pegasus natomiast był jak Passat w dieslu – każdy miał, każdy znał i każdy miał kolegę, który znał trik, żeby „kartridż złapał” (czytaj: dmuchnij tak, jakbyś chciał ugasić pożar w bloku).
To była konsola do wszystkiego: do Mario, Contry, strzelania do kaczek pistoletem świetlnym, ale też do tego, żeby brat złamał Ci pada, a Ty musiałeś grać na tym drugim – z turbo, który włączał się tylko wtedy, kiedy nie chciałeś.

Trochę historii, czyli jak Pegasus wleciał do Polski jak kometa z Tajwanu

Były to piękne, dzikie lata 90., kiedy na polskich bazarach można było kupić wszystko – od skarpetek Adidos, przez perfumy „Czanel N°5”, aż po kasety VHS z nagranym Predatorem z niemieckim lektorem. To był złoty czas przedsiębiorczości, kiedy co sprytniejszy rodak zamieniał malucha na mercedesa, sprowadzając różne cuda z Dalekiego Wschodu.

I właśnie wtedy na scenę wchodzi Pan Marek Jutkiewicz – człowiek, który zaczynał od importu ciuchów z Azji, a skończył jako ojciec chrzestny polskiej domowej rozrywki. Podczas jednej z wypraw biznesowych natknął się na coś, co błysnęło w jego oku mocniej niż złoty łańcuch z Pewexu – była to tajwańska podróbka konsoli Famicom, czyli Micro Genius Famiclone. Innymi słowy: kopia kopii, ale z potencjałem.

Oryginalny Famicom w Japonii i jego brat NES w USA robiły wtedy furorę – sprzedawały się w milionach egzemplarzy. Ale w Polsce? Tutaj mało kto wiedział, że coś takiego w ogóle istnieje. Ba, przeciętny Kowalski kojarzył „komputer do gier” raczej z Atari albo Commodore, a nie z jakimś tam Famicomem. Ale to się miało zmienić.

Do gry wszedł jeszcze znajomy Pana Marka – Dariusz Wojdyga, który zobaczył w tym biznes życia. Razem założyli w 1992 roku firmę BobMark International i wpakowali w nią, jak na tamte czasy, kosmiczne pieniądze. I tak narodził się nasz swojski bohater – Pegasus.

Magia była prosta: podłączasz plastikowe pudełko do telewizora i od razu grasz. Żadnych komend w DOS-ie, żadnego czekania, aż gra wczyta się z kasety magnetofonowej. Tutaj wkładasz kartridż, naciskasz „Start” i już jesteś Mario, który skacze po grzybach jakby były dopalaczami. To była domowa rewolucja – i to w cenie, którą można było ogarnąć nawet z kieszonkowego albo z pierwszej komunii.

Klony Pegasusa, czyli mogło być jeszcze gorzej.

terminator
Terminator, czyli klon Pegasusa.

Ale na Pegasusa i tak nie mogliśmy narzekać. Sprowadzała go do Polski firma BobMark – brzmiało to dumnie, trochę jak nazwa nowego karabinu z radzieckiej fabryki, ale w praktyce oznaczało tyle, że miałeś jako-taką gwarancję. Jak pad Ci się rozleciał po tygodniu, to mogłeś (spróbować) go oddać i dostać nowy – równie gówniany, ale świeżo pachnący plastikiem. To był luksus!

Na drugim końcu ringu były jednak bazarowe perełki – podróby tak skasztanione, że śmierdziały radioaktywnym plastikiem na pół mieszkania. Konsola ważyła tyle, co dwa jajka, w środku pewnie było mniej elektroniki niż w zegarku z odpustu, a przyciski w padzie klikały jakbyś naciskał kapsle po Żubrze. Zasilacz? Iskrzył jak choinka, czasem grzał się do temperatury piekarnika, ale kogo to obchodziło – najważniejsze, że wciąż mogłeś pograć w Mario. I to było piękne: nieważne czy miałeś Pegasusa z Bobmarka, czy bazarową podróbę z krzywą naklejką „SUPER PEGASUS 9999”, i tak skakałeś po grzybkach jak król życia.

Pady do Pegasusa to była osobna kategoria dramatu i zarazem szkoła życia. One psuły się od samego patrzenia – serio, wystarczyło na nie krzywo spojrzeć, a już przycisk A zapadał się w obudowę jak Titanic w Atlantyk. Krzyżak? Potrafił się wyłamać po trzech rundach w Teenage Mutant Hero Turtles: Tournament Fighters , więc nagle skakałeś zamiast bić, biłeś zamiast blokować i kończyłeś z pięścią w nosie.

Pegasus IQ-502
Pegasus IQ-502

Kabel lubił się ukręcić szybciej niż Ty zdążyłeś przejść pierwszego bossa w Contrze. Najczęściej właśnie wtedy, gdy miałeś życiówkę i nagle ekran stawał, a Ty zamiast strzelać, wpatrywałeś się w smętną, poskręcaną spiralkę kabla. A plastik obudowy? Pękał od samego entuzjastycznego wciśnięcia „Start”, tak jakby sam pad nie wierzył, że jeszcze raz chcesz się katować w Ghosts ’n Goblins.

I żeby nie było za łatwo – klony NES miały dwie różne wielkości wtyczki. Więc jeśli pad Ci padł (hehe, nomen omen) i chciałeś pożyczyć od kolegi, to oczywiście – nie pasował. Patrzyłeś na ten piękny kontroler z Turbo, Resetem i magicznymi naklejkami, które wyglądały jakby narysował je pijany grafik Paintem, ale Twoja konsola mówiła: „haha, nie dzisiaj, frajerze”.

Efekt? Zostawałeś z jednym działającym padem, a brat dostawał ten z popsutym krzyżakiem. I zaczynała się wojna stulecia: kto gra Mario, a kto Luigi. Każdy wiedział, że Luigi to była kara, a jak ktoś mówił „ja wolę grać Luigim”, to wiadomo było, że kłamie i próbuje Cię zrobić w konia.

Dlaczego w Polsce Pegasus odniósł większy sukces niż NES ?

Bo Pegasus był nasz. Oryginalny NES nie miał szans, bo kto normalny w Polsce lat 90. wydałby równowartość miesięcznej pensji rodzica na konsolę z Japońca, skoro na bazarze obok budki z butami i pirackimi kasetami VHS leżał Pegasus w pełnej krasie? NES był za drogi, a Pegasus za milion (góra dwa…) dawał Ci wszystko, czego dusza pragnęła – Mario, Contrę, a czasem nawet Tetrisa w 14 różnych wariantach.

Do tego te legendarne kartridże „500 in 1”, gdzie faktycznie były trzy gry, tylko w 497 kolorystycznych odmianach. Ale kogo to obchodziło? Brzmi poważnie: pięćset gier w jednym kawałku plastiku! To jakbyś dostał Netflixa na kasecie VHS. NES ze swoimi oryginalnymi kartridżami wyglądał przy tym jak biedny kuzyn, co ma tylko jedną zabawkę i nie pozwala dotykać.

I najważniejsze – Pegasusa kupowało się na bazarze, bądź w pobliskim sklepie z elektroniką. Cała magia transakcji: mama targująca się z wąsatym sprzedawcą, obok pachniała wata cukrowa, a zza rogu leciał hit Boys – Jesteś szalona. Do tego gratis wpychali Ci pistolecik świetlny, który miał działać „na pewno” i dodatkowy pad z Turbo, które czasem tylko udawało, że istnieje.

Pegasus to był chrzest bojowy pokolenia. To on zrobił z nas graczy. To przez niego dzisiaj płacisz abonament na PS Plus i odpalasz gry na telewizorze z 4K HDR, a wtedy… wtedy płaciłeś koledze dwie dychy, żeby pożyczył Ci kartridż z Tankami. I nie było marudzenia – albo płacisz, albo grasz w Duck Hunta na wytłuczonym pistolecie, który celował wszędzie, tylko nie tam, gdzie trzeba.

Może cię zainteresować:

Emulujemy Nintendo 64 na PC (M64Py)

Kabson

Jak Nintendo przeszło drogę z kart do gry do światowego giganta gier wideo

Emumaniak

Nosferatu (1994)

Kabson

The Battle of Olympus (1988)

Kabson

40 Winks na Game Boy Color, rom w końcu dostępny !

Kabson

Krótka historia piractwa na konsolach

Emumaniak

Zostaw komentarz