Nintendo NES

Young Indiana Jones Chronicles (1992)

Są gry, które są złe. Są gry, które są tak złe, że aż dobre. A potem jest Young Indiana Jones Chronicles na NES — osobna kategoria kosmicznej nędzy, gatunek sam w sobie, dowód na to, że Bóg albo nie istnieje, albo miał w 1992 roku wyjątkowo kiepski humor.

Zacznijmy od kontekstu, bo trzeba to zrozumieć w całej okazałości. Mamy rok 1992. LucasArts, ta sama firma, która dała światu Monkey Island, Day of the Tentacle i inne arcydzieła — postanawia wysrać grę na NES. Na konsolę, która już wtedy miała na sobie więcej kurzu niż przyszłości. I co robią? Robią tę oto kupę kodu, o której teraz czytasz i zastanawiasz się, czy przypadkiem nie kupiłeś pudełka po grze, w którym ktoś zostawił śmieci.

Young Indiana Jones ChroniclesPierwsza rzecz, którą zauważysz po włączeniu tej gry, to że główny bohater wygląda jak pikselowy stolec z kapeluszem. Young Indiana Jones — młody, przystojny, pełen przygody — na ekranie NES prezentuje się jak ktoś narysował postać ludzi ołówkiem trzymanym zębami, po czym zeskanował to aparatem z lat 80. Sprite naszego bohatera ma może z 8 na 16 pikseli i z jakiegoś powodu przez połowę czasu wygląda jakby miał przepuklinę.

Tła? O kurwa, tła. Czy to dżungla? Czy to Egipt? Czy to mój sen po zjedzeniu za dużo boczku przed snem? Nie wiem. Gra nie wie. Nikt nie wie. Wszystko jest w odcieniach „brązowoszaro-zielonkawego gówno”. Artyści odpowiedzialni za tę grafikę powinni byli dostać zakaz zbliżania się do komputerów na odległość nie mniejszą niż 500 metrów.

Okej, może grafika to nie wszystko. Może gameplay zrekompensuje tę wizualną torturnię. Ha. HA. HAHAHAHAHA.

Sterowanie w Young Indiana Jones Chronicles to doświadczenie duchowe — i to tego złego rodzaju. Indy porusza się z gracją seniora na oblodzonym chodniku. Skok wygląda jak próba wspięcia się na krawężnik po czterech piwach. Nie skaczesz — ty sugerujesz grze, że chciałbyś skoczyć, a gra przez chwilę to rozważa, po czym robi co chce.

Bicz — kultowy, ikoniczny bicz Indiany Jonesa — w tej grze jest użyteczny mniej więcej jak kalendarz z zeszłego roku. Teoretycznie możesz nim atakować. Praktycznie to jakbyś machał spaghetti w kierunku przeciwników i liczył na to, że się przestraszą. Zasięg bicza to jakieś pół piksela, a animacja jest tak powolna, że wróg zdążył cię uderzyć, zarobić emeryturę i umrzeć ze starości zanim ty skończyłeś zamach.

A wrogowie — te genialne, zaprojektowane z miłością i starannością stworzenia — poruszają się według logiki, którą rozumie tylko ich programista, i to tylko wtedy, kiedy jest pijany. Chodzą w lewo. Potem w prawo. Potem stoją. Potem nagle teleportują się do twojej twarzy by tobie wpierdolić. To nie jest AI. To jest cyfrowa forma epilepsji.

Young Indiana Jones ChroniclesSama struktura gry to festiwal przypadkowości i cierpienia. Poziomy są zaprojektowane tak, jakby ktoś losowo rozrzucił platformy na ekranie i stwierdził: „kurwa, wystarczy, wysyłamy do klepania.” Platformy pojawiają się i znikają bez ostrzeżenia. Przepaście są ukryte za pierwszym planem. Checkpointy? Jakie checkpointy? Giniesz, zaczynasz od początku poziom, jakbyś popełnił zbrodnię wojenną i właśnie dostajesz wyrok.

System żyć jest tak hojny jak urząd skarbowy. Dostajesz trzy życia. Tracisz je w ciągu pierwszych dwóch minut, bo fizyka w tej grze to fikcja literacka — Indy spada z platform, których nawet nie dotknął, bo engine gry zdecydował, że tak będzie śmieszniej. Spoiler: nie jest.

I te bossowie — te monumentalne, imponujące starcia — to po prostu większy sprite z większą ilością HP, który robi dokładnie to samo co zwykli wrogowie, tylko że zajmuje pół ekranu i blokuje twoją drogę jak teściowa na rodzinnym zjeździe. Żadnej taktyki. Żadnej logiki. Po prostu chodź i bij, modląc się do wszystkich bogów znanych i nieznanych, żebyś trafił zanim oni trafią ciebie.

Young Indiana Jones ChroniclesMuzyka w tej grze to utwór skomponowany przez kogoś, kto słyszał motyw Indiany Jonesa John Williamsa raz, przez ścianę, przez zatyczki w uszach. To co słyszysz w grze to muzyczny odpowiednik kserografii kserografii kserografii — kiedyś tam, w jakimś równoległym wszechświecie, to było coś rozpoznawalnego. Tutaj brzmi jak ktoś tłucze w klawiaturę z zaciśniętymi oczami i liczy na cud.

Efekty dźwiękowe: jedno „bip” na atak, jedno „bip” na obrażenia, jedno „bip” na śmierć. Pełen spektrum emocji. Złożoność godna Oscara. Inżynier dźwięku tej gry zrobił robotę przez jakieś 20 minut, po czym poszedł na lunch i nigdy nie wrócił.

Young Indiana Jones ChroniclesGra jest „oparta” na serialu telewizyjnym. Używam cudzysłowu, bo związek tej gry z serialem jest mniej więcej taki jak związek hot doga z gastronomią haute cuisine — teoretycznie obydwa są jedzeniem, ale nikt przy zdrowych zmysłach nie stawia ich obok siebie.

Fabuła gry polega na tym, że Indy… idzie w prawo. Czasem w lewo. Gdzieś tam są naziści, bo oczywiście są naziści, to przecież Indiana Jones — i trzeba ich bić. Po co? Dokąd idzie? Co to ma wspólnego z serialem? Odpowiedź brzmi: nie ma znaczenia, bo gra i tak nie jest w stanie ci tego przekazać, bo nie ma cutscenki dłuższej niż dwa zdania wyświetlone takim fontem, że musisz zmrużyć oczy żeby odczytać litery.

Dobra, kurwa, muszę być uczciwy, bo to jedyna przyzwoita rzecz w tym całym tekście. Jeśli — JEŚLI — jesteś 8-letnim dzieckiem z 1992 roku, który właśnie dostał tę grę na urodziny i nie miał pojęcia, że istnieje coś lepszego, to może, tylko może, ta gra dała ci z 40 minut rozrywki. Sam pomysł na grę z Indianą Jonesem jest spoko. Licencja jest spoko. Okładka pudełka wygląda nawet nieźle.

I na tym kończę listę zalet.

Young Indiana Jones ChroniclesYoung Indiana Jones Chronicles na NES to gra, która powinna być używana jako argument w debatach etycznych o tym, czy pewnych rzeczy nie należy zakazać zanim ujrzą światło dzienne. To technologiczna kara boska owinięta w szary plastik. To dowód na to, że posiadanie licencji na dobry serial i umiejętność zrobienia z niej dobrej gry to dwie zupełnie różne, niezwiązane ze sobą zdolności.

Czy powinieneś w to grać? Absolutnie nie. Chyba że chcesz zobaczyć, jak wygląda gamedesign w stanie klinicznej depresji. Chyba że chcesz poczuć się lepiej z własnym życiem, bo przynajmniej ty nie zaprojektowałeś tej gry. Chyba że szukasz nowego sposobu na tortury, bo kubki lodu i wbijanie szpilek to już za mało.

Indy zasługiwał na lepsze. Gracze zasługiwali na lepsze. Nawet NES jako platforma zasługiwała na lepsze. A dostaliśmy to gówno.

Ocena: 2/10 — jeden punkt za to, że gra się włącza. Drugi za to, że da się ją wyłączyć.

Grę bezpośrednio uruchomicie na jednym z tych emulatorów, ja korzystałem z PuNES na którym działa bardzo płynnie.

Tak jak wciąż wspominam w moich wpisach, granie na emulatorach za pomocą klawiatury mija się z celem. Dlatego też polecam Wam te dwa modele padów:
  • 8Bitdo SN30 w cenie ok. 116 złotych (dostępny na Allegro, X-kom)
  • 8Bitdo Ultimate C w cenie ok. 134 złotych. (dostępny na Allegro, X-kom)
Sam używam 8Bitdo Ultimate C niemal od roku i nie mam z nim żadnych problemów. 
3.9
Przeciętna
Young Indiana Jones Chronicles

Bywają gorsze gry na NES...podobno.

🕹 LucasArts📅 19921,5 h
Ocena czytelników
2.7 / 5 (3 głosy)
Young Indiana Jones Chronicles
Grafika4
Muzyka4
Gameplay2
Plusy
  • Klimat,
  • Różnorodność poziomów
  • Muzyka
Minusy
  • Sterowanie
  • Całą reszta

Może cię zainteresować:

Mappy (1984)

Wściekłe Piksele

Strzelanie sprzed ery Duck Hunt – historia gier na pistolet świetlny

Emumaniak

Jak używać HD Packów w grach na NES (Mesen)

Kabson

Super Mario Bros. najdroższą grą wideo w historii — padł rekord !

Emumaniak

Moon Crystal (1992)

Emumaniak

Ultimate Mortal Kombat 3… na Pegasusa?!

Kabson

Zostaw komentarz