Kiedy w latach 90. przynosiłeś z targu kartridż, wpychałeś go w slot Pegasusa i na ekranie twojego wysłużonego TV z „dupą” pojawiało się charakterystyczne, tęczowe logo LJN, po plecach przechodził zimny dreszcz. To był znak, że najbliższe popołudnie spędzisz na walce z koszmarnym sterowaniem, detekcją kolizji z piekła rodem i projektami poziomów, które prawdopodobnie powstały podczas suto zakrapianej imprezy integracyjnej. Ta firma to był growy odpowiednik zakalca – taśmowo wypuszczali na rynek elektroniczne tortury oparte na licencjach filmowych.
Ale uwaga, wstrzymajcie konie! W 1987 roku wydali Jaws, grę na motywach czwartej części Szczęk. I wiecie co? Zamiast zgrzytania zębów, czekało tu na nas całkiem sporo miodności. Jakim cudem?
Odpowiedź jest prosta i wali po oczach niczym flesz aparatu: za kod tej gry nie odpowiadały wesołe ludki z LJN, ale japońscy koderzy z Westone. Tak, dokładnie ci sami magicy, którzy dali światu genialnego Wonder Boya. Mając w pamięci ich rodowód, wszystko zaczyna nabierać sensu. Jaws nie jest bezmyślnym tupaniem w prawo i praniem po pyskach wszystkiego, co się rusza. Chłopaki z Japonii poszli po bandzie i wpakowali do 8-bitowej gry akcji… mechaniki RPG!
Rozgrywka dzieli się na dwa etapy. Najpierw bujamy się naszą motoróweczką po mapie świata, widząc wszystko z lotu ptaka. Pływamy od portu do portu, omijając płetwę tytułowego bydlaka, która krąży po wodach i szuka guza. Zderzenie z wrogiem wrzuca nas w klasyczny tryb platformowy 2D pod wodą. Wpadamy w głębiny z harpunem i robimy jesień średniowiecza płaszczkom oraz meduzom.
Dlaczego to robimy? Bo z ubitych wrogów wypadają muszelki! Tak jest, walutą w tej grze są zakichane muszelki. Zbieramy je, grindujemy jak opętani, a potem wracamy do portu, żeby wymienić ten nadmorski szrot na „Power Level”. Im więcej muszli, tym potężniejszy jest nasz nurek. Czysta klasyka!
Jak uzbieramy odpowiednio dużo punktów, gra rzuca nam koło ratunkowe w postaci mini-łodzi podwodnej, z której możemy zrzucać bomby. I wtedy zabawa zaczyna się na całego.
Kiedy napakujemy naszego nurka do tego stopnia, że harpuny przypominają siłą rażenia wyrzutnie rakiet, możemy iść na solówkę ze Szczękami. Rekin miota się po ekranie jak wściekły, a my zbijamy mu pasek życia. I gdy myślisz, że to już koniec, gra serwuje ci zwrot akcji stulecia.
Nagle kamera przeskakuje w tryb FPP (widok z oczu). Stoisz na dziobie swojej łajby, a wkurzony rekin szarżuje prosto na ciebie. Twój cel? Zmusić go stroboskopem do wyskoku i… nabić skurczybyka na dziób statku. Timing musi być tu wyliczony co do milisekundy. Spudłujesz? Żarłacz mówi „sayonara”, leczy sobie część zdrowia, ucieka do wody, a ty wracasz do zbierania muszelek. Czysty, nieskalany sadyzm lat 80.!
Jaws jest grą króciutką. Gdy już ogarniesz schemat i wyczujesz timing w finale, napisy końcowe zobaczysz po 15 minutach. Zderzenia i respawnujący się przed samym nosem wrogowie potrafią doprowadzić do szału. Ale pomimo tych wad, syndrom „jeszcze jednego nurkowania” jest tu silny.
Jak na grę z logo firmy, której nazwa w środowisku graczy służyła za obelgę, przygoda z polowaniem na wielkiego białego rekina to całkiem zjadliwy kawałek kodu. Solidna, zręcznościowa rąbanka z fajnym pomysłem na progresję.



