O KURWA, Urban Champion — gra, która wygląda jakby Nintendo wygrzebało z kibla notatki jakiegoś osiedlowego Seby z zawodówki, dodało kolorki, i stwierdziło: „Zajebiście, teraz dzieci w Japonii też mogą się napierdalać pod blokiem!”
Zaczynasz jako anonimowy typ — koszulka w pastelowym kolorze, twarz jakbyś właśnie zobaczył rachunek za gaz i pomyślał: „Dobra, czas komuś przyjebać.” Na przeciwko drugi koleś, równie zdesperowany, z miną jak po tygodniu na zupkach chińskich i energetykach z Biedronki. Obaj bez historii, bez motywacji, bez celu w życiu. Tylko jedno ich łączy — CHĘĆ WYJEBANIA DRUGIEGO Z KRAWĘŻNIKA PROSTO W KANAŁ, JAKBY TO BYŁA JAKIŚ JEBANY „FIGHT CLUB: PRL EDITION”.
Masz dwa ciosy: szybki szmaciany plaskacz, który ledwo łaskocze, ale może coś zdziała, jeśli spamisz go jak idiota — i bombowy sierp, który działa jak kop w żołądek po wypiciu spirytusu. Ten jak trafi, to czujesz go w duszy, aż ci się geny zmieniają. Do tego blok — który czasem działa, czasem nie, a najczęściej po prostu stoisz jak debil i łapiesz bombę na twarz. Jak w życiu.
CEL? Prostota aż boli — wypchnij gościa z planszy, zanim on wypchnie ciebie. To wszystko. Żadnych poziomów, żadnych bossów, żadnych DLC, żadnych mikropłatności. Tylko ty, beton i chujowy refleks. Czysta esencja podwórkowej wojny. To jakby ktoś zrobił z tego turniej w barze mlecznym.
Ale to nie wszystko, kurwa. Bo na osiedlu nie jesteś sam. O nie. Z okien wyglądają randomowe patusiary, co rzucają ci w ryj doniczką albo kwiatkiem, BO PRZECIEŻ JEST DWUDZIESTA I DZIECI ŚPIĄ. A co robisz ty? Nic. Bo nie da się ich zajebać. Gra nie pozwala. I to boli. To bardziej boli niż przegrana walka. Bo wiesz, że ta stara rura z pierwszego piętra jest prawdziwym bossem tej dzielnicy.
A jak za długo się napierdalacie — syrena. Przychodzi glina. Nie pyta kto zaczął, nie patrzy na styl, nie ocenia. Po prostu przerywa i spierdalacie na boki jak dzieci po wybiciu szyby. Nikt nie wygrywa. Wszyscy przegrywają. Jak w życiu.
I teraz UWAGA — gra ma limit czasu. Ale nie taki fajny jak w Mario, gdzie biegasz i robisz parkour. Nie, tutaj CZAS ZAPIERDALA, a ty próbujesz zrozumieć, czemu twoje ciosy są tak wolne, jakbyś był po trzech słoikach bigosu i walczył pod wodą. Nie ma litości. Ta gra nie wybacza błędów. Każdy błąd to cios w ryj, upadek, i minus dla ego.
Grafika? Prawdziwa NES-owa nostalgia. Kwadratowa twarz, kwadratowa pięść, kwadratowy świat. Ale nie narzekasz. Bo jak siedzisz z browarem w ręce i masz pada w drugiej, to masz wyjebane czy gość ma nos, czy tylko piksel.
Muzyka? Taka, że czujesz się jakbyś miał walczyć o ostatni pasztet w sklepie. Jedna melodia w kółko — jakby ją grał pijany wujek na Casio. Ale działa. Podkręca klimat. Jakby ci matka krzyczała przez okno: „TYLKO NIE NA ŚMIETNIKU!”
Urban Champion to nie gra. To pierdolone wspomnienie z dzieciństwa, kiedy napierdalałeś się na trzepaku, a potem uciekałeś przed cieciem. To test, czy umiesz bić się i jednocześnie ogarniać randomowe rzeczy rzucane w twoją stronę. To GTA bez aut. Mortal Kombat bez Fatality. Punch-Out!! bez zasad.
I dlatego to KOCHAM.
Bo nie każda gra musi mieć głębię.
Czasem wystarczy, że ktoś dostanie z pięści i wpadnie do kanału.
Kurtyna, Kurwa !
Grę bez problemów uruchomicie na jednym z tych emulatorów konsoli NES/Pegasus, zaś sama grę bez problemów znajdziecie na jednej z tych stron.
Tak jak wciąż wspominam w moich wpisach, granie na emulatorach za pomocą klawiatury mija się z celem. Dlatego też polecam Wam te dwa modele padów:- 8Bitdo SN30 w cenie ok. 116 złotych (dostępny na Allegro, X-kom)
- 8Bitdo Ultimate C w cenie ok. 134 złotych. (dostępny na Allegro, X-kom)
Spodobał się wam taki styl? Jaką kolejną grę retro mam zrecenzować w ten sposób ? Dajcie odzew w komentarzach.
Bijatyka pod blokiem – zwycięzca dostaje… chodnik

- Jedna z pierwszych bijatyk 1 vs 1
- Prosta i łatwa do zrozumienia mechanika
- Historyczne znaczenie dla gatunku
- Bardzo płytka rozgrywka
- Powtarzalność po kilku minutach
- Wolne tempo akcji
Prosty pionier bijatyk – ciekawostka historyczna, ale dziś bardzo ograniczona i monotonna.


