Spis treści
Dobre złego początki…
Nazywam się Vivienne Flashka, chamska baba z jajami większymi niż pół osiedla razem wzięte, ale nie, nie jestem żadnym komandosem. Ja to tylko żona wojskowego – konkretnego chłopa, który jak stanie bokiem, to cień rzuca jak wieżowiec. Mięśniak jak z okładki „Przydupas Żołnierza Miesiąca”, ale z sercem złotym jak złoty grant z Vault-Teca. A ja? Typowa osiedlowa dzida – w dresie, z pazurami jak z Castoramy, mówię co myślę i pierdolę konwenanse.
No więc tak – żyję sobie w tym jebanym Sanktuarium. Niby raj na ziemi, taka amerykańska sielanka, gdzie słońce świeci prosto w ryj, trawa zawsze zielona, a sąsiadki wiecznie pieką jakieś ciasta, bo nie mają co z życiem robić. Wszystko tu się świeci jak dupa noworodka po kąpieli.
Robot Codsworth zapierdala po chacie jak wariat – ściera kurze, podlewa kwiatki, gada z brytyjskim akcentem jakby miał kij w dupie i odkurzacz w gardle. Ja praktycznie nie muszę ruszać palcem – wszystko się robi samo. Kibel się czyści, pranie się pierze, kawa robi się jak tylko pomyślę o niej. Jak bogini normalnie, tylko zamiast Olimpu mam dom z pastelowymi ścianami i pierdolonym dywanikiem w misie.
Dziecko, Shaun, mały pędrak – słodki, ale potrafi tak zasrać pieluchę, że Codsworth odmawia podejścia bliżej niż metr. Więc co robię cały dzień? Głaszczę dzieciaka po łbie, robię „kuku, a kuku”, śpiewam jakieś pierdolone kołysanki, jakbym miała czaszkę z waty cukrowej. Mój mąż, ten mięśniak, tylko się uśmiecha i mówi, że trzeba cieszyć się chwilą. Jasne. Łatwo mu mówić, jak zaraz wróci do wojska, a ja zostanę sama z bombelkiem i robotem z fobią kupy.
No i tak sobie żyłam. Było zajebiście. Serio. Jakby ktoś chciał mnie adoptować jako reklamę życia rodzinnego, to śmiało – mam fryzurę z lat 50., gary umyte, gacie wyprasowane.
Aż tu nagle, jak pierdolony piorun w pogodny dzień – łomot do drzwi.
Puk, puk, PUK KURWA. Myślałam, że sąsiadka przyniosła sernik, ale nie – stoi jakiś jebany pan w garniturze, wygląda jak urzędnik z piekła rodem, i drze mordę „Vault-Tec, Vault-Tec!” jakby go z jakiejś sekty wypuścili. Puka, dzwoni, wciska się jak wesz w majtki – jakby od tego zależało jego życie. A ja, głupia, jeszcze mu drzwi otworzyłam. Bo co? Bo dzień był ładny i miałam dobry humor. Idiotka.
Ale dobra, to już temat na następny wpis, bo teraz muszę wyciągnąć Codswortha z kuchni – utknął między mikrofalą a moją frustracją.
Kurwa, coś się święci. I to nie ciasto u sąsiadki.
Witaj w poradniku do Fallout 4: Tryb Przetrwanie (Survival) – wersja „na grubo”, czyli tylko z bronią białą i bez litości
No to słuchajcie, dzieci postapokalipsy, bo nie będzie łatwo.
Nie znajdziesz tu porad w stylu „weź karabin, ulepsz lunetę i graj jakbyś miał aimbota”. Nie, nie. Ten poradnik to jazda bez trzymanki dla tych, co lubią czuć smród krwi i potu, a nie zapach prochu. Ja, Vivienne (tak, wiem, imię jak z francuskiego żurnala, ale charakter jak z betoniarki), postanowiłam przejść Fallouta 4 na trybie Survival tylko z bronią białą. Zero pukaw, zero pif-paf. Tylko łomy, noże, pały i inne rzeczy, którymi normalnie otwiera się maskę w starym Buicku.
Tryb Przetrwanie to nie jest po prostu „trudniejszy poziom trudności”. To całkowicie inna gra.
Nie możesz zapisać kiedy chcesz – tylko spanie w łóżku daje ci sejwa, więc zapomnij o podejściu „a zapiszę, bo zaraz coś spieprzę”. Jak coś spieprzysz, to wracasz do momentu, kiedy ostatnio zdrzemnąłeś się na sprężynie pełnej pcheł.
To nie jest gra dla trofeowych zbieraczy, co chcą „wbić platynkę i nara”.
Ja osobiście mam ponad 1500 godzin w tej grze i żadnej platyny. Po prostu mnie to jebie. Bo Survival to klimat, walka o każdy kapsel, każdą puszkę fasoli i każde jebnięcie pałą w czaszkę radskarabeusza. To jest Fallout w wersji “czy ty przeżyjesz ten spacer za róg”.
A skoro idę w melee build, to ten poradnik przyda się tym z was, którzy też lubią hardkor. Bo nie dość, że w survivalu świat chce cię zajebać o każdej porze dnia i nocy, to jeszcze ty sobie mówisz: „Nie będę strzelać, będę napierdalać kijem do krykieta”. Brawo. Witamy w gronie zjebów, którzy nie boją się wyzwania.
Co znajdziesz w tym poradniku?
Porady odnośnie rozwoju postaci: które perki biorę, które są syfem, a które uratowały mi dupę.
Jak przeżyć pierwsze godziny gry, kiedy jesteś cieniem wojownika, a nie żywym czołgiem.
Co budować, czego unikać, gdzie spać, gdzie srać, żeby nie złapać infekcji.
Jak ustawić kolejność działań, żeby nie skończyć z pałą i ręką w nocniku w połowie mapy.
I oczywiście, kiedy, gdzie i jak przebalansować postać, bo nie ukrywajmy – Survival to tryb powolny. Czasem gra rzuci cię na kolana i trzeba będzie nieco dostosować build, zanim wrócisz do stylu „Zamach przez łeb i elo!”.
Więc nie oczekuj szybkich rezultatów.
Nie będzie „czyszczenia mapy w weekend”, nie będzie „godzinka dziennie po pracy i zrobione” – będzie krew, pot, łzy i cholerne zatrucia wodą z kibla. Ale jeśli wytrwasz – będzie też satysfakcja, jakiej nie da ci żadna jebana platyna.
Kolorem niebieskim będę zaznaczał kluczowe porady, które z pewnością wam pomogą.
Gotowy? No to pakuj maczetę, ugotuj zupę z kreta i zostaw miejsce na parę bandaży.
Zaczynamy wyprawę
Dziennik Vivienne – dzień 1,5: JEBANY VAULT-TEC I CV DLA UPOŚLEDZONYCH
No ja pierdolę, nie zdążyłam jeszcze dobrze kawy dopić, a już pod drzwiami stanął jakiś jebany elegancik z Vault-Teca. Garniturek, uśmiech jak z pasty wybielającej i ton głosu jakby właśnie próbował mi sprzedać ubezpieczenie na wypadek wybuchu jądrowego. A ja, jeszcze w kapciach, włosy jak gniazdo jaskółki, dziecko ryczy, a Codsworth gada sam do siebie, że „kwiaty zwiędły, proszę pani”.
Typ zaczyna coś pierdolić o przyszłości, o bezpieczeństwie rodziny, o „unikalnej szansie”. I zanim zdążyłam go kopnąć w jaja i zamknąć drzwi, wyciąga formularz i mówi: „Potrzebujemy tylko kilku podstawowych informacji o pani… takich jak… statystyki S.P.E.C.I.A.L.”
No właśnie, o Pani. W Fallout 4 mamy fajny perk Czarna Wdowa która na maksymalnym poziomie daje nam +15% obrażeń zadawanych płci przeciwnej. Ten perk grając mężczyzna imo nie ma sensu. Ale skoro podczas tworzenia postaci wybieramy kobietę, zaś w jakichś 70% atakują nas chłopy… Bonus działa niemal cały czas.
Słucham, kurwa? To co to jest, CV dla pojebanych?!
Czy ja idę do pracy w urzędzie, czy do bunkra, gdzie i tak wszystko pierdolnie?
Ale dobra, myślę sobie – skoro świat się kończy, to chociaż rozśmieszę tego ćwoka.
– Siła: 3 – bo czasem muszę Shaunowi oderwać pieluchę jak przyrosła do pleców, ale całego worka cementu nie uniosę, co nie?
– Percepcja: 1 – bo jak ostatnio szukałam okularów, to miałam je na czole, a raz wleciałam w drzwi balkonowe tak mocno, że Codsworth przez tydzień mówił do mnie „Panno Niewidko”.
– Wytrzymałość: 5 – bo jestem twarda jak stara wędlina i przeszłam poród bez znieczulenia, ale po trzech schodach sapnę jak pies w upale.
– Charyzma: 5 – bo umiem załatwić wszystko u sąsiadów, nawet jak nie chcą – jedna mina, jeden tekst w stylu „daj mi mąkę, zanim zrobię ci z okna mikser” i już podają z uśmiechem.
– Inteligencja: 1 – no cóż, raz próbowałam podgrzać zupę w piekarniku bez garnka. Tak, bezpośrednio. Tak, była to zupa pomidorowa. Tak, był remont kuchni.
– Zwinność: 9 – bo jak widzę karalucha, to w sekundę jestem na stole z kapciem gotowym do egzekucji. I jak ktoś rzuci plaskacza, to już mnie tam nie ma.
– Szczęście: 4 – bo raz wygrałam w zdrapkę, ale potem złamałam paznokieć otwierając konserwę z psem. Więc tak… różnie bywa.
Gość wszystko ładnie wpisał, kiwa głową jakby właśnie odkrył nowego Einsteina na odwyku, i mówi:
– „Dziękuję bardzo, pani Vivienne. W razie czego – będzie pani miała miejsce w Vault 111.”
A ja mu na to:
– „W razie czego, to ty będziesz miał mój kapelusz w dupie, jak się jeszcze raz tak szeroko uśmiechniesz.”
Zamknęłam drzwi, napiłam się zimnej kawy i spojrzałam na Shauna, który właśnie gmerał w pielusze jak górnik w kopalni. Coś czuję, że dzień jeszcze się nie skończył… a świat może niedługo też.
Dziennik Vivienne – dzień jebane zero i pół: zdrapka życia
No i co? Miałam rację, kurwa mać! Nie minęła chwila od kiedy pierdolnęłam drzwiami przed tym jebanym uśmiechniętym szczurem z Vault-Teca, a tu w telewizorni komunikat jak z kiepskiego filmu klasy Z – coś gdzieś pierdolnęło, świat się kończy, proszę nie panikować, weźcie torby i idźcie się schować do najbliższego grobu.
A ja od razu: „Mówiłam, że mam szczęście, raz wygrałam w zdrapkę, teraz wygrałam życie!”
Tylko że nagroda to nie all inclusive na Hawajach, tylko miejsce w jebanym bunkrze pod ziemią z grupą nieznanych ludzi i robotem, który zna tylko jedno słowo: „pan/pani”.
Mój mąż, cały na mięśniach, chwyta Shauna pod pachę jak arbuza, ja łapię akt urodzenia, konserwy i wrotki (nie wiem po co, stres robi swoje) i zaczynamy spierdalać. Biegniemy przez to idylliczne osiedle, które jeszcze chwilę temu wyglądało jak z reklamy pasty do zębów, a teraz jak z promocji „przygotuj się na zagładę – tylko dziś, tylko teraz”.
I wiecie co?

Na nasze szczęście, zanim wszystko pierdolnęło, zdążyliśmy jeszcze spojrzeć na piękny zachód słońca.
A nie, sorry.
To był atomowy grzyb, kurwa. Złociutki, rozłożysty, taki że aż się chciało powiedzieć „wow” zanim ci się gałki nie wypaliły.
No ale zdążyliśmy. Ledwo, kurwa, ale zdążyliśmy. Zjechaliśmy windą jak z jakiegoś pieprzonego rollercoastera dla ludzi z lękiem śmierci i trafia się niespodzianka dnia – „Proszę państwa, traficie do komór kriogenicznych.”
Co to, kurwa, mrożonka jestem?!
Nie wiem czy mnie mają rozmrażać jak pierogi, czy może planują mnie później zgrillować i podać z puree. Żadnych pytań, tylko „proszę wejść, to dla dobra ludzkości”. Ludzkości? A gdzie była ludzkość jak mi sąsiadka nie oddała miski?
No ale dobra. Zamrażarka już czeka, a ja wchodzę do środka z myślą: „Jeśli to się okaże sen – to ja chcę się obudzić w łóżku, a nie w zamrażarce z lodem w dupie.”
Ciąg dalszy nastąpi… jak mnie odmrożą.
Dziennik Vivienne – dzień „rozmrażanie kurwy”
Kurwa. Wstałam z kacem tysiąclecia. Głowa mi dudniła jakby Codsworth grał na garnkach koncert na trzy ręce, w ustach Sahara, a cycki tak zimne, że mogłabym nimi lody ścinać z sufitu. Myślę sobie: co jest, kurwa? Wczoraj był atom, wycieczka windą, obietnica „bezpiecznego schronienia”, a dziś? Wstaję jak po trzydniowej libacji z sąsiadkami i patrzę…
A tu jakiś jebany macho coś pierdoli. Stoi nad komorą, z miną jakby był w reklamie golarki, i coś tam bełkocze pod nosem, że „cel priorytetowy”, że „czas na ekstrakcję”, że „szybko, zanim się rozmrożą”. A ja ledwo kontaktuję – bo mózg jeszcze na etapie lodu – i myślę sobie: „Eee chuj, ogarnę później, najwyżej mu dam z pięści…”
Aż tu nagle widzę – on MI DZIECKO PORYWA.
Shaun, mój mały bombel, jeszcze nie do końca rozmrożony, a już w łapach jakiegoś zjebanego zbirusa.
Pierwsza myśl: PEDOFIL.
Druga myśl: KSIĄDZ?!
Trzecia: POJEBANE SCI-FI KIDNAPINGI!
I zanim zdążyłam ruszyć się z tej pieprzonej zamrażarki, coś krzyknąć, coś zrobić – TEN CHUJ STRZELA DO MOJEGO MĘŻA. Prosto w klatę. Bez słowa.
Bang.
Jakby wyłączył telewizor.
Facet mojego życia, ojciec mojego dziecka, mięsień na mięśniu, mięśniak z sercem – padł jak worek kartofli. Leży, nie rusza się, zimny szybciej niż ja, i to nie od azotu.
A ja?
Stoję jak zamarznięta dupa z niedowierzaniem i tylko we mnie się gotuje taki gniew, że mogłabym jądro ziemi wypierdolić w kosmos jednym spojrzeniem.
Oni wychodzą. Zabierają Shauna. Zostawiają mnie jak śmiecia na dnie zamrażarki z trupem męża obok i matczynym sercem rozjebanym na kawałki.
Przysięgam. Jak stąd wyjdę – ktoś dostanie pałą przez ryj.
I to nie będzie symboliczne. To będzie osobiste. To będzie zemsta, jakiej nie przewiduje żaden perk.
Przebudziłam się chwilę później. Głowa dalej dudni jakby mutant zagrał na niej koncert death metalu, ale już przynajmniej nie czuję się jak mrożonka z Biedry. Otwieram oczy, a tu znowu to jebane zimno, oddech widać jakby ktoś przerobił schron na zamrażarkę do pierogów.
Patrzę – mój stary dalej zamarznięty.
Leży w tej swojej tubie, martwy jak disco polo po Sylwestrze. Nawet nie wygląda jakby spał. Wygląda jakby mu ktoś na wieki wyłączył system. Co ja mogę? Nic nie mogę. Nie mam broni, nie mam siły, nawet stanika porządnego nie mam – tylko rozciągnięty kombinezon i żal w sercu.
Więc mówię sobie:
„Vivienne, ogarnij się. Trzeba ruszyć ten zamarznięty zad, rozprostować giry i zobaczyć co tu się odjebało.”
Wychodzę z tej jebanej lodówki, każdy krok jakby mi ktoś igłami wbijał w stopy. Nogi sztywne, palce jak parówki w grudniu, ale idę. Idę, bo jak nie ja, to kto? Codsworth? On pewnie teraz pierze ręczniki i gada do ścian.
Rozejrzałam się – i co widzę?
Cisza. Pusto. Jakby wszyscy w tym bunkrze dostali zaproszenie na syberyjski bal i nie zdążyli wrócić. Tubki puste, jakieś trupy, zamknięte drzwi i zapach jak z lodówki, gdzie ktoś zostawił rybę na święta i zapomniał wrócić.
W powietrzu wisi coś dziwnego. Coś jakby historia, którą ktoś zostawił bez zakończenia. Jakby coś się spieprzyło grubo, a ja zostałam jako ostatnia idiotka do posprzątania tego bajzlu.
No nic, Vivienne. Czas zacisnąć poślady, zebrać resztki godności i zacząć działać. Jak się dowiem, kto mi zabrał dzieciaka i zabił męża – to, kurwa, nie będzie wybaczenia.
Będzie rzeź.
No to słuchaj… ten cały jebany schron to chyba projektował jakiś niedojeb z zawodu wuefista, który w Simsach postawił raz kibelek na środku kuchni i stwierdził: „TAK MA BYĆ, TO NOWOCZESNA ARCHITEKTURA”. Korytarze jak labirynt dla pojebanych chomików, drzwi co chwilę się zacinają, wszystko zimne, rdzewiejące, puste jak obietnice polityka.
Z nudów łażę po tym jebanym mroźnym raju i zbieram wszystko, co się da podnieść. Krzesło? Może się przyda. Pusta butelka? A czemu nie. Niedopita butelka? Biorę jak leci – może po kimś z lepszym gustem. Każdy grat to potencjalna broń, surowiec albo po prostu rzecz, którą można komuś wjebać między żebra w razie potrzeby.
Fallout 4 to gra dla „zbieraczy”. W trybie przetrwania będziemy musieli ulepszać nasze „bazy wypadowe”, więc przygotujcie się na „lizanie ścian”. Po drodze możecie znaleźć naprawdę sporo rzeczy, śpiworów do spania, a nawet lokacji których nigdy jeszcze nie odwiedziłeś.
Mam kaca takiego, że jakby mi mózg wyjąć i przejechać walcem, to i tak by bolało mniej. Więc zbieram te jebane butelki i ładuję do nich wodę z kranu – nieważne czy to z łazienki, kuchni czy jakiegoś technicznego syfonu.
Mam kaca, kurwa. To nie czas na wybrzydzanie.
Woda to przedmiot kluczowy w tym trybie. Musimy mieć jej jak najwięcej, woda powoli regeneruje nasze zdrowie a co najważniejsze zapobiega dehydracji.
I tak sobie idę, sapiąc jak po maratonie, aż znalazłam coś, co wygląda jak stare metalowe dildo. Takie porządne, ciężkie, z fakturą jakby miało kiedyś inne przeznaczenie, ale teraz – to jest mój miecz Excalibur.
Wzięłam to w rękę i mówię: „No to jazda, dziwko.”
I jak się okazało – na wielkie karaluchy jak znalazł.

Wylazły mi te zmutowane, skrzydlate skurwysyny na korytarzu i zaczęły sapać jak emeryt po schodach. A ja je ciach, buch, pierdolnięcie między czułki i po robalu. Jeden po drugim – chrup, chlup, sok z karalucha na twarz – smak zwycięstwa.
Wreszcie dotarłam do czegoś, co wyglądało jak technologiczna bransoletka dla idiotów – PIP-BOY, czyli mój nowy najlepszy przyjaciel.
Ja go nazywam „Pipą”, bo siedzi mi na ręce, nie odzywa się, a i tak wiem, że bez niej jestem w czarnej dupie. Pipa pokazuje mi gdzie jestem, ile mam zdrowia, czego mi brakuje i jak bardzo mnie zaraz coś zajebie.
No i co? Zapięłam Pipę, wcisnęłam guzik przy konsoli, drzwi się otworzyły z rykiem jak z piekła – i wyjebałam na zewnątrz.
Na powierzchnię.
Do nowego świata.
W zbroi z kaca, z butelkami szczyn i metalowym dildem w garści.
I niech się, kurwa, boją.
Dziennik Vivienne – dzień „porządki po apokalipsie”
Po wyjściu ze schronu, z moją Pipą na łapie i dildem bojowym w garści, ruszyłam w stronę domu… a raczej tego, co z niego zostało. Sanktuarium, kiedyś osiedle marzeń, teraz wyglądało jakby przeszło przez niego tornado, bomba, zombie, no i koncert disco polo – wszystko naraz. Ale co miałam zrobić? Trzeba iść, może chociaż Codsworth mi herbaty zrobi.
Po drodze zebrałam wszystko, co się dało.
Jak jebany odkurzacz, który nie odróżnia śmiecia od skarbu. Skrzynki, szafki, trupy, szuflady – wszystko przeszukane. Do kieszeni leciało dosłownie wszystko, co nie było przyspawane: amunicja, pistolety, jakieś leki, igły, kapsle, prezerwatywa z 2074 (nówka, może się przyda do filtracji). I oczywiście, dorobiłam się solidnych odcisków na łapach, bo wszystko targałam jak jebany muł bez ekwipunku. Ale warto było – jestem uzbrojona, obładowana, gotowa.
W Sanktuarium spotkałam Codswortha – chuj trochę zardzewiał, gadał coś z melancholią w głosie jakby miał okres, ale jebać go. Ciesz się, że działasz, blaszaku. Pokiwał nożami, pogadał o herbacie i tyle z pomocy.
Z nudów (i może z braku ludzi do obicia) zrobiłam sobie rundkę po okolicy. Po drodze ubiłam jakieś jebane wielkie muchy, które wyglądały jakby wyszły z dziwki-mutantki i komara po randce w Czarnobylu. Pluły kwasem, darły mordy, latały jak popierdolone – ale dostały swoim własnym skrzydłem przez ryj, bo Vivienne nie bierze jeńców.
A potem, nie wiem, coś mnie strzeliło. Patrzę: syf, burdel, śmieci, krzesło na dachu, kibelek na werandzie.
Myślę: CO TO, KURWA, JEST?
Takiej sodomy to nie było nawet na moim panieńskim.
Więc wzięłam się za sprzątanie. Ale nie tak na odwal się – tak porządnie, jak przed wizytą księdza, co to zaraz ma chrzcić dziecko, a ty jeszcze masz pornosy na półce i flaszkę w zlewie. Rozpierdalałam niepotrzebne ściany, stawiałam nowe łóżka, przenosiłam skrzynie, segregowałam śmieci jakby od tego zależało zbawienie.
Pół godziny później – Wspólnota wyglądała trochę lepiej.
Nie idealnie, nadal rozjebana jak nogi kurwy po nocy, ale za to czyściej, schludniej, przytulniej. Można usiąść i nie przykleić się do deski.
Dorobiłam się też dwóch oczyszczalników wody, bo wiecie – kac to nie przelewki.
Woda z kibla już mi nie wystarczała, chciałam czegoś z klasą. Może nawet z bąbelkami, kto wie?
Tak jak wspomniałem woda, to podstawa.
Także tak.
Mam bazę. Mam Pipę. Mam dildosa bojowego.
I chęć zajebać tych, co mi zabrali dziecko.
Witaj, Wspólnoto. Mam nadzieję, że lubisz rozpierdol.
Dziennik Vivienne – dzień „kac, dildo i Wielki Jim”
No więc tak – kac dalej mnie trzymał za mordę, żołądek skręcony jakby mi ktoś wsadził granat i pociągnął zawleczkę, a w ustach jakby mi kret narobił i zdechł. Więc chuj z tym dzieckiem. Serio, jak ktoś mi je zabrał, to niech się teraz nim martwi – ja muszę przeżyć, zanim wrócę do swojej Matczynej Krucjaty™.
Wyjebałam przez mostek z Sanktuarium, bo nie ma co siedzieć i gapić się na zgliszcza marzeń. Idę, rozglądam się i znajduję jakiegoś typa co miał ewidentnie mniej szczęścia niż ja – martwy, rozjebany, twarz jak placek po spotkaniu z mutantem.

Zabrałam mu ciuchy, bo czemu nie. Mój kombinezon Vaultu wyglądał już jak brudna prezerwatywa po trzech użyciach.
Obok zwłok typa leżał pies, jakiś zdychający burek, a właściwie to był surowy kotlet na czterech łapach.
Zabrałam z niego mięso. Surowe, chujowe, ale jak się ugotuje – to się może nie posram.
Albo się posram, ale nie od razu.
Mięso, pokarm to druga podstawa w tym trybie. Zbieramy ją zawsze, zwłaszcza na początku gry. Surowego lepiej nie jeść (dorobimy się chorób), trzeba je przygotować przed spożyciem.
W pierwszej kolejności ruszyłam do Chaty Leśniczego.

Po drodze waliłam wszystko, co się ruszało albo błyszczało. Na miejscu – sejwik, ulga, i gazetka do zajebania.
Bonusy z gazetek w grze znacznie nam pomogą, o ile zbierzemy ich większą ilosć. Tryb survival to nie przelewki i potrzebna nam każda pomoc, jaką tylko znajdziemy. Ta tutaj zmniejsza otrzymywane przez nas obrażenia od ataków fizycznych o 5%. Nie jest to dużo, ale zawsze coś.
Przeczytałam na szybko – połowę nie zrozumiałam, bo kac, ale ważne, że +1 do czegoś. Pewnie do tego, żeby mniej bolało, jak mnie ktoś jebnie.
Potem trafiłam na Fermę Abernatych – jakaś wiejska rodzinka z klimatem „witaj, zostań, umrzyj od radiacji”. Pomachałam, pogadałam, nie kradłam (jeszcze), i poszłam dalej.
Mniej więcej w tym momencie można dostać awans – pierwszym perkiem jaki odblokowujemy jest „Natarcie” zwiększające dystans broni białej w VATS.
Odbiłam ostrożnie na flotę szalonych dostaw – ale tylko ją zlustrowałam z bezpiecznej odległości.
Nie miałam jeszcze odwagi i antybiotyków, żeby walczyć z pierdolonymi robotami rzucającymi zupkami chińskimi, więc olałam temat, na razie.
I tak, docieram nad staw Walden.
Zimny, śmierdzący, klimat jak w obozie harcerskim po trzecim dniu deszczu.
Znalazłam rurę prowadzącą do starego sklepu, wczołgałam się jak wąż z zespołem niespokojnych nóg, i BANG – w sklepie typy!
No to się zaczęło: napierdalam ich jak wściekła – dildo w dłoń, skaczące ciosy i krzyki w tle.
Ale wreszcie znajduję coś lepszego – klucz francuski. Duży, ciężki, twardszy niż dildos.
Nazwany dumnie: Wielki Jim.
I tak – twardszy, więc dildo poszło do kieszeni, a teraz napierdalam Jimem.
Jim to naprawdę niedoceniona broń, ale tak de facto będziemy ją używać dosłownie przez chwilę. Jej legendarny efekt jest morderczy na większych przeciwników którzy nie posiadają broni dystansowej. Rozwalenie nóg takim oponentom = wygrana walka. Zatem Jim nie jest jakoś wyjątkowo silny, ale dzięki legendarnemu efektowi możemy szybko wprowadzić „porządek” na polu walki.
Zanim wyszłam – znalazłam śpiwór.
Przespałam się, bo inaczej bym pierdolnęła z odwodnienia albo sraczki ze stresu.
Obok śpiworka – kolejny periodyk. Zajebałam bez czytania – na później, może do kibla.
Dalej ruszyłam w stronę Chaty Gorskiego.
Pamiętam go – pojeby z lasu, pędził bimber i miał więcej much w chacie niż rozumu. Ciekawe, co u niego, myślę – pewnie dalej chleje, może mnie poczęstuje?
Podchodzę ostrożnie – no i oczywiście, rozjebałam kilku pojebów po drodze. Jeden miał minę jakby dopiero co wyszedł z toksycznego kibla.
Zlazłam do piwnicy Gorskiego jak pojebana, i zaczęło się.
Najebałam go moim Jimem tak, że bimber zaczął płakać. Zdechł, zabulgotał i się nie odzywa.
Wracam na górę, robię przegląd sprzętu i okazuje się – MOGĘ ULEPSZYĆ JIMA.
Montaż haka. Hak na końcu klucza.
Jim dzięki tej modyfikacji otrzymuje szansę na rozbrojenie, w grze jest na to jakieś 8-10% szansy, ale lepiej jest mieć szansę wywalić przeciwnikowi broń z ręki, niż pozwolić mu z niej korzystać…
Kurwa, fajnie.
To już nie broń, to styl życia. Od teraz to nie zwykły Jim. To Kapitan Zajebistość.
A ja? Vivienne, Pani od Jimów, z kacem i nową misją: wpierdolić całemu światu.
Mniej więcej w tym momencie można dostać awans – drugim perkiem jaki odblokowujemy jest „Wielka Liga” zwiększające obrażenia broni białej.
Dziennik Vivienne – dzień „Słoneczna dupowatość”
Dobra, wypezłam z tej zapysiałej nory u Gorskiego, śmierdziało tam jak w paszczy mutanta po trzydniowym maratonie bimbru i korniszonów. Ale za to mam nowego Jima z hakiem – broń tak zajebistą, że jakbym nią potrząsnęła przy ognisku, to samo ognisko by spierdalało.
Stoję na zewnątrz, słońce napierdala po oczach, kac wciąż wierci mi dziurę w potylicy, i zastanawiam się – gdzie tu teraz popierdalać z moim arsenałem i życiem w ruinie?
AAA, już wiem!
Zabieram moje kulasy do Słonecznej Wspólnoty. Może znajdę tam coś ciekawego, a może chociaż coś do picia, bo woda z kałuży i pot z gaci przestają mi już smakować.
Droga niby prosta, ale jako, że przeczuwałam, że będą tam skurwysyny do ubicia, więc jak rasowa partyzantka nadłożyłam drogi, obchodząc jebane bajorko po lewej stronie. Bajorko wyglądało jak miejsce, gdzie pijaństwo idzie się rozmnażać – bąbelki, trupy i klimat jak w publicznej toalecie o drugiej w nocy.
No ale warto było, bo znalazłam tam jebitną szmatę – czyli coś do spania.

Nie był to Hilton, ale po kilku dniach spania w workach z trupa, nawet dziurawy materac z plamą w kształcie T-51B byłby luksusem.
Walnęłam się, odpoczęłam chwilę, przytuliłam Jima (hak nieco mnie podrapał, ale miłość boli), i szykuję się na wejście do tej całej Słonecznej Wspólnoty.
Zobaczymy, jak bardzo „słoneczna” jest ta wspólnota i czy „wspólnota” oznacza „wszyscy chcą mnie zajebać” czy „hej, mamy sok i kocyk”.
Mam przeczucie, że to pierwsze.
Ale spokojnie. Vivienne ma hak i brak skrupułów.
Kolejny awans, jak widzicie trochę po mapce biegamy. Dlatego kolejnym perkiem jaki sobie dodajemy jest Kobieta czynu, dzięki któremu regenerujemy PA szybciej.
Kurwa, nie myliłam się.

Z daleka wyglądało całkiem spoko – niby kilka domków, trochę zieleni, słońce jak z reklamy margaryny. Ale jak tylko wleciałam do tej całej Społecznej Wspólnoty, to poczułam się jakby mi ktoś w dupę włożył granat i powiedział: „Zrelaksuj się.”
Po pierwsze – brat Codswortha.
Jakiś inny zardzewiały chuj, równie gadatliwy i bezużyteczny, co mój blaszany pierdolnik z Sanktuarium. Mam już wrażenie, że te roboty to się rozmnażają przez olej napędowy i smętne cytaty z przedwojennych książek kucharskich.
Po drugie – ghule. W chuj ghuli.
Wyleźli jak karaluchy z meliny po kontroli sanepidu. Jednemu wypadło oko, drugi miał tylko pół twarzy, a trzeci pierdział radioaktywną chmurą. Ale Vivienne ma Jima, a Jim ma hak, więc była rzeź.
Kurwa, po tej akcji mogłabym napisać nowy rozdział Biblii – „Ewangelia według Rozjebywania Trupów”.
Po trzecie – radkany.
Te wkurwiające psy z grzybem na grzbiecie. Jeden mnie chapnął, drugi próbował mnie obleźć jak stary dziad na weselu, ale dostały hakiem między oczy i poszły spać.
Na zawsze.
ALE!
Nie wszystko w tej jebanej krainie zniszczenia to tylko flaki, rdzawy metal i promieniowanie w odbycie, bo znalazłam kolejny periodyk!
I nie, nie jakiś zjebany katalog promocyjny z Biedry z napisem „KUP DWA, TRZECI W CENIE TRZECH”, tylko coś, co naprawdę się przyda. +1 do czegoś fajnego, pewnie do wpierdalania mutantów z uśmiechem. Ten akurat jest przydatny. Sprawia, że gromadzimy więcej „mięcha z mięcha”.
Ale potem… znowu mnie trafił ten sam chuj, co w Sanktuarium.
Burdel. Syf. Śmieci.
Nie mogłam patrzeć.
Zaczęłam sprzątać, przenosić, układać, segregować. Jakbym miała księdza na wizytacji, teściową w drodze i kontrolę z atomowego sanepidu.
Wszystkie śmieci – do warsztatu.
Wszystkie stanowiska robocze – do szopy.
Wszystko porządnie, z głową, z planem. Żadnych biurek na dachu ani kibla w kuchni.
Jest baza. Jest klimat. Jest spokój.
I tak, teraz mam drugą lokalizację, gdzie mogę się wyspać, ugotować psa, ulepszyć dildosa, naprawić pancerz albo po prostu pierdolnąć się na łóżko i patrzeć w sufit, zastanawiając się, co jeszcze ten jebany świat ma mi do zaproponowania.
Bo cokolwiek to będzie – Jim już się ostrzy.
Dziennik Vivienne – dzień „Ochłap, szczury i Red Pizdetka”
Powiem wam coś, kurwa szczerze: jakoś mnie ostatnio przybiło.
Chodzę po tym zjebanym pustkowiu, napierdalam karaluchy, sprzątam syf po ludziach, co już dawno zamienili się w proch, i zaczęło do mnie docierać, że zajebiście chujowo się podróżuje samotnie.
Nie ma do kogo mordy otworzyć, nie ma komu rzucić suchara, nie ma komu przypierdolić żartem o radiacji w dupsko.
Więc stwierdziłam, że potrzebuję przyjaciela. Albo chociaż psa. Albo tego pierdolonego Ochłapa, co zawsze w zwiastunach się włóczył i był bardziej pożyteczny niż połowa ludzi przed wojną.
Zatem zapierdalam jak na sterydach, jakby mi ktoś granat w majty wsadził, aż z powrotem pod Sanktuarium, na dobrze znaną, rozwaloną stację Red Rocket.
Pamiętam, że tam powinien być ten pies, więc lecę jak wściekła, a tu oczywiście na wejściu – jebane szczury.
Napierdalają zębami, srają radiacją, wkurwiają jak natrętny ex.
Ale Jim z hakiem zrobił z nich mięsną papkę i po chwili pojawia się On.
Pies. Nie wiem, czy to ten cały Ochłap, czy jakiś randomowy burek z okolicy, ale wyglądał na chętnego do przyjaźni i nie chciał mnie ugryźć – więc jest mój.
Na początek wystarczy.
Może nie gada, ale przynajmniej nie pierdoli farmazonów jak Codsworth.
Dobrze patrzy. Trochę śmierdzi. Ale kto tu, kurwa, pachnie w tym świecie?
Ochłap ma jedną fajną umiejętność, doskonale ściąga na siebie ogień wrogów.
Patrzę dookoła – i oczywiście: też jebany burdel.
Zaczynam sprzątać jak baba przed Wigilią: śmieci do warsztatu, łóżko do rogu, stół roboczy w cień, wszystko przeniesione, wypucowane, ustawione jak należy.
Pies patrzy, chyba z podziwem. A może ze strachem. Chuj wie, ważne że nie sika na meble.
Jak już było ogarnięte, zlazłam do tej jebanej nory pod Red Rocket.
A tam co?
Szczury.
Kolejne. Znowu wpierdol.
Mięso leci jak w rzeźni, mam teraz tyle gryzoniowego kotleta, że mogłabym otworzyć „KFC – Kentucky Fried Cwel.”
Wracam na górę, włączam grill i jadę z tematem.
Szczurze bitki, przyprawione potem i radioaktywnością, ale po kilku dniach sraczki z kałuży – to rarytas.
Pies dostał trochę – wyliże się, jak coś mu zaszkodzi. Ja wpierdoliłam resztę, wlazłam w śpiwór i padłam.
Nie było ciepło. Nie było wygodnie. Ale był pies.
I to już więcej, niż miała Vivienne jeszcze wczoraj.
Awans, tym razem dajemy punkt w skradanie się. W najbliższym czasie będziemy starać się więcej przemykać między przeciwnikami.
Dziennik Vivienne – dzień „miłość, kac i wywiad”
Wstałam.
Łeb mnie dalej napierdala, jakby mi tam skrzypek z Czarnobyla koncertował na żywym ośrodku bólu. Otwieram oczy, a Ochłap – ten jebany pchlarz – siedzi i liże sobie jaja.
No serio? Ani mądry, ani bojowy, do gotowania się nie nadaje, do walki jak ameba, a tylko gryzie się po tyłku i szczeka na ściany.
Ledwie go przygarnęłam, a już mnie wkurwia bardziej niż Codsworth gadający o herbacie.
Pchlarz jebany.
Więc postanowiłam – dosyć pierdolenia, czas na jakiś KONKRET.
Celem: Diamond City.
W końcu, kurwa, mam to miejsce zaznaczone na mapie, niech coś się w końcu wydarzy w tym posranym świecie oprócz wiecznego czyszczenia gówna z warsztatów i smażenia szczurów.
Jak widzicie do tego czasu robię wszystko nie po kolei, ale ma to sens. Na spotkanie z Prestonem będziemy mieli już trochę dopakowaną postać. Ponadto dłuższa wyprawa do Daimond City bez zrobienia wcześniej zapasów nie miałaby sensu.
Ale droga daleka, na moje kulasy jak na maraton bez majtek, więc zawinęłam się do Sanktuarium, nabiłam flaszek wodą z kranu ile się dało (bo co innego, krwią saren się nie nawodnię) i ruszyłam przed siebie.
Po drodze – mijam tubylców.
Ani z nimi pogadać, bo mądrzejszy dialog miałabym z puszką po fasoli, ani dać im w mordę, bo by się zlecieli jak wkurwione mrówki.
Więc idę bokiem, bokiem, jak jakiś złodziej.
I w końcu, dochrzaniłam się do bram Diamond City.
A tam? DRAMAT.
Ale nie jakiś tam dramat o chleb, tylko Piper – robiąca show jak w „Trudnych Sprawach”.
Krzyczy, awanturuje się, wali teksty, a ja tylko stoję i myślę: „O. Fajna dupa.”
Trochę wygadana, trochę wkurwiona, czyli mój typ.
Weszliśmy razem do Diamond City. Ona coś tam gada, ja się rozglądam – podsłuchuję, zerkam, kombinuję.
Zaraz potem wywiad.
Wzięła mnie na spytki, pyta o życie, bombę, dziecko, smutek, pierdolenie o emocjach – ja odklepuję, bo nie po to przyszłam tu się uzewnętrzniać, tylko żeby mieć miejsce, gdzie nie będę spała z psem, który liże sobie jaja.
Wywiad skończony, idziemy każde w swoją stronę.
Będąc pierwszy raz w Daimond City zbieramy periodyk ze szkoły, udajemy się do agencji Nicka. Sprzedajemy całą amunicję u handlarzy. Czyli po prostu planujemy nasz następny krok.
Ja do baru, oczywiście. Zwinęłam się do pobliskiej speluny, zaryłam w barłóg i padłam.
Rano?
Kurwa. Znowu kac.
Znowu pies liże jaja.
Znowu życie bez sensu.
I wtedy mówię sobie: „Vivienne, tyś kobieta z charakterem, nie możesz tak żyć, że pies ci jaja liza na śniadanie!”
Więc wracam do Piper, patrzę jej w oczy i mówię:
„Zabierasz dupsko ze mną, skarbie.”
A Ochłap?
Wypierdalasz do Sanktuarium.
Tam możesz sobie lizać, srać i kopać ziemię.
Bo od teraz – mam towarzyszkę z klasą.
I może w końcu ktoś powie mi „dzień dobry”, a nie „wrrrr”.
Wspólnoto, szykuj się.
Vivienne i Piper – duet, którego nie zatrzyma ani Mutant, ani kac.
Dziennik Vivienne – dzień „zielonej farby i wielkich zamachów”
To miał być piękny dzień.
Słońce świeci, gołębie nie srają, w barze nie śmierdzi zbyt mocno. Ale nie, kurwa. Gówno z czekoladą, a nie piękny dzień.
Wstaję znowu z kacem takim, że mózg aż dygocze.
Łeb mi napierdala jakby zespół death metalu grał próbę w środku czaszki.
Obok mnie Piper chrapie jak niedźwiedź z zatkanym nosem.
Nie wiem, co gorsze – szum promieniowania, ból głowy czy ten jej pierdolony turbo-rezonans nosowy.
Ale co zrobić?
Nie mam dziecka, mam kac.
Trzeba jakoś żyć.
Schodzę do centrum, a tu jakiś jebany pedał od malowania ścian podchodzi i sapczy do mnie o zieloną farbę.
ZIELONĄ.
Kurwa, stary, świat się skończył, ludzie wpierdalają radkaraluchy, a ty chcesz przemalować ściany?
Chciałam go od razu walnąć w ryj Jimem, ale go sprzedałam.
Więc mówię sobie: „Dobra, Vivienne. Najpierw farba, potem zadyma.”
Po drodze zachodzę do chuja z drewnianą pałą – tego od bejsboli.
Pokazał mi kilka kijów, a ja mówię:
„Daj największy. Ma być jak fiut supermutanta po viagrze.”
I dostałam.
Taki kij, że jak nim zamachniesz, to latają zęby, kończyny i resztki mózgu.
Big Jim był spoko, ale ten nowy to mój jebany Excalibur.
Więc lecę dalej, jak torpeda z PMS-em, do magazynu po farbę.
I nie, nie wchodzę jak pizda głównym wejściem.

Każda kobieta wie, że od zaplecza wchodzi się lepiej.
Ciszej, szybciej, pewniej. Jak do byłego po ciuchy.
W magazynie było kilku zjebów, ale mój kij zrobił z nich pulpę.
Znalazłam farby, wszystkie kolory tęczy, jakby to była impreza gejów z przedwojennego Pride.
I wtedy mnie wzięło:
Ten debil chciał zieloną, ale nie.
Dostanie niebieską.
Bo mnie wkurwił.
Niech maluje, niech się pierdoli, niech myśli, że to zieleń butelkowa, głuchy dziadu.
Mógł dostać różową z brokatem. Albo gówno w puszce.
Ale jestem dobra. Daję mu niebieską.
Dziennik Vivienne – dzień „Pickman mnie zrobił, Preston dostał łaskę, a Piper została tragarzem”
No to, kurwa, plan był prosty:
Popierdolić do Pickmana po jego legendarną kosę, bo wiadomo – jak mam coś komuś wbijać w gardło, to niech to chociaż wygląda stylowo.
Ale zanim tam dotrę, robię klasyczne Vivienne tour de rozpierdol™.
Pierwszy przystanek – Hubris Comics.
Kurwa, klimacik jak z halloweenowego odcinka Scooby-Doo, ale w środku czeka na mnie periodyk do zgarnięcia, więc lecę po niego jak sęp po padlinę.

Po drodze oczywiście napierdalam zombie-ghule, które zachowują się jakby im ktoś strzelił energetyka w dupę.
Zebrałam gazetkę, przytuliłam expa, spojrzałam łakomym okiem na ten fajny set pod melee, ale zostawiam go na razie. Jeszcze nie czas. Jeszcze nie pora. Jeszcze za cienka w uszach jestem.
Drugi przystanek – stawik Swana.
O, kurwa.
Z daleka widać, że ten jebaniec to nie żaden łabędź, tylko mutant z zespołem agresywnego pierdolenia.
Nie zaczepiam. Ale periodyk zgarnęłam na paluszkach, zanim mnie zauważył. Jak ninja w szlafroku.
I w końcu – Galeria Pickmana.
Miejsce, gdzie sztuka łączy się z psychopatycznym jebnięciem.
Wchodzę z nadzieją, kij w dłoń, gotowa na napierdalankę, a tam? Piekło.
Bandziory, ogień, krzyki, pułapki, i Pickman zachowujący się jakby mu dzieciństwo ukradła drukarka.
Po wielu, wielu zgonach (tak wielu, że zaczęłam mówić do ekranu „znowu, ty jebana kwoko”), odpuściłam.
Nie dlatego, że jestem słaba.
Tylko dlatego, że mam godność i wkurw mi wylewał uszami.
Nick Valentine?
Ten też niech sobie chwilę poczeka.
Bandziory w jego norkach są tak jebitne, że nawet Piper przestała chrapać i zaczęła się modlić.
Nie będę się, kurwa, wkurwiać jak pojebana tylko dlatego, że gra postanowiła mi spuścić wpieprz level 23, gdy ja mam ledwo 11 i butelkę czystej wody.
Zatem skruszona, niepokonana moralnie, ale zaorana fizycznie – wracam do Concord.
Czas w końcu poznać Prestonka „obrońmy cały świat” Garveya.
A tu, o dziwo – idzie mi całkiem spoko.
Wbijam się, tłukę bandytów jak kukły na paradzie, zgarnęłam figurkę, periodyk, i gierkę na Pipę – czyli pip-boy’a, ale w moim świecie wszystko się skraca.
Już miałam zbiec po ten pierdolony rdzeń, żeby odpalić pancerz wspomagany na dachu, ale…
Kurwa, przeciążyłam się.
Jak świąteczna matka po Lidlu.
Zaczęłam się toczyć jak kula tłuszczu po betonie.
Nie ma opcji – trzeba wywalić balast.
Więc rzucam wszystko na ziemię jak obrażona panna młoda, obracam się do Piper i z tą słodką miłością w oczach mówię:
– BIERZ TO, SUKO.
– TERAZ TY JESTEŚ KURWA TRAGARZEM.
I wiecie co? Wzięła.
Bo Vivienne się nie pierdoli.
Vivienne ma plan. Ma kij. Ma tragarza.
I w końcu, może, jak pancerz pójdzie w ruch – to nawet ten jebany świat zacznie się mnie bać.
Dobra, kurwa, czas na rdzeń fuzyjny.
Zeszłam do piwnicy, zbieram ten promieniotwórczy bateryjny klocek, już miałam wracać na dach i odpalać cosplay Iron Mana na głodzie, ale wtedy mnie tchnęło.
„A może by tak wychujać grę?”
Bo wiecie – Fallout to gra, ale też teatr skryptów i pojebanych triggerów. A jak coś da się zbugować albo zmanipulować na moją korzyść, to Vivienne nie przepuści.
Więc, zamiast odpalać scenę jak grzeczna dziewczynka – wypierdalam na zewnątrz, cicho jak sraczka w bibliotece, i skradam się do miejsca, gdzie ma się pojawić nasz przyjaciel: Szpon Śmierdzi.
Taki miły, wielki, radioaktywny skurwiel z pazurami jak grzechy starej prostytutki.
I, kurwa, działa.
Dzikusy mnie nie zauważyły, pewnie stali jak te tumany, bełkocząc coś o „najeździe na muzeum” i czekając aż życie ich wyrucha.
Szpon Śmierdzi wyskakuje z kanału jak matka po ciepłej promocji w Biedronce i robi z nich mięsną pasztetową bez konserwantów.
Krew, flaki, krzyki – aż mi się kawa cofnęła do gardła z ekscytacji.
Ale!
Ja, niestety, jeszcze jestem zbyt słaba pizdeczka, by się z nim napierdalać twarzą w twarz.
Więc, z miną wytrawnego generała taktyki wracam na dach muzeum, włażę w ten zajebany pancerz wspomagany jakby to była stara, kochana skórzana kurtka, łapię za miniguna i lecę do Szona Śmierdzi.
A on?
Ten jebany pojeb zaciął się w jakiejś dziurze.

Stoi tam, jakby zgubił sens życia i nie wiedział, czy to „Fallout” czy „Symulator depresji mutanta”.
No to co – rozkręcam minigun, wiertło furii, pierdolę w niego seriami i CHUJ MU W DUPĘ.
Zgon. Łup. Chwała. Pancerz jebie potem, ale warto.
Potem klasycznie:
Wracamy do Preston’a, z mordą jakby sam wygrał tę walkę, gada mi farmazony o przyszłości, odbudowie i innych srakach.
A ja tylko przytakuję, bo wiem, że zaraz trzeba będzie wrócić do Sanktuarium i robić za niańkę dla kolejnych łachmaniarzy.
Jeżeli nakażesz nosić pancerz wspomagany swojemu towarzyszowi ten z chęcią to zrobi, dzięki czemu w trybie przetrwania staje się on bardziej żywotny. Co ciekawe, towarzysze „jeżdżą” w tych zbrojach nie wyczerpując rdzeni, więc warto o tym pamiętać gdy gdzieś znajdziemy pancerz i chcemy go przetransportować do naszej osady po kosztach.
Więc pakujemy manatki, popierdalamy przez zgliszcza, a ja czuję się jak jebana bogini.
Dziennik Vivienne – dzień „Jaja, kac i pierdolone Tenpines”
Kurwa, serio? ZNOWU?!
Wstałam z kacem takim, że nawet mózg powiedział „elo, ja dziś nie pracuję”.
Łeb mnie napierdala jakby ktoś w środku grał w golfa cegłą, Piper chrapie jak silnik starej Syreny bez tłumika, a Ochłap… no kurwa, wiadomo.
Liże sobie jaja.
Ten pchlarz to chyba ma jakąś obsesję, bo od kiedy go znam, to jego ryj był więcej przy jajach niż jakikolwiek inny organ.
Ledwo zdążyłam ogarnąć oczy z ropy i wysmarkać radioaktywne gluty, a tu PRESTON, TEN JEBANY MEM Z DIALOGÓW przylazł jak nawiedzony świadek Atomowej Jebitwy i pierdoli, że „Skarpa Tenpines potrzebuje pomocy!”
No w dupę ci, chłopie.
Czy ja wyglądam jak jebana pomoc społeczna?
Póki co wyglądam jak kupa i śmierdzę jak sranie w masce gazowej, więc wypierdalaj.
Postanowiłam najpierw rozruszać gnaty i zrobić sobie mały rekonesans.
Pierdolę misje z zaskoczenia – zanim gdzieś pójdę, to najpierw muszę się nawpierdalać gazet.
Popierdalam więc w stronę Cmentarzyska Robotów po periodyk.

Fajna miejscówka, trochę jebie starym olejem i gnijącym żelastwem, czyli klimacik jak u teścia w garażu.
Piper, jak to Piper – dostała rozkaz zbierania wszystkiego jak upośledzony chomik.
Szło jej nieźle, aż się zdziwiłam, że się nie potknęła o własny notatnik.
Potem odbiłam w bok – kierunek: Stacja satelitarna Sił Powietrznych USA Olivia.
Po co? Wiadomo – kolejny periodyk, tym razem do skradania się.

Bo wiecie, czasem dobrze jest przydusić komuś krtań z zaskoczenia, a nie zawsze na chama z kijem.
Wpadły dwa poziomy – jak znalazł.
Na razie nie wydaję, bo Vivienne inwestuje mądrze, a nie jak typowy NPC w Strength i modlitwę.
No i dobra – czas na tę jebitną Skarpę Tenpines.
Wchodzę tam z bejsbolem w dłoni, pip-boyem na ręce, Pipą za plecami i kacem w duszy.
Ale zanim tam dotarłam – BUM.
Pierwszy legendarny przeciwnik.
Zmutowany pies.
I teraz, kurwa, wyobraźcie to sobie –
Ja, w całym moim majestacie,
zamach bejsbolem, pierdolnięcie takie, że się drzewa ugięły,
pies odpada w trzech kawałkach, a z niego wypada…
Gówno.
Kompletnie nic.
Jakby ktoś wziął dropa i wypchał go zawodem i łzami.
DOJEB.
I to nie „oj, szkoda”.
To ten typowy, kurwa, FO4 moment – przeciwnik z legendą, a w środku magiczne kapcie i rękawiczki +1 do bycia chuja wartym.
No nic.
Pies się rozpadł, ja idę dalej, Tenpines już się nie doczeka!
Ale przynajmniej mój kij dostał smaku.
A ja – doświadczenia. I jeszcze większego wkurwu.
Vivienne w formie. Piper z torbami. Preston z ryjem. I pchlarz z jajami.
Ot, kolejny zwykły dzień w jebanym raju.
Dziennik Vivienne – dzień „Superduper szczęścia i eksplodującej pały”
Dotarłam na tę pieprzoną Skarpę Tenpines, a tam – klasyka.
Tubylcy w ryjach smutek, w oczach pustka, a w gardłach jęk o pomoc.
Jak zwykle, „ratunku, bandyci w Corvedze!”, „zrób z nimi porządek!”, „bo my nie umiemy nic, tylko stać i srać do wiadra”.
No dobra.
Fabryka Samochodów Corvega i tak była na liście „do rozpierdolenia”, więc luz.
Ale najpierw mam w planach inną wyprawę – do Superdupermarketu.
Bo wiadomo – nazwa brzmi jak promka na chemię domową, a w środku czeka hardcore postapokaliptycznej jebanki.
Wbijam tam jak królowa promieniowania z kijem w łapie, już się szykuję na klasyczne napierdalanko, a tu…
WJAZD ŻYCIA.
Z przeciwnika wypada mi pukawka z efektem: „Pociski eksplodują przy trafieniu”.
I ja pierdolę. TO. JEST. TO.
Nie trzeba nawet celować.
Wystarczy patrzeć w stronę przeciwnika i masz pierdoloną choinkę z ich wnętrzności.
Krew leci, kończyny fruwają, gęby się rozrywają jak worek ziemniaków pod tirem.
Ten legendarny efekt najlepiej spisuje się na strzelbach, jednak grając w trybie survival będzie ciężko taką zdobyć (metoda loot lock nie działa). Tylko trzeba koniecznie uważać, by się nie postrzelić…
A ja? Nadal biegam z kijem, bo wiecie – Vivienne i pała to para jak z Biblii: Bóg, kij i wróg.
Ale teraz mam opcję:
Jak nie mogę komuś włożyć pały w dupę – to mogę go rozsadzić jak petardę w sedesie.
Farcik, kurwa. Złoty los w atomowym Totolotku.
W tej atomowej biedronce oprócz stada zmutowanych debili znalazłam też periodyk – oczywiście.
Bo Vivienne bez gazetki to jak piwo bez kapsla – niby jest, ale nie działa.
Po tej rzezi i ekstazie z nową pukawką zaczęłam myśleć jak rozsądny psychopata.
Szturm na Corvegę może być gruby, a stracić ten karabin to jakby mi ktoś obciął obie piersi.
Więc mówię do siebie:
„Viv, pierdol plan, najpierw sejw.”
I tak zawijam się do Mystic Pines. A tam kolejny periodyk.
Klimatycznie, cicho, z lekko jebiącym kurzem w powietrzu – czyli idealne miejsce na zapis gry i moment refleksji typu: „co ja kurwa robię z życiem”.
Sejw zrobiony.
Karabin bezpieczny.
Piper znów coś marudzi.
A ja?
Ja mam pałę, karabin, i misję.
Corvego, nadchodzę.
I będę strzelać… nawet jak nie trafię.
ALE TO BYŁ ROZPIERDOL!
Flaki latały jak konfetti na weselu u kanibali.
Krzyki skurwysynów odbijały się echem od ścian, a ja i Piper – jak jebani apostołowie destrukcji – szliśmy przez tę fabrykę jak przez rynek w niedzielę: bez litości, z misją i kijem w ręce.
Zero wyjątków.
Każdy, kto żył i miał mordę do obicia – dostał.
Ci, co próbowali uciekać? Też dostali.
Ci, co się schowali? Kurwa, zgadnij.
A jak już się zrobiło cicho, jak już ostatni jęk gnoja się rozpuścił w powietrzu jak promieniowanie po burzy, to zaczęło się sprzątanie.
Bo wiadomo – nie przyszłam tu dla sportu.
Zbieramy wszystko. WSZYSTKO.
Śrubki, rurki, pistolety, miedź, klej, klocki, śrubokręty, złom, zęby – CHUJ WIE CO, ale się przyda.
Bo na chuj martwym ich graty? Lepiej u mnie będą wyglądać.
Piper sapie, wzdycha, wkurwiona jak baba w upale bez klimatyzacji, bo obładowana jak jebany dromader.
A ja tylko:
– No chodź, pchlarzu w spódnicy, jeszcze dwa piętra!
Na końcu znalazłam periodyk.
Zajebiście.
Kolejna gazetka do kolekcji, żeby mi się mózg nie zlasował totalnie.
Do tego figurka.
Pożytek z niej jak z ogona u grzyba, ale pierdolnę ją sobie w gablotce, niech ładnie wygląda i robi za trofeum.
Niech każdy widzi: „Tu była Vivienne. Tu zginęły nadzieje, morale i bandyci.”
Corvega zdobyta.
Piper jęczy.
Vivienne króluje.
I tak się, kurwa, gra.
Dziennik Vivienne – dzień „Zamek, kosa i latający złom”
Po takim rozpierdolu w Corvedze aż szkoda byłoby się nie pochwalić.
Więc wracamy – najpierw na Skarpę Tenpines, żeby tubylcy zobaczyli, że robota zrobiona, a potem z powrotem do Prestona.
Ten to zawsze się kurwa cieszy jak dzieciak na lizaka, chociaż sam wygląda, jakby mu ktoś ten lizak regularnie wsadzał w odbyt zamiast do buzi.
W tak zwanym międzyczasie nabiłam kilka poziomów, a punkty zainwestowałam jak jebany bankier apokalipsy:
– +1 do Siły,
– Zbrojmistrz,
– Kowal.
Dzięki temu mogłam w końcu naprawić te kartonowe gacie Piper, które nosiła od pięciu dni jakby brała udział w jebanym pokazie mody dla bezdomnych.
Zbroja zrobiona, stylówa podbita, farmę wodną rozwinęłam jak cebulę w słoiku, i do tego ogarnęłam jeszcze kilka zleceń od Prestona.
Wracam do Pickmana – po jego zajebaną, piękną, elegancką jak nóż z IKEA kosę. Oraz kolejny periodyk.
Już pała niepotrzebna, kij może iść w odstawkę, bo teraz mam narzędzie, którym można tasakować z finezją.
Ostrze Pickmana to mordercza broń z powodu swojej legendarnej właściwości. Wystarczą 3-4 „szlagi” na większość oponentów, po czym zmieniemy cel i patroszymy kolejnego. Z tego powodu, że animacja w VATS trochę trwa, jesteśmy w stanie ubić 3 delikwentów na raz (albo i lepiej). Absolutny ” Must Have” pod stealth bulid na przetrwaniu.
Po lekkim upgrade mojej pały na aluminium, wrzucam ją Piper do rąk.
Niech się kurwa dziewczyna poczuje, jakby dostała złoty nóż do masakry.
W drodze powrotnej do Sanktuarium, prawie ukończyłam quest z wyjebaniem USS Constitution w kosmos.
Statek, co wygląda jakby miał paść od kichnięcia, ale oni chcą nim lecieć – kurwa, geniusze.
Wykonując te zadanie dostaniecie trzy gazetki, jedna jest na USS Constitution, druga w wieży Bunker Hill a ostatnia w magazynie do którego musicie się udać po graty do naprawy USS.
Została mi jedna pierdoła do załatwienia – zebranie jakiegoś gówna z Fort Hagen.
Jak już tam będę to podpierdolę co trzeba, bo z tego jebanego statku potrzebna mi… czapka kapitana.
Zajebista.
A jak Vivienne coś chce, to Vivienne to ma.
Podsumowując:
– Zamek? W planach.
– Czapka? Będzie moja.
– Kosa? Ostra jak mój język.
– Piper? Uzbrojona i dalej pierdoli.
– Ja? W formie.
Apokalipsa może się schować.
Vivienne napierdala dalej.
Dziennik Vivienne – dzień „Z cyckami na wierzchu i wpierdolem w tle”
Kolejny dzień, a raczej kilka, były jak jebany kubeł zimnej wody w mordę.
Gdzie bym nie wlazła – wpierdol taki, że aż Pip-Boy się zacinał ze strachu.
Mutanty, najemnicy, jebane bzykacze, psy z trzema kutasami i każda chciała mnie ugryźć w cyca.
Zero litości, zero gracji, czysty atomowy wpierdol.
Więc usiadłam, napiłam się brudnej wody (bo czystej kurwa już nie mam), spojrzałam w sufit i pomyślałam:
„Vivienne, może czas przestać biegać z gołymi cyckami po pustkowiu?”
Zatem postanowiłam się trochę podpompować.
W chuj łażenia, robienia misji, sprzątania po trupach i grzebania w cudzych gratkach.
Zaczęłam od Bractwa zeSrali – wiecie, ci w stalowych piżamach co napierdalają o technologii, ale pierdolą jak stara ciotka przy kawie.
Kilka ich zadań wykonałam, żeby nie było.
Trochę XP, trochę gratów, trochę ich smutnych ryjów.
Potem znowu dałam się molestować Prestonowi, bo on jak ten komar: wraca zawsze wtedy, kiedy myślisz, że się go pozbyłaś.
Zrobiłam kilka jego misji – aż do momentu, gdy zaczął drzeć mordę o „Zamek! Trzeba odbić Zamek!”
No to ja mu w myślach mówię: „Zamek to se możesz w Minecraftcie odbić, pajacu.”
Ale co najważniejsze – 20 poziom doświadczenia wbity.
I to jest moment krytyczny.
Bo teraz, moi mili, czas na PERK RUSAŁKA.
Nie, nie pierdolę.
Aqua Boy / Aqua Girl, jak kto woli.
Dzięki temu mogę zanurzyć się w syfie po kolana i nie dostawać raka odbytu.Wbrew pozorom ten perk jest bardzo przydatny w trybie przetrwania. Korzystając ze zbiorników wodnych możemy dopłynąć niemal do każdej ważnej lokacji w grze. I to wszystko bez zbędnej walki.
Pływanie bez promieniowania, nurkowanie jak syrena po ołów – marzenie każdej apokaliptycznej księżniczki.
Do tego Życiodawca. Więcej HP, regeneracja pasywna i mniej konieczności żarcia padliny. Ten perk egeneruje nam powoli żytko, gdy jesteśmy poza walką. Powoli, ale dzięki niemu zaoszczędzimy naprawdę masę żarcia i stimpaków.
Wbity na maksa – bo jak już mnie ktoś napierdoli, to chociaż niech się ciało regeneruje jak chomik wsadzony do mikrofali.
Podsumowując:
– Wpierdol? Był. Ale przetrwałam.
– Poziom? 20 – jebany dorosły człowiek.
– Perki? Rusałka i Życiodawca – czyli syrena nie do zajebania.
– Zamek? A chuj z nim.
– Preston? Dalej pierdoli.
Vivienne się pakuje, Vivienne się rozwija, a pustkowia niech się mają na baczności – bo ja wracam. I tym razem z brodą, pałą i planem.
Dziennik Vivienne – dzień „Zamek, armaty i wymiana panny”
Kurwa ja pierdolę, kolejny dzień i kolejny wpierdol od WSZYSTKIEGO, co ma choćby cień animacji.
Czasem zdychałam jak jebnięta, bo wystarczyło, że wpadłam w jakąś radioaktywną kałużę, minę albo gnój z zardzewiałym nożem.
Survival to nie gra – to terapia szokowa dla masochistów.
Więc w pewnym momencie powiedziałam sobie:
„Vivienne, chuj z tym postępem, zatrzymujemy się jak miękka faja i robimy z głową.”
Bo zamiast jak dzik w malinach biec na łeb na szyję, lepiej się ogarnąć, podpucować perki i żyć, kurwa, długo i brutalnie.
Zatem razem z Piper zbieramy graty jak dwa recyklingowe potwory.
Celem: Booblehead od szczęścia. Grając na moim bulidzie aktywuję Sawanta, gdyż szybkie levelowanie to podstawa w tym trybie. Później i tak będziemy zmuszeni dać kilka punktów w inteligencję, zmniejszy nam to częstotliwość aktywowania sawanta, ale będziemy mogli rozbudować swoje bazy. A to da nam nieograniczone zasoby wody, kasy i czego dusza zapragnie.
Bo wiecie, w tej grze szczęście to wszystko – i perk, i stan psychiczny.
Po drodze pierdolimy się z paroma zadaniami, paroma przeciwnikami, no i tradycyjnie z własną cierpliwością.
Aż w końcu stwierdzam: „Dobra kurwa, czas na rozpierdol totalny. Idziemy odbić ZAMEK.”
I chuj wie kto go budował, ale dojście tam zajęło mi pół godziny.
Mutki, psy, jebane komary – cały ten park narodowy apokalipsy próbował mnie zeżreć.
Ale dotarłam.
Zamek w zasięgu wzroku, błotniacza królowa w środku, a ja z kijem i marzeniem.
Rozpętała się wojna.
Jad, kwas, wrzaski, rakiety.
Ale po kilku próbach – ZAMEK MÓJ.
I najważniejsze – mogę postawić artylerię!
Czyli teraz nie tylko biję kijem, ale też mogę napierdalać gradem z nieba jak apokaliptyczna Matka Natura.
Problem tylko jeden:
Złomu tyle co kot napłakał, a ja chcę mieć armaty na całej mapie.
Więc trzeba się ogarnąć i wbić 1 punkt charyzmy.
A do tego potrzebna mi figurka z domu Cabotów.
W międzyczasie…
Piper zaczęła gadać coś o tym, że się do mnie klei i w nagrodę dała mi swój perk.
I ja tak sobie myślę: „O nie kurwa, zaczyna się dramat, emocje i związki.”
A że jestem kobietą czynu, a nie czułości, to mówię sobie: CZAS JĄ ZMIENIĆ NA LEPSZY MODEL.
Najbliżej była Cait, więc:
– Piper, wypierdalasz do Sanktuarium, razem z tym całym złomem, który niesiesz jak muł.
– Cait, pakuj dupę, idziemy robić rozpiździel.
Cait potrafi otwierać zamki, o ile ma w ekwipunku spinki. Jako, ze melee bulid nie przewiduje dawania punktów w percepcję, jest dobrą towarszyszką „na wymianę”.
No i z nową towarzyszką, nastrojem jak po trzecim piwie i planem jak po ataku paniki – ruszam do domu Cabotów.
Bo ta charyzma sama się, kurwa, nie podniesie.
A ja chcę mieć więcej armat niż święty Mikołaj prezentów.
Dziennik Vivienne – dzień „Figurka, flaki i Falloutowy Fixer-Upper”
U Cabotów jak zwykle – trzy jebane zadania z dupy.
Wchodzisz tam z nadzieją na cywilizowaną rozmowę, a wychodzisz jakbyś właśnie przeszła kurs survivalu u Chucka Norrisa po kwasie.
Teleporty, mutki, jebani nieśmiertelni – dramat na kółkach.
Ale po godzinie łażenia, latania, pierdolenia i trzepania wszystkiego co się rusza – udało się zdobyć tę zasraną figurkę Charyzmy.
Uff, punkt wbity – teraz mogę pierdolić bardziej przekonująco.
Na dokładkę odblokowałam perk „Lokalny Lider”, czyli mówiąc ludzkim językiem:
Mogę teraz łączyć osady w jedną wielką, jebitną, zardzewiałą sieć supermarketów, złomu i krzyczących wieśniaków.
No i skoro już mam ten zasrany przywilej bycia burmistrzem z piekła rodem, to przyszedł czas na plan totalny:
OPERACJA: REMONTUJEMY TEN PIERDOLNIK
Albo jak kto woli – „Vivienne Budowlana: Fallout Edition”
Plan prosty jak konstrukcja bejsbola:
W KAŻDEJ OSADZIE po 1-2 armaty artyleryjskie.
Bo jak coś jebnie na drugim końcu mapy, to chcę móc zadzwonić po deszcz ognia jakby to był jebany Uber.Oczyszczalniki wody – ile się da.
Bo jak już się najebię, to chcę mieć czym kaca podlewać.Uzbrojenie osadników.
Każdy z widłami, kijem, karabinem czy kurwa chociaż garnkiem na głowie – byle umiał przywalić.Questy dla Wspólnoty.
Czasem głupie, czasem nudne, ale zawsze XP i złom – czyli jak darmowe piwo: nie pytaj, bierz.Zbieranie śmieci.
Bo wszystko się przyda. WSZYSTKO.
Jak coś się nie da zjeść, założyć albo przyjebać – to i tak wrzucam do warsztatu.
I wiecie co?
Zrobiłam to.
Latałam, budowałam, ustalałam linie zaopatrzeniowe jakbym była jebanym Amazonem pustkowi.
A jak już mi żyły na rękach zaczęły pulsować jak końcowe bossy, a oczy piekły jakbym w nie sypała kwasem – położyłam się spać. Zjebana, ale dumna.
Efekty? Sprawdzę jutro.
A jak coś nie działa –
ZAMONTUJĘ JESZCZE WIĘCEJ ARMAT.
I kto mi, kurwa, zabroni?
Artyleria w trybie przetrwania to prawdziwe zbawienie. Jeżeli zaczniemy ją rozmieszczać po całej mapie to w zamian za to otrzymamy dość potężne wsparcie ogniowe, które doskonale „rozpoznaje” teren, zanim zaczniemy go zwiedzać. Polecam !
Dziennik Vivienne – dzień „Pancerz ze szmat, poziom 40 i pierdolony kosmos”
Kurwa… nie jest dobrze.
Cieszyłam się jak pojebana z tych moich armat, jakbym właśnie wygrała wybory na miss Apokalipsa.
Ale potem życie (czyli jebany molotow w mordę) przypomniało mi:
„Ty dalej jesteś cienka jak sik pająka na wietrze.”
No to czas na konkrety – tkanina balistyczna.
Modyfikacja z Trasy. Wzmacnia ciuchy tak, że nawet jebana szmata po handlarzu z Diamond City potrafi zatrzymać pocisk.
To już nie moda, to przetrwanie w stylu haute couture.
Przy okazji… Cait wypierdala.
Nie dlatego, że się do niej przywiązałam – właśnie odwrotnie.
Kurwa, ileż można słuchać tego bełkotu o ćpaniu i klatkach.
Teraz czas na Deacona.
Bo jak mam być cichą zabójczynią w getrach z kevlaru, to jego perk przyda się bardziej niż jej fochy.
A z Deaconem wiadomo – trzeba z nim polatać, pogadać, trochę pobić, trochę się poprzebierać.
Typ lubi teatr, a ja mam scenę z widokiem na ruiny.
W międzyczasie:
Rozpierdoliłam pół Wspólnoty.
Zniosłam wszystko, co nie miało nóg, do Sanktuarium.
Figurki, gazetki, zabawki, szklanki, nawet jebane pudła po mleku – WSZYSTKO.
Mam już tyle czasopism, że mogę sobie nimi podetrzeć pupę – i bonus dalej zostaje.
A Shaun?
Ten gówniak, co miał być sensem życia?
Zapomniałam o nim totalnie.
Zamiast „O synku…” było: „O, perka! O, nowy level!”
Wbiłam już 40 poziom.
Jakbym co najmniej skończyła apokaliptyczną szkołę średnią.
Ale wiecie co?
Fajna to była przygoda.
Zwiedziłam całą mapkę, gdzie się nie odwrócisz – coś się pierdoli.
Czasem to był obsrany wychodek z trzema minami i ośmioma ghulami w środku,
a czasem…rozjebane UFO.

Serio, jakby kosmici też mieli dosyć i stwierdzili, że rozbiją się gdzieś między jebanym warsztatem a przystankiem autobusowym.
Podsumowując:
- Ballistic Weave zdobyte
- Deacon klepie, że mnie kocha
- Cait wypierdolona do Sanktuarium z resztą śmieci
- Poziom 40 wbity jak gwoździk do trumny przeciwników
- Syn? A kto by tam pamiętał.
Vivienne? Ma się dobrze.
Jest gruba, zła i nie do zajebania.
A Wspólnota może się tylko cieszyć, że stoję po stronie ludzi.
Na razie.
Jako, że to RPG to nie będę wam mówić co i jak robić. Ważne, by ciągle pakować perki umożliwiające nam podniesienie zadawanych obrażeń, skradanie się i modyfikację broni/pancerza. Tutaj gra naprawdę się otwiera i macie wolną rękę. Ale trochę się nabiegacie po świecie gry 😉
Dziennik Vivienne – dzień „Rozpoznanie ogniem, czyli jak dostałam atomowego klapsa w pizdę”
Kolejny zjebany dzień, kurwa mać. Miałam się wam nawet nie chwalić, bo to aż wstyd dać się tak widowiskowo rozjebać, ale niech was chuj – i tak to opiszę. Otóż postanowiłam przeprowadzić klasyczne „rozpoznanie ogniem”, czyli jebnąć pierwsza i patrzeć, co się odpierdoli. Weszłam w lokalizację z takim impetem, jakby mnie sam Todd Howard natchnął, ale gra postanowiła, że dziś to nie ja rozdaję karty. Ledwo zdążyłam podnieść broń, a tu jeb – ten charakterystyczny gwizd, co to brzmi jakby ktoś zaciągnął nosem grzyb z bagna albo spiął pośladki i zagwizdał dupą – i już wiedziałam, że nadchodzi atomowa kara boska.
Aż mi ekran zżółkł jak jajko na twardo. Leżę, kwiczę, nawet V.A.T.S. nie zdążył puścić pierda. Kurwa, Fallout mnie dzisiaj nie położył. On mnie wysłał w pizdu na orbicie śmieci, razem z resztką mojej godności i fragmentami pancerza wspomaganego.
Dziennik Vivienne – dzień „50 poziom, pała doskonałości i jebane mięso mielone”
Kurwa, jak ten czas leci.
Jeszcze niedawno biegałam po pustkowiach z kijem jak dziad spod monopolowego, a dziś?
50 poziom wbity, a moja pała to nie żarty – to broń masowego wpierdolu.
I nie, nie mówię o metaforze – mówię o konkretnym narzędziu zagłady.
Wrogowie? Padają jak muchy po Raidzie.
Zdobyłam już tyle legendarnych pierdół, że zaczynam się zastanawiać, czy nie otworzyć sklepu z relikwiami apokalipsy. A jak czegoś nie wyciągnęłam z trupa, to kupuję za wodę lub złom, którego w moich osadach jest tyle, że mogłabym zalać całą jebaną Wspólnotę.
Mundur wojskowy? Owszem, elegancki.
Ale po modyfikacjach w stylu „skradam się jak cień, napierdalam jak burza” – to już nie ubranie,
to styl życia. Sztos totalny. Jak ktoś mnie zauważy, to znaczy, że już umarł.
Artyleria?

Napierdala tak, że jak wróg przeżyje, to tylko po to, żeby się zesrać ze strachu i umrzeć od traumy.
A ja z Deaconem – hop, siup, dobijamy skurwysynów i przeszukujemy ich kieszenie jak smutni komornicy z kijem baseballowym.
Ale Deacon już się nagadał, naperkał, oddał mi swój towarzyski perk, więc nara kolego – idę dalej w rozwój.
Teraz warto wrócić do Cait, gdyż potrafi otwierać zamki. W ten sposób szybciej zdobycie figurkę Inteligencja.
Czas podnieść inteligencję.
Tak, dobrze czytasz – Vivienne myśli.
Figurka + kilka punktów i cyk – perk „Nauka!” na maksa.
Bo mój kij ma nie tylko napierdalać, on ma świecić, razić, wybuchać i śpiewać psalmy w momencie kontaktu z ryjem wroga.
Legendarna właściwość Rockville sprawia, że możemy nim machać jak zwykłym nożem. Z odpowiednimi perkami + premią od Deacon’a w takiej konfiguracji zadamy ponad 2800 obrażeń z ukrycia ! A jeszcze nie odblokowałem perków odpowiadających za podniesienie obrażeń. Z perkami od Prestona/Danse’a na spokojnie jednym machnięciem z „nienacka” ukatrupimy 99.9% oponentów w grze!
A jak już mowa o morderczych narzędziach…
Nuka World. Throat Slicer.
Nie pamiętam jak ten chuj się nazywa oficjalnie, ale wiem jedno: tnie jak wkurwiony chirurg po trzech kreskach.
Trochę kosztował?
No kurwa tak, ale to inwestycja w przyszłość (czytaj: w cudze trupy).
Oczywiście wróciłam do Wspólnoty, podpicowałam to maleństwo, i teraz?
Jestem jak apokaliptyczny Batman, tylko bez moralności, peleryny i z pierdolonym tasakiem.
Vivienne – poziom 50, pała +100, IQ powyżej zera,
a Wspólnota drży, bo nie wiadomo czy cię zajebie, czy po prostu wyśmieje i spali z artylerii.
I jedno, i drugie boli.
Następna stacja?
Jeszcze więcej rozpierdolu.
Jeszcze więcej złomu.
Jeszcze więcej „o kurwa!” z ust przeciwników.
Bo teraz to JA tu rządzę, a moje buty są pełne legendarnych trofeów i krwi.
Dziennik Vivienne – dzień „Fort Hagen, bejsbol i Kellog na śniadanie”
No i w końcu przyszedł ten moment – czas odwiedzić jebaka Kelloga. Tak, tego samego złamasika, który kiedyś pojawił się jak duch, zastrzelił mi chłopa i zajebał dzieciaka. Trochę mu zeszło, ale jak to mówią – zemsta to danie, które najlepiej serwować zimne. Albo, w moim przypadku – z bejsbola z rakietą na końcu. Bo skoro mam komuś rozwalać ryj, to chcę, żeby poleciał z impetem jak jebana fajerwerka na Dzień Niepodległości.
Biorę więc Ochłapa – jak już znowu liże jaja w moim teamie, to niech przynajmniej tropi jak jakiś jebanypejdozgon z amerykańskich filmów. Ślady prowadzą przez pół mapy, ja z kacem i bejsbolem, pies z jęzorem na wierzchu – wyglądamy jak ekipa z taniego sitcomu. Ale dojebać potrafimy.
Fort Hagen.
No i kurwa się zaczęło. Syntki wyłażą z każdej strony jak karaluchy po zgaszeniu światła. Ale ja jestem gotowa – moja pała z rakietą robi taki pierdolnik, że aż zaczynam się śmiać jak psychopatka w trakcie orgazmu. Wrogowie? Rozlatują się na części jakby ich posklejał jakiś ślepy stażysta z IKEA. Olej leje się po ścianach, kabelki zwisają z sufitów, a ja idę przez te korytarze jak pierdolony terminator na estrogenie – tylko bez emocji i z większym wkurwieniem.
Docieram do Kelloga. Ten idiota nawet nie zdążył zadać pytania – od razu dostał w twarz takim pierdolnięciem, że aż procesor mu się zresetował. Cait, jak to Cait – zabrała z niego wszystko łącznie z godnością, portkami i zapasową baterią do ręki. A ja? Ja tylko patrzę przez okno, bo coś tam zaczyna brzęczeć.
I wtedy go widzę.
Prydwen.
Wielki jak kutas megalomana, świeci w słońcu jakby miał zaraz rozlać się na pół mapy.
Sterowiec Bractwa zeSrali.
Zaraz tu, kurwa, przylecą. Ze swoimi zasadami, technologią, napinaniem dupy i bieganiem w zbrojach większych niż ich mózgi.
No to se myślę – będzie się działo.
Ale nie dziś.
Dziś wracam do bazy, rzucam psa na posłanie, Cait na śmieci i idziemy w kime, bo jak człowiek w jednej ręce ma bejsbol z rakietą, a w drugiej krwawą zemstę, to jednak człowiek się męczy.
Jutro?
Prydwen.
A potem, kto wie? Może rozwalę całe Bractwo.
Albo znowu upiję się do nieprzytomności.
Zobaczymy, co pierwsze mnie strzeli.
Dziennik Vivienne – dzień „Prydwen i totalny rozpierdol”
Dzisiaj znowu obudziłam się z kacem tak wielkim, że miałam wrażenie, jakby mnie Vertibirdy w nocy bombardowały. Nos zapchany, głowa w pizdu, a ochłap jak pojebany wylizał mi gluta, zanim zdążyłam się wysmarkać. No ale co, trzeba było ruszyć dupsko. Obleciałam osady, zgarnęłam wodę, amunicję, co się dało — i ruszyłam na zakupy. Stwierdziłam, że pierdolę chowanie się w power armorze — lecę w bój z gołym cycem i wyjebką na wszystko.
Ubrałam się w sprzęt, który zmniejsza koszt VATS i dodaje mi speeda jak po koksie. Moje kulasy zapierdalały tak, że Cait nie mogła mnie dogonić — biegłam jak jebany Forrest Gump na chemach. A Cait? Coś ją jebło, bo zaczęła pierdolić, że chce na detoks. No spoko, też by mi się przydał, ale falloutowy MONAR był obstawiony lepiej niż Fort Knox, więc powiedziałam: jebać to. Jebać detoks, jebać naprawianie życia. Shaun? Kurwa, kto to w ogóle jest?
Zdecydowałam, że przez najbliższe dni będę napierdalać w romans z Danse’em i Prestonem — niech się biją o moje wdzięki. Jak zdobędę ich zaufanie, to będę mogła tym wszystkim bandytom jeszcze mocniej dojebać, a i level mi wpadnie. Chyba już pod 60 podchodzę.
Najpierw zapierdalamy z Cait na Prydwen, bo trzeba się wbić z gracją pijanego Brahmina i porobić porządki z mutantami. Jak już się tam zasiedzimy, to robimy rajd Vertibirdem na Fort Strong — czas zdobyć kolejny jebany szmatławiec Covert Operations. Po drodze rzucę jakimś granatem sygnałowym, bo fast travel dla zjebów to teraz moje drugie imię.
Potem lecimy do tego pierdolonego Dunwich Borers po kolejną figureczkę — tym razem na skradanie. Tak, to to miejsce, co ma klimat jak z horroru klasy Z i jebane głosy w głowie. No i skoro już tam jestem, to zanurkuję po maczetę. Parametry ma chujowe, ale biorę jako trofeum — będzie wisieć w Sanktuarium obok mojej moralności, czyli w próżni.
Dziennik Vivienne, dzień 832 – „Kurwa, znowu życie wcięło mi save’a”
Kurwa to kolejny smutny dzień. Nawet moja pała chuja mi chuja, bo zjebany miecz energetyczny wymaga, żebym podeszła do oponenta tak blisko, że czuję ich oddech z kiszonej mutoszczury. No i chuj, zanim zdążę odpalić VATS, to już leżę na glebie jak Supermutant po lobotomii.
Ale nie ma tego złego — klata dalej rośnie jak po promieniotwórczym anaboliku. Level 60, potem 70, wszystko leci w perki do krytyków, bo jak już mam napierdalać, to niech to boli jak skurwysyn. Teraz jak ładuję krytyka, to przeciwnik nawet nie ma szans powiedzieć „o nie”, tylko eksploduje jak automat z Nuka-Colą po wstrząsie.
Myślałam, że może Far Harbor to dobry pomysł — odpocząć, przewietrzyć majtki i postrzelać do czegoś, co nie wygląda jak reszta zmutowanego gówna z Wspólnoty. Ale tam mnie tak dojebało życie, że aż mi się Pip-Boya zawiesiło. Wpierdol taki, że nawet Cait patrzyła z politowaniem, a Danse nie odezwał się ani słowem, tylko podniósł brew i pierdolnął mi stimpakiem w twarz. No i dobra, wracam do Wspólnoty, bo mam tam chociaż stały dostęp do kibelka i mniej radioaktywnego moczu w powietrzu.
Plan? Rozwinąć perki od towarzyszy, rozjebać kilka obozów bandytów, przy okazji zajebać buty legendarnej kury i wyjebać w powietrze Prydwen jeszcze raz — bo czemu kurwa nie?
Tutaj gra (ok 75+ lvl) na przetrwaniu robi się naprawdę znośna. Gardzielochlast, czyli nożyk z Nuka World z perkami zadaje takie obrażenia, że zaczynasz rozwalać wszystkich na 1-2 ataki, więc razem z Blitz teleportujesz się od przeciwnika do przeciwnika i robisz mu kuku.
Teraz naprawdę nie ma już sensu prowadzić Was za rączkę piszą „idź tu, zrób to i weź tamto”. Jak widzicie, tryb przetrwania jako postać bijąca fizycznie jest znośny, o ile trochę pomyślimy, pobiegamy za gazetami, zdobędziemy perki od towarzyszy (niestety to trochę trwa, ale gdzie nam się śpieszy ?”
Celem tego poradnika było przekazanie wam, że tryb Survival jest naprawdę fajny i odwraca rozgrywkę o 180 stopni. Blisko 80 lvl. z zaproponowanymi przeze mnie perkami będziecie niemal nieśmiertelni, oczywiście o ile do przeciwników będziecie podchodzić z głową. co robić, aby wbić 80 lvl ? Po prostu róbcie questy poboczne, rozwijajcie bazę, nadal zbierajcie śmieci do osad, cieszcie się grą. Czwarta odsłona to słaby Fallout, jednak można w niego trochę jeszcze pograć przed 5 częścią (w którą prawdpodobnie nie zagramy przez kolejne 5 lat…)
Dziennik Vivienne – Far Harbor na pełnej wyjebce
No kurwa, postanowiłam uderzyć na Far Harbor. Byłam tu wcześniej i dostawałam taki wpierdol, że aż wstyd wspominać – jakby mnie ktoś mopem po mordzie orał. A teraz? Teraz to ja jestem tą, która robi rozpierdol. Weszłam tam jak matka atomowej zagłady, wyjęłam nóż, poprawiłam cycki i poszło.
Wycieczka zakończyła się sukcesem – utrzymałam pokój na wyspie, pierdolnęłam zadanie „Reformacja”, które dało mi całkiem zajebisty perk: jeśli moje zdrowie spadnie poniżej 20%, to pancerz leci do góry o 1000 na całe 30 sekund.
TRZYDZIEŚCI SEKUND, KURWA. Przez pół minuty jestem nie do zajebania. To czas, w którym można wyczyścić całą jebitną dzielnicę z ćpunów, ghuli i syntetycznych popaprańców, a potem spokojnie zjeść iguanę na patyku i przepić ją winem z Mutfrutów.
A jak dorzucimy do tego perki zdobyte przez romans z Dansem i Prestonem, to robi się z tego rozpierdol komplet. Bo gdy Viv wchodzi do walki – to już nie jest walka, to jest kurwa egzekucja.
Longfellow? A jebać go. Wypierdoliłam dziada do Sanktuarium, niech tam siedzi i śmierdzi dymem z fajki. Jutro może się z nim popierdolę. Może pogadam. Może wpierdolę go w ścianę.
A na koniec – tak, dla picu, nazbierałam legendarnych klamotów i rozjebałam je po manekinach. Taki jebany pomnik mojej dominacji. Bo prawda jest taka, że nic mnie już nie rusza. Vivienne nie da się rozjebać. A nawet jeśli coś spróbuje, to kończy z gardłem otwartym na oścież po dwóch cięciach moim ukochanym Throatslicerem. Ten nóż to nie broń – to kurwa przeznaczenie.
Dziennik Vivienne – wielkie melo z Lonnfellow’em.
Dzisiaj przerwa od łażenia i ratowania postapokaliptycznego syfu — dziś chlejemy z Longfellowem do odcięcia. A że dziad ma całkiem przydatny perk (bonusy do używek i lepsze działanie alkoholu), to warto go zdobyć. I co najlepsze — odblokować go to jak zabrać dziecku lizaka.
Wzięłam więc dziada pod pachę i zawlokłam do speluny w Diamond City. Od barmana nakupiłam gorzały jak na wesele u sołtysa. Potem – pokój na godziny. Ale bez zboczonych myśli – nie po to ciągnęłam starego marynarza do hotelu, żeby go rozbierać. Plan był prosty: flaszka – kimanie 4 godziny – flaszka – kimanie. Powtarzać do efektu.
Po wypiciu cysterny wódki zmieszanej z bobrówką (a może i denaturatem, kto tam wie), Longfellow zmiękł jak parówka z Biedry w mikrofali i oddał mi swój cudowny perk. A potem grzecznie kazałam mu spierdalać. Misja zakończona sukcesem, ja najebana, perk zdobyty, a dziad niech wraca topić smutki gdzie indziej.
Jako, ze jeszcze byłam niedopita postanowiłam udać się razem z Cait do krypty 75, aby zafundować jej ten detoks. Mi również się przydał, bo Longfellow to niezły kompan do picia. Ale go przepiłam.
Zatem mamy dwa kolejne „pomagacze” w kolekcji.
Dziennik Vivienne – „Sąd Atomu, czyli Wielkie Dildo Śmierci i Rozczarowania”
Kolejny zjebany dzień w tej radioaktywnej piaskownicy. Postanowiłam ruszyć dupę do Far Harbor, bo wszyscy na internetach drą ryja, że „Sąd Atomu” to niby cudo – zadaje zajebiste obrażenia i wchodzi przeciwnikom w dupę jak smarowana cegła. No to, kurwa, lecę. Zadanie „Heretyk”? Noż kurwa, to nie misja, to symulator bezsensownego zapierdalania – biegaj od jednego końca mapy do drugiego, tylko po to, żeby jakiś jebany kultysta dał mi młotek wielkości szamba.
I wiecie co? Ten cały „Dzień Atomu” wygląda jak napromieniowane dildo z piekła rodem. Waży tyle co mój stary po świątecznym obiedzie i macha tym się tak wolno, że w międzyczasie zdążę wypić colę, przetopić złom i znowu umrzeć. Jasne, zadaje konkretne obrażenia, ale co z tego, skoro mój mały nożyk z Nuka World potrafi w VATS zrobić z pięciu chłopów krwistą konfetti-paradę? Ten nóż to jebany blender do flaków. A „Dzień Atomu”? Pff. Niech se go wsadzą między poślady razem z tą misją.
Co wcale nie oznacza, że nie warto go posiadać w naszej kolekcji 😉
Dziennik Vivianne – Operacja: Szpejowa Krucjata, czyli Woniejące Legendy Końca Gry
Kolejny dzień – zrobiłam sobie przerwę i przysiadłam do przeglądu ekwipunku. Kurwa, przetrzepałam wszystko jak celnik narkotykowe paczki na granicy i wyszło na to, że moje klamoty to już sprzęt na endgame. Niczego nie zamierzam zmieniać, nawet jak będą woniały jak jebany kretoszczur, który zasrał się ze strachu i zdechł w tym samym miejscu. Mam wszystko czego trzeba – redukcja kosztów VATS, , szybkość jak po speedzie i odporność większa niż mój ex na konsekwencje życiowe. Czyli klasyk: sprzęt zostaje, ja zapierdalam dalej.
Co ciekawe, w takim setupie potrafimy przemieszczać się tak szybko, że na PlayStation 5 tekstury potrafią się nie doczytać:
Brawo Bethesda. Jak widać potraficie „w optymalizację” 10 letniej gry…
Oto nasz ekwipunek na „endgame” – bo właściwie nie ma już w nim co poprawiać…







Jak widzicie, sprzęt to nic specjalnego… Na survivalu dostajemy taki wpierdol, że bardziej się liczą bonusy z legendarek, niż to co możemy w niego „włożyć”.
Dziennik Vivianne – „Kac, anyżówka i UFO z Creation Clubu – czyli krowa porwana w pizdu”
Kolejny kurwa dzień, człowiek budzi się i myśli, że ma kaca stulecia po tej jebanej anyżówce, czy chuj wie czym mnie Longfellow poił, a tu nagle co? Lecę z buta, jeszcze oczy w pół przymknięte, a przede mną scena jak z najebanej bajki – jebane ufoki zapierdalają krowę. I to nie po cichu, nie gdzieś w krzakach, tylko kurwa na środku jakiegoś pastwiska, na bezczela, jakby im się mandat na parkowaniu kończył. No krowa się drze, świeci się to gówno jak neon z Las Vegas, a ja stoję i myślę – „nie no, to już mnie jebło do reszty”.
A potem przypomniało mi się, że to nie żadna wizja po tanim alkoholu, tylko mod z Creation Club, który pobrałem z czystej, kurwa, ciekawości. Bo kto normalny nie chciałby zobaczyć, jak zielone skurwysyny robią rodeo z biedną mućką?
Mody w Creation Club możńa kupić za specjalną walutę, i ich używanie nie ma wpływu na dobywanie pucharków/osiągnięć. Ja w tym tytule spędziłęm już tyle czasu, że z nudów zakupiłem te „pseudo DLC” 😉
Dziennik Vivianne – „Dzień kolejny, czyli życie z tym jebanym ogórem Silnym ”
Kurwa, kolejny zjebany dzień w tym postapokaliptycznym cyrku. Wzięłam się za prowadzenie tego ogóra Silnego, bo niby fajny perk ma. No i co? Pierdolony kutas jest tak tępy, że aż boli. Tępy jak jego ojciec. I ojciec jego ojca. I dziadek jego dziadka. Geny betonu, kurwa, ciągną się przez całe drzewo genealogiczne.
Nic, absolutnie kurwa nic nie jest w stanie go zadowolić. Latanie vertibirdem? „Bleee, nieeee”. Pomoc komukolwiek? „Grrr, nieee”. Chuj, nawet jak podnoszę złom to coś mu kurwa nie pasuje. Ale zauważyłam jedno — ten parodni Hulk dostaje małpiego rozumu, jak zaczynam pomagać swoim osadom. No to latam z nim jak idiotka, gaszę pożary, zbieram marchewki, ratuję wioski od jebanych much wielkości krów, a on sobie maszeruje i mruczy coś pod nosem jakby właśnie dostał lizaka od cioci.
I tak, kurwa, dzień za dniem — ja robię z siebie bohatera świata, a on patrzy na mnie tym pustym ryjem, jakby chciał powiedzieć: „dobrze, człowiek, może jednak nie jesteś takim cieniasem”. A ja mam ochotę sprzedać mu serię z miniguna w tę pustą łepetynę, tylko ten jebany perk powstrzymuje mnie przed spuszczeniem mu wpierdolu.
No ale cóż, kolejny dzień z Silnym — i kolejny raz, gdy to ja tracę nerwy, a on zyskuje satysfakcję. A najlepsze jest to, że ten chuj jest tak tępy, że zanim odblokuję jego pierdolony perk, to minie cały jebany tydzień.
No ale… w końcu się uda 😉
Dziennik Vivianne – Operacja: Perki, porki i rozporki
Dzisiaj króciutko, czyli zbliżamy się do 100 poziomu (ale to i tak nie koniec…). PRzygotowałem filmik bo nie chce mi się z tym rozpisywać 😉
Tak to powinno wyglądać:
Oczywiście, co zrobicie to wasza sprawa. U mnie ten bulid sprawdza się niemiłosiernie.
Zakończenie jebanej epopei Vivienne
No dobra, trzeba kończyć ten jebany poradnik, bo inaczej będę pierdolić w nieskończoność. Na koniec podpowiem wam jedno: musicie przejść całe Nuka-World tak, żeby odblokować perki Stada oraz Wyznawców. To jest must-have, kurwa, bo inaczej będziecie jak dzieci we mgle, biegające z patykiem zamiast z bronią.
A na sam koniec tego całego jebane cyrku idziemy do Nishy – a ta, w ekstazie, oddaje nam swoją kosę. Niestety bez nazwy, ale z legendarnym efektem. Ja swoją ochrzciłam dumnie Mocarny Fileciarz, bo od tego momentu każdy przeciwnik na mojej drodze pada dosłownie na dwa strzały. A jak nie padnie, to tylko gładzi mnie po pipce, jakby chciał się pożegnać przed zejściem.
I to by było na tyle, skurwysyny. Jeśli dotrwaliście do końca tego popierdolonego poradnika, to gratulacje – macie więcej cierpliwości niż ja do Silnego. Dzięki, że wytrwaliście ze mną w tej postapokaliptycznej bajce o rozjebanych perkach, kosach, mutantach i wiecznym kacu. Idźcie teraz i róbcie taki sam rozpierdol jak Vivienne.
Pewnie w tekscie znajdują się błędy (czasami pisałem po pijaku) to dajcie znać w komentarzach, poprawimy w locie xd


























