Hej, fani retro! Wiem, że PlayStation, ten legendarny „szarak”, to dla wielu z was świętość, niemal relikwia z czasów, gdy gry pachniały nowością, a logo Sony świeciło jak boskie objawienie. Wszyscy pieją z zachwytu: rewolucja w grach, ikona lat 90., zmieniło gaming forever! — i jasne, coś w tym jest. Ale przestańmy się oszukiwać. Czas na brutalną prawdę: PSX to trochę taki nadmuchany balon — piękny, błyszczący, ale jak się go mocniej ściśnie, to pęka z hukiem. Bo choć na tej konsoli wyszły arcydzieła, które przeszły do historii, to obok nich zalega morze crapu, który nigdy nie powinien ujrzeć światła dziennego.
I nie mówię tego, żeby was wkurzyć. No dobra, może trochę. Ale serio, ktoś musi w końcu powiedzieć głośno to, co wszyscy wiemy, ale boimy się przyznać: PlayStation było jednocześnie najlepszą i najbardziej przereklamowaną konsolą swoich czasów.
Kiedy ilość przestała znaczyć jakość
Zacznijmy od faktów. W samej tylko Europie ukazało się około 1500 unikalnych tytułów na PSX. Brzmi imponująco, co nie? Ale ile z tego to faktyczne perełki, a ile to dno, przez które nawet twój pies nie chciałby się przekopać w poszukiwaniu smakołyka?
Owszem, było kilka genialnych gier, które do dziś wywołują ciarki: Metal Gear Solid, Gran Turismo, Final Fantasy VII, Crash Bandicoot, Tekken 3… klasyki, o których można pisać eseje. Ale reszta? To często eksperymentalne gnioty, które wyglądały jak projekty zaliczeniowe studentów informatyki po trzech Red Bullach.
PSX padł ofiarą własnej „rewolucji”. Sony wypuściło konsolę, która wciągnęła świat w 3D, ale… ten świat nie był jeszcze gotowy. Każdy chciał być nowoczesny, więc każdy wciskał trójwymiar tam, gdzie nie miał prawa działać. Efekt? Gry, które wyglądały jak z koszmaru developera — kanciaste modele, rozłażące się tekstury, animacje jak z teatrzyku kukiełek i gameplay, który próbował być poważny, ale kończył jako parodia sam siebie.
Złota era 2D i grzech pychy Sony
Pamiętacie erę 16-bitowców? SNES, Mega Drive – tam królowało 2D. Sprite’y, pixel art, czysta zabawa bez udawania, że to Hollywood. Gry były proste, ale dopieszczone, dopracowane, przemyślane. Każdy pixel miał znaczenie.
A potem przyszedł PSX, cały na szaro, i powiedział: „Trójwymiar albo śmierć!”
I wtedy zaczęła się tragedia. Zamiast pięknych, płynnych platformówek dostaliśmy „realistyczne” światy złożone z brył przypominających Lego po przejściach. Większość twórców rzuciła się na 3D jak na promocję w Biedronce, nawet jeśli kompletnie nie miała pojęcia, jak to ugryźć. Mniejsze studia, zamiast robić ładne 2D tytuły w stylu SNES-a, pakowały się w ambitne projekty 3D, które kończyły się katastrofą.
A przecież PSX potrafiłby zrobić piękne 2D! Wystarczy spojrzeć na takie tytuły jak Castlevania: Symphony of the Night czy Megaman X4 – one do dziś wyglądają bajecznie. Ale Sony i rynek poszli w ślepy zaułek – 2D było „niemodne”, „dziecinne”. Trzeba było robić „realne 3D”, choćby kosztem grywalności, bo przecież tak robi przyszłość!
Rezultat? Setki gier, które dziś wyglądają jak wczesna wersja Minecrafta, tylko bez ironii i uroku.
Kiedy 33 MHz próbowało udawać NASA
Żeby zrozumieć, czemu tak to wyglądało, trzeba spojrzeć na bebechy PSX-a. Procesor 33 MHz, 2 MB RAM-u, do tego napęd CD, który brzmiał jak startujący odkurzacz. W 1994 roku to był cud techniki, ale już wtedy wiadomo było, że cud ma swoje granice.
Niektóre gry próbowały robić cuda – realistyczne oświetlenie, tekstury jak z filmu, motion capture. Problem w tym, że konsola zwyczajnie tego nie udźwignęła. I tak kończyło się na „drgających teksturach”, rozłażących się poligonach i efektach specjalnych, które wyglądały jak glitch, a nie zamierzony efekt.
Pamiętacie to charakterystyczne „pływanie” ścian w Tomb Raiderze? Albo jak Gran Turismo przy większej prędkości zamieniało się w pokaz pikseli, bo tekstury drżały jak galareta na wietrze? To nie był „styl graficzny” – to była techniczna agonia.
A mimo to… miało to swój urok, a więcej o konsoli PlayStation przeczytacie tutaj.
Wielcy zwycięzcy epoki – czyli kiedy 3D działało

Żeby nie było – nie hejtuję wszystkiego. Bo gdy developerzy wiedzieli, co robią, PSX potrafił błyszczeć.
Spójrzcie na oceny z Metacritic (czy raczej ich duchowy odpowiednik z epoki, bo wtedy Internet ledwo raczkował):
Tony Hawk’s Pro Skater 2 – 98/100. Po prostu arcydzieło. Płynne, dynamiczne, grywalne do bólu.
Tekken 3 – 96/100. Do dziś jeden z najlepszych fighterów ever.
Gran Turismo – 96/100. Symulator jazdy, który ustawił poprzeczkę tak wysoko, że niektóre gry do dziś jej nie przeskoczyły.
Final Fantasy IX – 94/100. Japońska bajka o sercu, honorze i czarodziejach, w której pre-renderowane tła wyglądały lepiej niż niejedno współczesne 3D.
Metal Gear Solid – 94/100. Tutaj Hideo Kojima pokazał światu, że gry mogą być jak filmy.
Te tytuły udowodniły, że PSX potrafił, jeśli tylko ktoś miał wizję, budżet i odrobinę rozumu.
A potem przyszło dno. I to głębokie.

Bo za każdą legendą stoi armia porażek. Mortal Kombat: Special Forces – 28/100. Toporny, brzydki, niegrywalny. The Simpsons Wrestling – 32/100, bijatyka tak drewniana, że aż słychać było skrzypienie. Celebrity Deathmatch – 32/100, czyli „bijemy celebrytów, ale nikt się nie śmieje”. A Batman: Dark Tomorrow? Zawstydzająco złe 3D, które robiło krzywdę samej postaci Batmana.
To były gry, które nie musiały być złe. Gdyby ktoś zamiast pchać się w 3D zrobił klasyczną, ładną bijatykę 2D – dziś wspominalibyśmy je z sentymentem, a nie jako wstydliwy epizod historii.
Ale nie, „bo 3D to przyszłość!”. I tak oto połowa katalogu PSX wyglądała jak poligon testowy, a nie komercyjny produkt.
Czy naprawdę było aż tak źle?
Sam się czasem zastanawiam, kto kupował tę masę niegrywalnego badziewia. Przecież nawet bez Internetu, zaglądając do ówczesnej prasy konsolowej albo pytając kolegów, można było spokojnie odsiać ziarno od plew. Ale skoro tyle tego się sprzedawało – to znaczy, że rynek to wciągał jak gąbka.
I wiecie co? To w sumie ma sens. Każda moda ma swoje ofiary. Gdy wszyscy mówili: „3D to przyszłość!”, gracze chcieli 3D. Nieważne jakie – byle było „nowoczesne”. Wtedy nawet byle klocek z nogami robił wrażenie, jeśli można go było obejść dookoła kamerą.
Zresztą, jak się dobrze zastanowić – na NES-ie i SNES-ie też były setki śmieciowych gier. Może nawet więcej procentowo niż na PSX. Po prostu zapomnieliśmy o nich, bo nikt ich nie emuluje, nikt ich nie wspomina, a nazwy dawno wyblakły z pamięci.
2D kontra 3D – wojna, której nikt nie mógł wygrać

Nie da się ukryć, że w tamtych czasach 2D było skazane na wymarcie. Nawet jeśli ktoś miał pomysł na świetną grę w sprite’ach, wydawca kręcił nosem. Bo 2D było „niemodne”, „retro”, „dziecięce”. Kto chciał ryzykować pieniądze na grę, która wygląda jak z poprzedniej generacji, skoro obok Tomb Raider robił furorę, a Tekken przyciągał tłumy do salonów gier?
Jasne, w RPG-ach to miało sens – estetyka, tradycja, pre-renderowane tła. Ale poza tym? 2D zniknęło, jakby ktoś wyciągnął wtyczkę.
Czasem liczy się charakter, nie liczba poligonów

I mimo całej tej krytyki – PSX miał coś, czego nie da się zmierzyć w megahercach ani poligonach. Charakter.
Tak, 3D było kulawo. Tak, tekstury drżały jak galareta. Tak, czasem gra wyglądała jak rozlany olej na ekranie. Ale mimo to – każda miała duszę. Nawet ten nieudolny realizm miał swój klimat.
Niektóre gry wyglądały źle, ale grało się w nie dobrze. Wystarczyło, że miały coś – pomysł, muzykę, fabułę, klimat. A resztę dopowiadała wyobraźnia.
Dziś patrzymy na to przez pryzmat nostalgii. Bo dla wielu z nas PSX to pierwsza prawdziwa konsola – ta, przy której człowiek siedział po nocach, zapisując na karcie pamięci każdy checkpoint i ciesząc się z loga Sony jak z Bożego Narodzenia.
Podsumowując: Rewolucja, która kulała, ale jednak zmieniła świat

PlayStation to cudowny przypadek w historii gier – sprzęt, który pchnął branżę naprzód, mimo że sam często potykał się o własne nogi. To konsola pełna skrajności: z jednej strony Metal Gear Solid i Final Fantasy IX, z drugiej Simpsons Wrestling i Spec Ops: Ranger Elite.
Czy była przereklamowana? Trochę. Czy była rewolucyjna? Zdecydowanie.
Bo w tym całym bałaganie 3D, w tych drgających teksturach i topornych modelach, narodził się nowy język gier. I choć nie wszystko wyszło, jak trzeba – to właśnie PSX był tym miejscem, gdzie twórcy uczyli się, jak wygląda przyszłość.
A wy jak to pamiętacie? Byliście w drużynie „3D albo śmierć”, czy tęskniliście za sprite’ami z SNES-a? Może mieliście jakieś ulubione zapomniane perełki z PSX-a, które wbrew opiniom wszystkich były dla was magiczne?
Dajcie znać w komentarzach – czy PlayStation faktycznie było świętą krową graczy, czy może po prostu dobrze wypromowanym przerostem formy nad treścią?

1 komentarz
„Marketing i image – PS1 był cool, młodzieżowy, pokazywany w klubach z „Wipeout” i neonami. Saturn wyglądał jak dziadek w kapeluszu i wełnianym swetrze, który próbuje zrobić breakdance.” Grzech pychy powrócił.