Nintendo NES

Friday the 13th (1989)

W 1989 roku marka Friday the 13th miała już za sobą sześć filmów. Jason zdążył się utopić, wrócić, zostać przebity, powstać z martwych i generalnie robił za czołg w masce hokejowej, którego nic nie rusza. To był moment, kiedy seria była na fali – horrorowy fast food, co roku nowa część, dzieciaki waliły drzwiami i oknami do kin, a producenci liczyli zielone. Wtedy LJN pomyślało: „ej, przecież dzieciaki uwielbiają NES-a, weźmy Jasona i zróbmy z tego grę, to zarobimy dwa razy – na filmach i na graczach”.

Tylko że zamiast zrobić grę czysto filmową – gdzie Jason gania po obozie i sieka każdego – Atlus (bo to oni kodzili ten bajzel) postanowił połączyć pół setki pomysłów. W efekcie mamy miks inspiracji z całej serii: Jason wyskakuje znikąd, masz pseudo-klimat lasu i jeziora, jego mama pojawia się jak boss niczym z Castlevanii, a cały syf z zombie i nietoperzami wygląda, jakby ktoś oglądał horrory na VHS-ach w przyspieszonym tempie i wrzucał „co się przypałętało”.

I co najlepsze – gra wyszła tylko w Ameryce Północnej. Japonia? Europa? Gówno, nie dostali. Dlatego w Polsce czy na Zachodzie większość ludzi poznała ją dopiero przez importy, emulację

Friday the 13th na NES-ie to jebana dziwaczna hybryda, która powinna była się rozpaść na drobne kawałeczki, a jednak ma w sobie coś, co sprawia, że wracasz do niej z uśmiechem i chęcią rzucenia kontrolera o ścianę. To jedna z tych gier, które są równocześnie urokliwie popsute i dziwnie satysfakcjonujące — LJN zrobiło bumelanckie cudo pełne pomysłów, które próbują naraz wszystkiego: survival, labirynty, bijatyki w stylu Punch-Out!, elementy przygodowe i zombie, bo kurwa, czemu nie. Ambicja przerosła ich możliwości i wyszło jak wyszło — frankenstein z pikseli, który w październiku potrafi dać klimat, a resztę czasu spędzasz na przeklinaniu sterowania i błędów projektowych. Ocena? Dla mnie to 7/10 — bo ma momenty, ma jaja, ale też tyle wad, że można nimi obdzielić trzy mniejsze gry.

Friday the 13th

Fabuła

Fabuła to klasyczny skrót z instrukcji: Crystal Lake, kolonia, siedmiu opiekunów i jeden kurwa bezwzględny Jason, który postanowił zrobić generalne sprzątanie. W manualu jest parę zdań wyjaśnienia, a w grze — jeszcze mniej; cała narracja jest porozrzucana jak zawartość kieszeni po szarpaninie. Do tego dorzucono zombie, wilki i nietoperze, bo ktoś stwierdził, że każdy horror musi mieć szerszy wachlarz wrogów; robi to mieszankę trochę chaotyczną i odklejoną od filmowego klimatu, ale z drugiej strony pasuje do tej popieprzonej, pikselowej wersji świata. Czasami wygląda to tak, jakby developerzy pracowali nad inną grą, a potem w biegu przykleili etykietę „Friday the 13th” — i to widać. Mimo wszystko historia spełnia swoje zadanie: masz motywację — ratować dzieciaki, znaleźć przedmioty i w końcu spróbować wykończyć Jasona. Tylko że żadna z tych czynności nie została zaprojektowana z głową, więc polega tu więcej na improwizacji, szczęściu i znajomości ukrytych mechanik niż na porządnym prowadzeniu gracza przez fabułę.

Wykonanie

Friday the 13th 4

Gra wygląda lepiej niż można by sądzić — jak na NES-a z 1989 roku ma swoje momenty: sprite’y, detale, a sam Purple/Cyan Jason to mem i ikona, której nikt nie spodziewał się zobaczyć. Muzyka i dźwięki? Typowe dla epoki: chirpy, trzeszczące, chwilami całkiem klimatyczne, chwilami denerwujące jak budzik o szóstej rano. Problemem jest projekt poziomów i ergonomia — lasy i jaskinie to labirynty zaprojektowane po pijaku: strzałki pomocnicze są często zasłonięte, w ciemnych miejscach brak jasnych wskazówek, a mapa — serio, ta mapa — jest zbyt duża i nieprzyjazna. Sterowanie ma momenty, kiedy decyduje, że teraz idziesz w prawo, a potem sam nie wie dlaczego skręciłeś w lewo; to szamotanie się wygląda jakby ktoś zaprojektował logikę ruchu trzymając palec na spinaczu. Walki z Jasonem, które zmieniają się w coś na kształt spierdolonego Punch-Out!, to osobna tragedia — mechanika przypomina znany tytuł, ale balans, timing i responsywność są popieprzone, co więcej frustruje bardziej niż bawi. Produkcyjnie LJN i Acclaim włożyli w to kawał pracy, ale nie dopilnowali sensownego szlifu — wyszła więc estetyczna chała z kilkoma świecącymi perełkami.

Rozgrywka

Friday the 13th 10

Mechanicznie jest tu wszystko i nic: biegasz po zbyt dużej mapie, zbierasz zdrowie, nóż, maczetę, pochodnię, zapalniczkę i klucze — rzeczy, których kombinacja decyduje o tym, czy w ogóle masz szansę skończyć grę bez rzucenia padem w kaloryfer. System alarmów (ten jebany pikający sygnał, gdy Jason kogoś ubija) daje chwilowe napięcie — „kurwa, musisz biec!”, ale często kończy się na tym, że tracisz pół mapy na bieganie w pustkę. Itemy czasem wypadną z zombie, czasem leżą w krzakach — czysto losowe, więc bez internetu i walkthroughów można się tu pogubić szybciej niż w labiryncie minionych decyzji projektantów. Walki w chatkach — Punch-Out! tylko gorsze — wymagają konkretnego timing’u, którego gra często nie respektuje; przeciwnicy bywają pixel-perfect i jebią cię z miejsca, zanim załapiesz, co się stało. Największym grzechem jest jednak ambicja: za dużo elementów, za słaba realizacja każdego z nich. Gdyby zmniejszyli mapę, uprościli mechaniki i dopracowali sterowanie — mielibyśmy mroczny, klaustrofobiczny horror z fajnym przebłyskiem geniuszu. Tak jest — gra ma klimat i momenty, które potrafią zaskoczyć i rozbawić, ale częściej dostajesz frustrację, pot i klątwy. Mimo to — raz na jakiś czas, z piwem i nastrojem na retro-sadomasochizm — Friday the 13th nadal daje radę. Kurwa, to dziwne, ale prawdziwe.

Galeria

Friday the 13th na NES-a to taki dziwoląg z ambicjami, który próbuje być horrorem, przygodówką i bijatyką w jednym, a kończy jako popieprzony miks frustracji i klimatu. Z jednej strony masz Jasona w popowej wersji fiolet + turkus, lasy i obóz pełne napięcia, a z drugiej — sterowanie jak po pijaku, za dużą mapę i system walki, który przypomina Punch-Out! w trybie „naćpany emulator”. To nie jest gra idealna, ale kurwa — ma charakter, i dlatego nadal warto ją odpalić.

Więc jak już masz dość latania Mario po grzybach albo rzygasz pikselami po kolejnej turze w Contrze, weź sobie w przerwie sprawdź Friday the 13th. Przeklniesz, pośmiejesz się, a może nawet docenisz, że w 1989 ktoś miał jaja wsadzić Jasona na NES-a.

Grę bez problemów uruchomicie na jednym z tych emulatorów konsoli NES/Pegasus, zaś sama grę bez problemów znajdziecie na jednej z tych stron.

Tak jak wciąż wspominam w moich wpisach, granie na emulatorach za pomocą klawiatury mija się z celem. Dlatego też polecam Wam te dwa modele padów:
  • 8Bitdo SN30 w cenie ok. 116 złotych (dostępny na Allegro, X-kom)
  • 8Bitdo Ultimate C w cenie ok. 134 złotych. (dostępny na Allegro, X-kom)
Sam używam 8Bitdo Ultimate C niemal od roku i nie mam z nim żadnych problemów. 
3.7
Przeciętna
Friday the 13th

Jason nie śpi, ale gracz prawie zasypia ze strachu (i frustracji)

🕹 LJN📅 19894-6h
Ocena czytelników
Bądź pierwszy!
Friday the 13th
Grafika4
Muzyka4
Gameplay3
Plusy
  • Nietypowe podejście do licencji horroru (eksploracja + survival)
  • Klimatyczna muzyka i atmosfera jak na NES
  • Duży, otwarty teren jak na epokę
Minusy
  • Chaotyczny i nieintuicyjny gameplay
  • Frustrujący poziom trudności
  • Słabe wyjaśnienie mechanik (łatwo się zgubić)
Podsumowanie

Ambitny, ale chaotyczny survival horror na NES – klimatyczny, lecz bardzo frustrujący i niejasny.

Może cię zainteresować:

Scaler (2004)

Kabson

Lolita Syndrome (1983)

Kabson

Ultimate Mortal Kombat 3… na Pegasusa?!

Kabson

3dSen 1.0 już dostępny na Steam – emulator NES w pełnym 2.5D!

Kabson

X-Men: Mutant Academy 1&2 (2000/2001)

Kabson

Terminator 2: Judgement Day (1991)

Kabson

Zostaw komentarz